sobota, 4 października 2014

Česlovas Sasnauskas

Bardzo źle zno­szę mu­zy­kę sa­kral­ną. Nie igno­ru­ję jej, tak samo jak nie da się omi­nąć wi­zu­al­nej sztu­ki sa­kral­nej, jest prze­cież bar­dzo istot­nym ele­men­tem dzie­dzic­twa kul­tu­ro­we­go. Ale zazwyczaj trzy­mam się z dala. Słu­cha­nie Re­qu­iem Ver­die­go czy słyn­ne­go mo­zar­tow­ski­go (z Mo­zar­tem to w ogó­le inna para bu­tów, bar­dzo, ale to bar­dzo źle go to­le­ru­ję, do­ce­nia­jąc ge­niusz nie lu­bię i już), nie mó­wiąc o Gó­rec­kim, jest udrę­ką.

Ale pa­rę dni temu, gdy koń­czy­łam oglą­dać trze­ci se­zon „Cza­su Ho­no­ru” jak to ja, w środ­ku nocy oczy­wi­ście, do­pa­dło mnie to z kuch­ni, gdzie za­po­mnia­łam na noc wy­łą­czyć ra­dio. Le­cia­ło bo­daj w „Muzycznej Nocy Eu­ro­ra­dia” w Dwój­ce. W in­nym wy­ko­na­niu, pew­nie pol­skim, bo poza ciem­ną, mo­lo­wą bar­wą, już z daleka ude­rzy­ła mnie ar­ty­ku­la­cja sa­mo­gło­sek – i te wy­do­by­wa­ne z sie­bie przez chór i te przez so­li­stów – by­ły nie­roz­róż­nial­ne – a brzmia­ło jak e, u i o, i vice versa. To cha­rak­te­ry­stycz­ne dla pol­skiej wo­ka­li­sty­ki, mam wra­że­nie, że przy szko­le­niu kła­dzie się na­cisk na bar­wę, od­dech itd., o ar­ty­ku­la­cji za­po­mi­na­jąc. Ale nie o tym chcia­łam.

Po­peł­złam do kuch­ni i za­czę­łam słu­chać uważ­niej. Zo­rien­to­wa­łam się, że to re­qu­iem, że w mia­rę współ­cze­sne, ale czy­je, z ja­kie­go okre­su? Gdy­by by­ło pol­skie, przecież bym je zna­ła… Tym­cza­sem za­chwy­ci­ły mnie lu­do­we cy­ta­ty mu­zycz­ne i bez­po­śred­nio, z nie­wiel­ką wa­ria­cją w kie­run­ku bal­la­dy lu­do­wej za­cy­to­wa­na ory­gi­nal­na, gre­go­riań­ska me­lo­dia „Sta­bat Ma­ter Do­lo­ro­sa”. Za­słu­cha­nie wal­czy­ło z cie­ka­wo­ścią. Brzmie­nie tych lu­do­wych cy­ta­tów wska­zy­wa­ło na sło­wiańsz­czy­znę. Brzmie­nie or­kie­stry na XX wiek, naj­głę­biej ko­niec XIX… Rosja? Nieee. Bardziej na południe – nie, coś mi nie pasowało.

Do­cze­ka­łam do pod­su­mo­wa­nia. Kom­po­zy­tor po pol­sku na­zy­wał­by się pew­nie Cze­sław So­snow­ski. I na­wet mo­że w swo­ich cza­sach tak się pod­pi­sy­wał. To Li­twin. Če­slo­vas Sa­snau­skas. Utwór jest z 1915. Oko­li­ce cza­so­we bli­skie wstrzą­sa­ją­cym po­my­słom mu­zycz­nym Szy­ma­now­skie­go (brrrr! Na­wet Kró­la Ro­ge­ra nie mo­gę znieść, mimo że jestem pożeraczką opery, a w wypadku Rogera i warstwa treściowa jest istotna – wczesnośredniowieczna literatura niemiecka to coś bardzo smakowitego. Har­na­si toleruję tyl­ko ze wzglę­du na cy­ta­ty gó­ral­skie) i mu­zy­ce Kar­ło­wi­cza. I w su­mie przez sko­ja­rze­nie z Kar­ło­wi­czem mo­gła­bym chy­ba wy­da­to­wać, gdzieś mi tu po­brzmie­wa ja­kiś sub­tel­ny link do Kar­ło­wi­czow­skiej for­my…

I te­raz, ko­rzy­sta­jąc z paru wol­nych chwil i fak­tu, że pies za­do­wa­la się je­dze­niem kota i nie wy­pro­wa­dza mnie jesz­cze na spa­cer, sie­dzę i szu­kam po ju­tju­bie in­nych utwo­rów pana So­snow­skie­go. Bo je­śli przy­po­mi­na­ją to Re­qu­iem, to do­zna­łam mu­zycz­ne­go ob­ja­wie­nia na czas naj­bliż­szy.





Digg It! Stumble Delicious Technorati Tweet It! Facebook

0 razy skomentowano:

Prześlij komentarz