wtorek, 30 września 2014

manifeścik

0 razy skomentowano

Kie­dy tak so­bie czy­tam róż­ne rze­czy i do­cie­ra­ją do mnie roz­ma­ite słuchy, co­raz sil­niej się przekonuję, że nie mam nic wspól­ne­go z Asa­tru. Kul­tu­rą i re­li­gią glo­ry­fiku­ją­cą pe­wien póź­ny okres skan­dy­naw­skiej hi­sto­rii i re­li­gij­no­ści. Okres, w któ­rym ka­rie­ry ro­bi­li bez­względ­ni zło­dzie­je, ban­dy­ci i oszu­ści, bu­du­ją­cy for­tu­ny cu­dzym kosz­tem, a ca­ła resz­ta spo­łecz­no­ści pra­co­wa­ła na ich bo­ga­ce­nie się. Okres, w któ­rym sta­ra re­li­gia ger­mań­ska zo­sta­ła osta­tecz­nie przekształcona (wy­krzy­wio­na, choć wyznawcy zakładają, że zyskała dojrzałą formę), a jej zna­jo­mość opie­ra­na jest na pi­smach z cza­su już po chry­stia­ni­za­cji. Owszem, stanowiących źródło poznawcze dla religii germańskiej jako takiej, ale więcej w tym materiale rzeczy do zeskrobywania żeby dojść do sedna niż do przyjęcia. tak po prostu.


Nie, nie mam nic wspól­ne­go z A­sa­tru. Ani ze sta­ro­wier­stwem nor­dyc­kim czy skan­dy­naw­skim. Czymkolwiek by nie było i jak bardzo nie kojarzyłoby się ze skopcami (to duże samotrzebienie czy małe, aż chce się spytać). Na ca­łe szczę­ście. Tfu! To dla ofiar mo­dy na wi­kin­gów (do których sama żywię głęboki wstręt) i skan­dy­naw­skich fa­scy­na­tów, za­po­mi­na­ją­cych o tym, jak nie­licz­ny od­se­tek spo­łecz­no­ści rze­czy­wi­ście w ro­man­tycz­nym eto­sie wi­kin­ga się mie­ścił. Sko­ro pro­cent szlach­ty w pol­skim spo­łe­czeń­stwie, w któ­rym szlach­ci­cem, oby­wa­te­lem, był co dzie­sią­ty, był naj­wyż­szy w Eu­ro­pie, tam nie mógł przekraczać 2-5. A wła­ści­wie wszy­scy się do tego od­set­ka od­wo­łu­ją. Swo­ją dro­gą cie­ka­we czy ktoś przyj­rzał się re­li­gij­no­ści i etosowi skan­dy­naw­skich nie­wol­ni­ków z owego czasu (naj­więk­szy od­se­tek lud­no­ści) albo wol­nych wpraw­dzie, ale pod­le­głych i przy­się­ga­ją­cych wier­ność wyż­szym od sie­bie kmie­ci, na przed­nów­ku żrą­cych owcze gów­na i li­czą­cych na to że ktoś moż­niej­szy weź­mie ich do gra­su­ją­cej i rabują­cej po ob­cych wy­brze­żach ban­dy­-za­ło­gi. Że­by mógł kraść dla wła­ści­cie­la stat­ku, cza­sem mo­że do­sta­jąc ja­kiś ochłap (chy­ba że tego wła­ści­cie­la okra­dał, wtedy ewentualnie sam budował statek i zaczynał okradać innych, łącznie z własnymi załogantami), a gdy miał mniej szczę­ścia – do­sta­jąc, ow­szem – gro­tem lub ka­mie­niem w oko.


Je­stem ro­dzi­mo­wier­czy­nią. Ger­mań­ską. Na­wet i ger­ma­no­cel­tyc­ką, od­wo­łu­ją­cą się do zu­peł­nie in­ne­go okre­su hi­sto­rycz­ne­go i do zu­peł­nie in­nych te­re­nów. Pod­staw, z któ­rych wy­ro­sły i kul­tu­ra skan­dy­naw­ska i wie­le skła­do­wych eu­ro­pej­skiej kul­tu­ry kon­ty­nen­tal­nej i kul­tu­ry Wysp Bry­tyj­skich (Sa­si! Kie­dyś lud god­ny i dum­ny, w okre­sie, na któ­rym bu­du­ją Asatryjczycy, na wy­spach schry­stia­ni­zo­wa­ni, a jed­nak nie dali się pod­bić – upa­dek swo­jej kul­tu­ry za­wdzię­cza­ją fak­to­wi, że dla świę­te­go spo­ko­ju po­że­ni­li swo­je cór­ki z moż­ny­mi zza mo­rza, a oni prze­ję­li tam wła­dzę – za­tem po­li­ty­ce, nie woj­nie). A przede wszyst­kim od­wo­łu­ję się do tego, co by­ło na te­re­nach, na któ­rych sama miesz­kam. W dzisiejszej Pol­sce. Za­nim przy­by­li tu Sło­wia­nie i za­nim spro­fa­no­wa­li sta­re miej­sca kul­tu, ta­kie jak Ślę­ża, krót­ko­trwa­le, w po­rów­na­niu z po­przed­ni­ka­mi, upra­wia­jąc tam wła­sny. Do cza­sów, gdy pod wpły­wem kul­tu­ry ja­stor­fskiej, czer­pią­cej prze­cież spo­ro od la­teń­skiej, i obok niej, for­mo­wa­ła się oksyw­ska, z któ­rej mie­li w końcu wy­ro­snąć dłu­go tu za­miesz­ka­li Goci, au­to­chto­ni pol­skiej zie­mi, któ­rzy od­ci­snę­li swo­je pięt­no na ca­łej Eu­ro­pie, a na­wet Afry­ce. Do (być mo­że stwo­rzo­nej przez Ka­dłub­ka, ale imio­na tak ład­nie do tej teo­rii pa­su­ją) cór­ki Kra­ka (Kru­ka?) – Wan­dal­ki Wan­dy, któ­ra wo­la­ła śmierć w fa­lach Wi­sły niż Niem­ca (niem­ca – mó­wią­ce­go ję­zy­kiem, któ­ry kiep­sko ro­zu­mia­ła lub nie ro­zu­mia­ła wca­le) – Gota? Do ma­ło­pol­skich i ma­zo­wiec­kich kur­ha­nów. Do ka­mien­nych, zde­cy­do­wa­nie nie­me­ga­li­tycz­nych, krę­gów. Do cza­sów, kie­dy Thu­na­raz i Ta­ra­nis byli nie­roz­róż­nial­ni. Bo Cel­to­wie z kształ­tu­ją­cym się do­pie­ro et­no­sem ger­mań­skim ra­zem snu­li się po Eu­ro­pie. I nie chcę już dla wy­go­dy i mię­dzy­ludz­kiej ko­mu­ni­ka­cji na­zy­wać Thu­na­ra­za Tho­rem ani Ziu Ty­rem.


Ach – no i to za­pew­ne bę­dzie dla nie­któ­rych czy­tel­ni­ków naj­bar­dziej obu­rza­ją­ce – nie wa­ha­ła­bym się przed zmia­ną re­li­gii, prze­pro­wa­dza­jąc się gdzie­kol­wiek in­dziej. Bo w kwe­stii re­li­gij­no­ści je­stem nie­by­wa­le prag­ma­tycz­na. In­te­re­su­je mnie wy­łącz­nie kon­takt z go­spo­da­rza­mi da­nej zie­mi, na­ma­cal­ny i po­zba­wio­ny wia­ry, któ­ra jest za­stą­pio­na do­zna­niem. Im bar­dziej bez­po­śred­nim i sil­nym, tym le­piej. Cóż, dru­idz­ka na­le­cia­łość. Ale nie uwa­żam jej za ka­lec­two, prze­ciw­nie, je­stem z niej dum­na.

Tyle że na terenie Europy niewiele musiałabym zmieniać. Właściwie nic. Bo odwołuję się do wspólnej religijnej podstawy jej północnego zachodu... Chyba żeby pognało mnie gdzieś na południe, ale to z moją zimnolubnością wątpliwe. Albo wschód, a to z kolei odrzuca mnie kulturowo.

Ot, ma­ni­fe­ścik. Cie­ka­we czy mam w Pol­sce choć jed­ne­go współ­wy­znaw­cę. Cie­ka­we, ilu ta­kich w ogó­le mam. Gdzie­kol­wiek. Czy przy­naj­mniej, przy li­cze­niu na pal­cach, za­ję­li­by wszyst­kie.



A co pry­wat­nie? Cóż, dzie­je się. Du­żo. Na­to­miast wciąż nie speł­ni­łam pew­ne­go za­da­nia i na­dal, po dwóch mie­sią­cach, nie wiem jak to zro­bić. A wiem, że mu­szę. Bo choć dzie­dzic­two kul­tu­ro­we cał­ko­wi­cie róż­ne, a w nie­któ­rych wy­pad­kach na­wet prze­ciw­staw­ne, bo­go­wie wciąż jed­nak ci sami, wspól­ni, choć pod in­ny­mi czcze­ni imio­na­mi.