poniedziałek, 21 lipca 2014

zagwozdka

6 razy skomentowano

Mam komuś coś przekazać. Przesłanie podwójne, a bardzo istotne, bo nie ode mnie pochodzące, a przy tym mogące mieć ogromny wpływ na los inicjatywy, która leży mi na sercu. Że przesłanie nie pochodzi ode mnie i nie jest moim wymysłem czy podświadomą projekcją, przekonuję się w ciągu ostatniego tygodnia codziennie, w dodatku w sposób bardzo dotkliwy. Jestem chora. Dość poważnie, nerki mi wyleciały w kosmos, teraz mój stan już na szczęście łagodnieje, ale jeszcze przedwczoraj wieczorem temperatura znacznie przekraczała 39 stopni. I każda drzemka, każdy niechciany, gorączkowy, samoindukujący się, krótki trans, każdy sen nocy letniej jedynie to, co mam przekazać powtarza. Z nasilającymi się naciskami – masz to zrobić – i to im wcześniej tym lepiej.

Masz to zrobić. Jasne. Ciekawe, w jaki sposób. W ułomnej i kalekiej pisemnej formie wiadomości mailowej? Tak najprawdopodobniej będzie trzeba, biorąc pod uwagę fakt, że szansa bezpośredniego spotkania w przewidywalnej przyszłości (o ile w ogóle kiedykolwiek) wydaje się być bardzo nikła, a już długiej i poważnej (choć przecież od paru lat planowanej i obiecywanej, ale to już inna historia) rozmowy w cztery oczy szczególnie – nawet gdyby nastąpiło w końcu fizyczne spotkanie, taka możliwość zostanie storpedowana natychmiast.

Rozwiązaniem problemu nie jest odpowiedź na pytanie czy. Jest nim odpowiedź na pytanie jak. Bo czy jest oczywiste, jeśli tego nie zrobię, sidła, w które dobrowolnie wsadziłam kiedyś łeb, zacisną się na szyi jeszcze ciaśniej, o ile ciaśniej jest możliwe. Jak stanowi niewiadomą.

A przesłanie, choć wyraźne i niezwykle jasne, jest trudne jak jasna cholera. Obie jego części. Pierwsza – bo jest wbrew charakterologicznej konstrukcji jego adresata. Druga, bo dotyczy popełnianych przezeń błędów. Również w dziedzinie, o której mówić bardzo niewygodnie, zwłaszcza mnie – bo może to zostać całkiem opacznie odebrane – a przekazać trzeba. Choćby po to, by móc sobie powiedzieć, że zrobiłam, czego oczekiwano, więc ręce mam czyste i spełniłam zobowiązanie.

Wytykanie błędów dominującej osobowości przywódczej o cechach chwilami psychopatycznych – cóż, na to się nie pisałam, gdy Fjölsviðr oczekiwał potwierdzenia danego mu słowa. Chroń mnie zatem Matko Boska Balduryczna, pod której opiekę zostałam kiedyś skierowana, gdy przyjdzie w końcu rzecz przekazać. Bo właściwie dłużej chorobą wymawiać się już nie sposób.

I jak zwykle ostatnio na koniec – zadziwienie. W co ja, cholera jasna, wdepnęłam... Nie spodziewałam się, swoją drogą, że oprócz skuteczności dostanę jeszcze wizje. Że łączenie czynnych zmian w Losie z jego zupełnie niechcianym podglądaniem jest w ogóle możliwe. Ja się godziłam na tę grzebiącą, nie tę zmuszaną do zaglądania.


niedziela, 13 lipca 2014

uderz w stół...

3 razy skomentowano


A nożyce się odezwą. Czterech znajomych panów (a być może to jeszcze nie koniec) wzięło niedawno przeze mnie popełniony tekst o Pigmalionach do siebie. Połowa w miarę spokojnie, druga połowa z większym lub mniejszym oburzeniem, jedna czwarta z oburzeniem gigantycznym i zerwaniem wszelkich kontaktów towarzyskich. Widać celny tekst popełniłam...

niedziela, 6 lipca 2014

boskie igrzysko, odsłona enta

0 razy skomentowano

Jak w dziób dał, boskie igrzysko. Aż sobie ku pamięci musiałam sfotografować, jakimś telefonicznym wrakiem, który akurat był pod ręką. Zazwyczaj w ogóle nie rzucam, chyba że ktoś mnie bardzo o to prosi, bo po co, dla siebie losu nie macam i nie zadaję pytań, lepsze niespodzianki losu niż jego podglądanie naginającym go rzutem. Ostatni raz, na ten sam zresztą dokładnie temat, rzucałam dwa lata temu i góra – górna trójka – była (prawie) taka sama, teraz to co jest poniżej niej, eeee... kompletnie umyka moim zdolnościom interpretacyjnym. Znaczy komu innemu bym to zinterpretowała. Bezboleśnie. Ale jako odpowiedź na konkretne moje własne pytanie wygląda trochę ni przypiął ni przyłatał... Masakra.


No przepraszam, ale taki rzut w odpowiedzi na konkretnej sytuacji dotyczące pytanie typu co zrobić, żeby coś i co to da/zmieni (bliższe szczegóły dla czytelników nieistotne) nomen omen rzuca. Na łopatki. Opadnięta szczęka wisi sobie nadal luźno w swoich zawiasach, odbijając się niekiedy niemrawo od klawiatury.

A potem jeszcze musiałam Pertho wyjmować z psiej paszczęki, prawie z gardła. Łykanie niespodzianek nie jest dobre dla młodych groenendali.