sobota, 4 października 2014

Česlovas Sasnauskas

0 razy skomentowano

Bardzo źle zno­szę mu­zy­kę sa­kral­ną. Nie igno­ru­ję jej, tak samo jak nie da się omi­nąć wi­zu­al­nej sztu­ki sa­kral­nej, jest prze­cież bar­dzo istot­nym ele­men­tem dzie­dzic­twa kul­tu­ro­we­go. Ale zazwyczaj trzy­mam się z dala. Słu­cha­nie Re­qu­iem Ver­die­go czy słyn­ne­go mo­zar­tow­ski­go (z Mo­zar­tem to w ogó­le inna para bu­tów, bar­dzo, ale to bar­dzo źle go to­le­ru­ję, do­ce­nia­jąc ge­niusz nie lu­bię i już), nie mó­wiąc o Gó­rec­kim, jest udrę­ką.

Ale pa­rę dni temu, gdy koń­czy­łam oglą­dać trze­ci se­zon „Cza­su Ho­no­ru” jak to ja, w środ­ku nocy oczy­wi­ście, do­pa­dło mnie to z kuch­ni, gdzie za­po­mnia­łam na noc wy­łą­czyć ra­dio. Le­cia­ło bo­daj w „Muzycznej Nocy Eu­ro­ra­dia” w Dwój­ce. W in­nym wy­ko­na­niu, pew­nie pol­skim, bo poza ciem­ną, mo­lo­wą bar­wą, już z daleka ude­rzy­ła mnie ar­ty­ku­la­cja sa­mo­gło­sek – i te wy­do­by­wa­ne z sie­bie przez chór i te przez so­li­stów – by­ły nie­roz­róż­nial­ne – a brzmia­ło jak e, u i o, i vice versa. To cha­rak­te­ry­stycz­ne dla pol­skiej wo­ka­li­sty­ki, mam wra­że­nie, że przy szko­le­niu kła­dzie się na­cisk na bar­wę, od­dech itd., o ar­ty­ku­la­cji za­po­mi­na­jąc. Ale nie o tym chcia­łam.

Po­peł­złam do kuch­ni i za­czę­łam słu­chać uważ­niej. Zo­rien­to­wa­łam się, że to re­qu­iem, że w mia­rę współ­cze­sne, ale czy­je, z ja­kie­go okre­su? Gdy­by by­ło pol­skie, przecież bym je zna­ła… Tym­cza­sem za­chwy­ci­ły mnie lu­do­we cy­ta­ty mu­zycz­ne i bez­po­śred­nio, z nie­wiel­ką wa­ria­cją w kie­run­ku bal­la­dy lu­do­wej za­cy­to­wa­na ory­gi­nal­na, gre­go­riań­ska me­lo­dia „Sta­bat Ma­ter Do­lo­ro­sa”. Za­słu­cha­nie wal­czy­ło z cie­ka­wo­ścią. Brzmie­nie tych lu­do­wych cy­ta­tów wska­zy­wa­ło na sło­wiańsz­czy­znę. Brzmie­nie or­kie­stry na XX wiek, naj­głę­biej ko­niec XIX… Rosja? Nieee. Bardziej na południe – nie, coś mi nie pasowało.

Do­cze­ka­łam do pod­su­mo­wa­nia. Kom­po­zy­tor po pol­sku na­zy­wał­by się pew­nie Cze­sław So­snow­ski. I na­wet mo­że w swo­ich cza­sach tak się pod­pi­sy­wał. To Li­twin. Če­slo­vas Sa­snau­skas. Utwór jest z 1915. Oko­li­ce cza­so­we bli­skie wstrzą­sa­ją­cym po­my­słom mu­zycz­nym Szy­ma­now­skie­go (brrrr! Na­wet Kró­la Ro­ge­ra nie mo­gę znieść, mimo że jestem pożeraczką opery, a w wypadku Rogera i warstwa treściowa jest istotna – wczesnośredniowieczna literatura niemiecka to coś bardzo smakowitego. Har­na­si toleruję tyl­ko ze wzglę­du na cy­ta­ty gó­ral­skie) i mu­zy­ce Kar­ło­wi­cza. I w su­mie przez sko­ja­rze­nie z Kar­ło­wi­czem mo­gła­bym chy­ba wy­da­to­wać, gdzieś mi tu po­brzmie­wa ja­kiś sub­tel­ny link do Kar­ło­wi­czow­skiej for­my…

I te­raz, ko­rzy­sta­jąc z paru wol­nych chwil i fak­tu, że pies za­do­wa­la się je­dze­niem kota i nie wy­pro­wa­dza mnie jesz­cze na spa­cer, sie­dzę i szu­kam po ju­tju­bie in­nych utwo­rów pana So­snow­skie­go. Bo je­śli przy­po­mi­na­ją to Re­qu­iem, to do­zna­łam mu­zycz­ne­go ob­ja­wie­nia na czas naj­bliż­szy.






wtorek, 30 września 2014

manifeścik

0 razy skomentowano

Kie­dy tak so­bie czy­tam róż­ne rze­czy i do­cie­ra­ją do mnie roz­ma­ite słuchy, co­raz sil­niej się przekonuję, że nie mam nic wspól­ne­go z Asa­tru. Kul­tu­rą i re­li­gią glo­ry­fiku­ją­cą pe­wien póź­ny okres skan­dy­naw­skiej hi­sto­rii i re­li­gij­no­ści. Okres, w któ­rym ka­rie­ry ro­bi­li bez­względ­ni zło­dzie­je, ban­dy­ci i oszu­ści, bu­du­ją­cy for­tu­ny cu­dzym kosz­tem, a ca­ła resz­ta spo­łecz­no­ści pra­co­wa­ła na ich bo­ga­ce­nie się. Okres, w któ­rym sta­ra re­li­gia ger­mań­ska zo­sta­ła osta­tecz­nie przekształcona (wy­krzy­wio­na, choć wyznawcy zakładają, że zyskała dojrzałą formę), a jej zna­jo­mość opie­ra­na jest na pi­smach z cza­su już po chry­stia­ni­za­cji. Owszem, stanowiących źródło poznawcze dla religii germańskiej jako takiej, ale więcej w tym materiale rzeczy do zeskrobywania żeby dojść do sedna niż do przyjęcia. tak po prostu.


Nie, nie mam nic wspól­ne­go z A­sa­tru. Ani ze sta­ro­wier­stwem nor­dyc­kim czy skan­dy­naw­skim. Czymkolwiek by nie było i jak bardzo nie kojarzyłoby się ze skopcami (to duże samotrzebienie czy małe, aż chce się spytać). Na ca­łe szczę­ście. Tfu! To dla ofiar mo­dy na wi­kin­gów (do których sama żywię głęboki wstręt) i skan­dy­naw­skich fa­scy­na­tów, za­po­mi­na­ją­cych o tym, jak nie­licz­ny od­se­tek spo­łecz­no­ści rze­czy­wi­ście w ro­man­tycz­nym eto­sie wi­kin­ga się mie­ścił. Sko­ro pro­cent szlach­ty w pol­skim spo­łe­czeń­stwie, w któ­rym szlach­ci­cem, oby­wa­te­lem, był co dzie­sią­ty, był naj­wyż­szy w Eu­ro­pie, tam nie mógł przekraczać 2-5. A wła­ści­wie wszy­scy się do tego od­set­ka od­wo­łu­ją. Swo­ją dro­gą cie­ka­we czy ktoś przyj­rzał się re­li­gij­no­ści i etosowi skan­dy­naw­skich nie­wol­ni­ków z owego czasu (naj­więk­szy od­se­tek lud­no­ści) albo wol­nych wpraw­dzie, ale pod­le­głych i przy­się­ga­ją­cych wier­ność wyż­szym od sie­bie kmie­ci, na przed­nów­ku żrą­cych owcze gów­na i li­czą­cych na to że ktoś moż­niej­szy weź­mie ich do gra­su­ją­cej i rabują­cej po ob­cych wy­brze­żach ban­dy­-za­ło­gi. Że­by mógł kraść dla wła­ści­cie­la stat­ku, cza­sem mo­że do­sta­jąc ja­kiś ochłap (chy­ba że tego wła­ści­cie­la okra­dał, wtedy ewentualnie sam budował statek i zaczynał okradać innych, łącznie z własnymi załogantami), a gdy miał mniej szczę­ścia – do­sta­jąc, ow­szem – gro­tem lub ka­mie­niem w oko.


Je­stem ro­dzi­mo­wier­czy­nią. Ger­mań­ską. Na­wet i ger­ma­no­cel­tyc­ką, od­wo­łu­ją­cą się do zu­peł­nie in­ne­go okre­su hi­sto­rycz­ne­go i do zu­peł­nie in­nych te­re­nów. Pod­staw, z któ­rych wy­ro­sły i kul­tu­ra skan­dy­naw­ska i wie­le skła­do­wych eu­ro­pej­skiej kul­tu­ry kon­ty­nen­tal­nej i kul­tu­ry Wysp Bry­tyj­skich (Sa­si! Kie­dyś lud god­ny i dum­ny, w okre­sie, na któ­rym bu­du­ją Asatryjczycy, na wy­spach schry­stia­ni­zo­wa­ni, a jed­nak nie dali się pod­bić – upa­dek swo­jej kul­tu­ry za­wdzię­cza­ją fak­to­wi, że dla świę­te­go spo­ko­ju po­że­ni­li swo­je cór­ki z moż­ny­mi zza mo­rza, a oni prze­ję­li tam wła­dzę – za­tem po­li­ty­ce, nie woj­nie). A przede wszyst­kim od­wo­łu­ję się do tego, co by­ło na te­re­nach, na któ­rych sama miesz­kam. W dzisiejszej Pol­sce. Za­nim przy­by­li tu Sło­wia­nie i za­nim spro­fa­no­wa­li sta­re miej­sca kul­tu, ta­kie jak Ślę­ża, krót­ko­trwa­le, w po­rów­na­niu z po­przed­ni­ka­mi, upra­wia­jąc tam wła­sny. Do cza­sów, gdy pod wpły­wem kul­tu­ry ja­stor­fskiej, czer­pią­cej prze­cież spo­ro od la­teń­skiej, i obok niej, for­mo­wa­ła się oksyw­ska, z któ­rej mie­li w końcu wy­ro­snąć dłu­go tu za­miesz­ka­li Goci, au­to­chto­ni pol­skiej zie­mi, któ­rzy od­ci­snę­li swo­je pięt­no na ca­łej Eu­ro­pie, a na­wet Afry­ce. Do (być mo­że stwo­rzo­nej przez Ka­dłub­ka, ale imio­na tak ład­nie do tej teo­rii pa­su­ją) cór­ki Kra­ka (Kru­ka?) – Wan­dal­ki Wan­dy, któ­ra wo­la­ła śmierć w fa­lach Wi­sły niż Niem­ca (niem­ca – mó­wią­ce­go ję­zy­kiem, któ­ry kiep­sko ro­zu­mia­ła lub nie ro­zu­mia­ła wca­le) – Gota? Do ma­ło­pol­skich i ma­zo­wiec­kich kur­ha­nów. Do ka­mien­nych, zde­cy­do­wa­nie nie­me­ga­li­tycz­nych, krę­gów. Do cza­sów, kie­dy Thu­na­raz i Ta­ra­nis byli nie­roz­róż­nial­ni. Bo Cel­to­wie z kształ­tu­ją­cym się do­pie­ro et­no­sem ger­mań­skim ra­zem snu­li się po Eu­ro­pie. I nie chcę już dla wy­go­dy i mię­dzy­ludz­kiej ko­mu­ni­ka­cji na­zy­wać Thu­na­ra­za Tho­rem ani Ziu Ty­rem.


Ach – no i to za­pew­ne bę­dzie dla nie­któ­rych czy­tel­ni­ków naj­bar­dziej obu­rza­ją­ce – nie wa­ha­ła­bym się przed zmia­ną re­li­gii, prze­pro­wa­dza­jąc się gdzie­kol­wiek in­dziej. Bo w kwe­stii re­li­gij­no­ści je­stem nie­by­wa­le prag­ma­tycz­na. In­te­re­su­je mnie wy­łącz­nie kon­takt z go­spo­da­rza­mi da­nej zie­mi, na­ma­cal­ny i po­zba­wio­ny wia­ry, któ­ra jest za­stą­pio­na do­zna­niem. Im bar­dziej bez­po­śred­nim i sil­nym, tym le­piej. Cóż, dru­idz­ka na­le­cia­łość. Ale nie uwa­żam jej za ka­lec­two, prze­ciw­nie, je­stem z niej dum­na.

Tyle że na terenie Europy niewiele musiałabym zmieniać. Właściwie nic. Bo odwołuję się do wspólnej religijnej podstawy jej północnego zachodu... Chyba żeby pognało mnie gdzieś na południe, ale to z moją zimnolubnością wątpliwe. Albo wschód, a to z kolei odrzuca mnie kulturowo.

Ot, ma­ni­fe­ścik. Cie­ka­we czy mam w Pol­sce choć jed­ne­go współ­wy­znaw­cę. Cie­ka­we, ilu ta­kich w ogó­le mam. Gdzie­kol­wiek. Czy przy­naj­mniej, przy li­cze­niu na pal­cach, za­ję­li­by wszyst­kie.



A co pry­wat­nie? Cóż, dzie­je się. Du­żo. Na­to­miast wciąż nie speł­ni­łam pew­ne­go za­da­nia i na­dal, po dwóch mie­sią­cach, nie wiem jak to zro­bić. A wiem, że mu­szę. Bo choć dzie­dzic­two kul­tu­ro­we cał­ko­wi­cie róż­ne, a w nie­któ­rych wy­pad­kach na­wet prze­ciw­staw­ne, bo­go­wie wciąż jed­nak ci sami, wspól­ni, choć pod in­ny­mi czcze­ni imio­na­mi.

poniedziałek, 21 lipca 2014

zagwozdka

6 razy skomentowano

Mam komuś coś przekazać. Przesłanie podwójne, a bardzo istotne, bo nie ode mnie pochodzące, a przy tym mogące mieć ogromny wpływ na los inicjatywy, która leży mi na sercu. Że przesłanie nie pochodzi ode mnie i nie jest moim wymysłem czy podświadomą projekcją, przekonuję się w ciągu ostatniego tygodnia codziennie, w dodatku w sposób bardzo dotkliwy. Jestem chora. Dość poważnie, nerki mi wyleciały w kosmos, teraz mój stan już na szczęście łagodnieje, ale jeszcze przedwczoraj wieczorem temperatura znacznie przekraczała 39 stopni. I każda drzemka, każdy niechciany, gorączkowy, samoindukujący się, krótki trans, każdy sen nocy letniej jedynie to, co mam przekazać powtarza. Z nasilającymi się naciskami – masz to zrobić – i to im wcześniej tym lepiej.

Masz to zrobić. Jasne. Ciekawe, w jaki sposób. W ułomnej i kalekiej pisemnej formie wiadomości mailowej? Tak najprawdopodobniej będzie trzeba, biorąc pod uwagę fakt, że szansa bezpośredniego spotkania w przewidywalnej przyszłości (o ile w ogóle kiedykolwiek) wydaje się być bardzo nikła, a już długiej i poważnej (choć przecież od paru lat planowanej i obiecywanej, ale to już inna historia) rozmowy w cztery oczy szczególnie – nawet gdyby nastąpiło w końcu fizyczne spotkanie, taka możliwość zostanie storpedowana natychmiast.

Rozwiązaniem problemu nie jest odpowiedź na pytanie czy. Jest nim odpowiedź na pytanie jak. Bo czy jest oczywiste, jeśli tego nie zrobię, sidła, w które dobrowolnie wsadziłam kiedyś łeb, zacisną się na szyi jeszcze ciaśniej, o ile ciaśniej jest możliwe. Jak stanowi niewiadomą.

A przesłanie, choć wyraźne i niezwykle jasne, jest trudne jak jasna cholera. Obie jego części. Pierwsza – bo jest wbrew charakterologicznej konstrukcji jego adresata. Druga, bo dotyczy popełnianych przezeń błędów. Również w dziedzinie, o której mówić bardzo niewygodnie, zwłaszcza mnie – bo może to zostać całkiem opacznie odebrane – a przekazać trzeba. Choćby po to, by móc sobie powiedzieć, że zrobiłam, czego oczekiwano, więc ręce mam czyste i spełniłam zobowiązanie.

Wytykanie błędów dominującej osobowości przywódczej o cechach chwilami psychopatycznych – cóż, na to się nie pisałam, gdy Fjölsviðr oczekiwał potwierdzenia danego mu słowa. Chroń mnie zatem Matko Boska Balduryczna, pod której opiekę zostałam kiedyś skierowana, gdy przyjdzie w końcu rzecz przekazać. Bo właściwie dłużej chorobą wymawiać się już nie sposób.

I jak zwykle ostatnio na koniec – zadziwienie. W co ja, cholera jasna, wdepnęłam... Nie spodziewałam się, swoją drogą, że oprócz skuteczności dostanę jeszcze wizje. Że łączenie czynnych zmian w Losie z jego zupełnie niechcianym podglądaniem jest w ogóle możliwe. Ja się godziłam na tę grzebiącą, nie tę zmuszaną do zaglądania.


niedziela, 13 lipca 2014

uderz w stół...

3 razy skomentowano


A nożyce się odezwą. Czterech znajomych panów (a być może to jeszcze nie koniec) wzięło niedawno przeze mnie popełniony tekst o Pigmalionach do siebie. Połowa w miarę spokojnie, druga połowa z większym lub mniejszym oburzeniem, jedna czwarta z oburzeniem gigantycznym i zerwaniem wszelkich kontaktów towarzyskich. Widać celny tekst popełniłam...

niedziela, 6 lipca 2014

boskie igrzysko, odsłona enta

0 razy skomentowano

Jak w dziób dał, boskie igrzysko. Aż sobie ku pamięci musiałam sfotografować, jakimś telefonicznym wrakiem, który akurat był pod ręką. Zazwyczaj w ogóle nie rzucam, chyba że ktoś mnie bardzo o to prosi, bo po co, dla siebie losu nie macam i nie zadaję pytań, lepsze niespodzianki losu niż jego podglądanie naginającym go rzutem. Ostatni raz, na ten sam zresztą dokładnie temat, rzucałam dwa lata temu i góra – górna trójka – była (prawie) taka sama, teraz to co jest poniżej niej, eeee... kompletnie umyka moim zdolnościom interpretacyjnym. Znaczy komu innemu bym to zinterpretowała. Bezboleśnie. Ale jako odpowiedź na konkretne moje własne pytanie wygląda trochę ni przypiął ni przyłatał... Masakra.


No przepraszam, ale taki rzut w odpowiedzi na konkretnej sytuacji dotyczące pytanie typu co zrobić, żeby coś i co to da/zmieni (bliższe szczegóły dla czytelników nieistotne) nomen omen rzuca. Na łopatki. Opadnięta szczęka wisi sobie nadal luźno w swoich zawiasach, odbijając się niekiedy niemrawo od klawiatury.

A potem jeszcze musiałam Pertho wyjmować z psiej paszczęki, prawie z gardła. Łykanie niespodzianek nie jest dobre dla młodych groenendali.

niedziela, 29 czerwca 2014

domniemana hrefnia gadka z matką adopcyjną
nad kołowrotkiem i dzbanem cydru

1 razy skomentowano


– Mamo, co właściwie sądzisz o tych wszystkich żonach Ojca?

Tych wszystkich żonach? Czyżbym o czymś nie wiedziała? A nie, przecież ja nie mogę czegoś nie wiedzieć, czasem tylko o tym zapominam – uśmiecha się Matka znad kołowrotka, pociągając łyk jabłecznika – Przecież zawsze byłam tylko ja. Czasem tylko dawaliście mi inne imiona. Holle, Erda, różnie zdarzało wam się mnie nazywać, ale zapewniam cię, że nigdy nie było innej żony. Nie wiem o żadnej, a przecież bym wiedziała. Nie ma rzeczy, o których nie wiem, w żadnym ze światów. Zapomniałaś? Dzieci? Jasne, że ma sporo dzieci, które inne mu urodziły, ale nigdy z żadną z ich matek się nie ożenił. Lubi sobie zaszaleć, dobrze się trzyma, więc chętnie figluje z boginiami, alfkami, a nawet gigantkami. Zwłaszcza kiedy chce od nich czegoś konkretnego. Czasem mu się to zresztą odbija porządną czkawką, tak jak było z Gunnlöd i miodem skaldów. Ale małżeństwo?

– Mówię o tych wszystkich żonach z Midgardu, Mamuś.

Matka spogląda na Hrefnę uważnie, uśmiechając się lekko. Widząc poważne spojrzenie córki, wybucha gromkim śmiechem.

Żonach? Z Midgardu? Była kiedyś jedna taka, księżniczka, młódka. Rind bodaj jej było. Ta mi solidnie zalazła za skórę. Podchodził ją długo, imał się wszelkich sposobów, żeby w końcu dała mu dupy. Dała. Ale z nią też się nie ożenił. Z tego romansu zresztą był pożytek. Przynajmniej jej syn pomścił mojego jasnego Baldra.

– Mamo, ale ja mówię o tych dzisiejszych. Teraźniejszych. Które idą w setki. Zajmują się magią lub wizjonerstwem albo przynajmniej tego chcą i każda mówi, że to Ojciec ją wybrał, zaproponował ślub i słowa dotrzymał. Każda twierdzi, że jest jego żoną. Że z nim regularnie sypia, że jest ukochaną i najdroższą. Wyjątkową i jedyną w swoim rodzaju.

Matka w zamyśleniu trze palcami nić aktualnie przędzionego cumulonimbusa i wzdycha.

– A ja już myślałam, córeczko, że nie rozmawiamy poważnie. Słyszałaś o jakimkolwiek bogu, który ma wiele ludzkich żon? Poza Białym Chrystusem? No i może tym ciemnoskórym nudziarzem Inti, który w dodatku gustuje w dziesięciolatkach? Ja też nie. I zapewniam cię, że Ojciec do takich nie należy. Myślisz, że zaprzepaściłby to, co ma u mnie dla jakiejś... ludzkiej kobiety? No powiedz szczerze, podejrzewasz go o to? Sądzisz, że jakakolwiek córka Embli może zająć moje miejsce? Równać się ze mną? Rywalizować? Nawet całe stado jej córek, potraktowane jako całość, nie byłoby do tego zdolne. Może z nimi sypia. Może tylko im się tak wydaje, bo tak bardzo pragną mądrości, wiedzy i magii, że gotowe wszystko za nie oddać, łącznie z sobą, tworzą sobie jego obraz, przekonane, że oddają siebie. W dodatku tak w sobie zadufane, że wierzą, że dają mu coś, czego nie daję ja. Nie, dziecko. W Midgardzie nie ma żadnej żony, nigdy nie było i nie będzie. To tylko rojenia nawiedzonych ezoteryczek. A Ojciec przecież jest jak każdy mężczyzna. Jak każdy samiec alfa. Dają, to korzysta. Dziwiłoby mnie, gdyby tego nie robił. Niekiedy, gdy samiczka jest atrakcyjna, nawet się do niej wdzięczy. Żąda oddania. Czasem dając coś w zamian, czasem tylko dobrą zabawę. Przecież wiesz jaki jest i jak lubi wam – ludziom – mącić w głowach. A rzeczy, których te – jak je nazywasz – żony – pragną i o nie proszą, nigdy nie daje na życzenie. Poparte jakimkolwiek darem, nawet oddaniem osoby proszącej, która nie wie nawet o jaki ciężar prosi. Zresztą ceną za ten ciężar nigdy nie bywa dupa. Cena jest o wiele wyższa. Ale przecież to wiesz. On sam decyduje, komu ich udzielić – i ani prośba, ani łapówka, ani rozkładanie nóg na nic tu się nie zdadzą. Do tych, którym chce coś dać, przychodzi niewzywany... Czasem, gdy siada przy mnie na Fensalirze, rozmawiamy sobie o nich. O tych – w ich własnym mniemaniu – żonach. I może nie powinnam ci tego mówić, córeczko, ale dostarczają nam obojgu świetnej rozrywki. W sumie wpisują się w pewien schemat, wszystkie do siebie niezwykle podobne. A teraz przestań mi już gadać o głupotach, weź się za przędzenie, trzeba porządnych chmur naprząść, żeby lato znów nie było za upalne. I napijmy się tego cydru, który mi przyniosłaś. Nienajgorszy.




czwartek, 26 czerwca 2014

los bez czasu

0 razy skomentowano

W Sieci Życia lub Losu nie ma czasu. Nie ma przesz­łoś­ci, przyszłości i te­raź­niej­szoś­ci. Uświadomienie sobie tego, ale to uświadomienie nie­in­te­lek­tualne (oś­wie­ce­nio­wy i kartezjański priorytet intelektu nad wszelkimi innymi sposobami poznania – swoją drogą –  koszmarnie ogranicza i zamyka na mnóstwo aspektów rze­czy­wis­toś­ci, rac­jo­nal­nym rozumem nie­o­bej­mo­wal­nych, a przecież rów­nie praw­dzi­wych i istotnych, jak to, co możemy objąć czynnościami in­te­lek­tu­al­ny­mi), bo przecież proces myślowy pro­wa­dzą­cy do zro­zu­mie­nia tego faktu jest prosty i oczywisty, bywa trudne. By­wa też czasem bardzo kosztowne.

Świadomość, że przeszłość, te­raź­niej­szość i przyszłość to terminy na dłuższą metę pozbawione znaczenia czasem przytłacza. Nie zwalnia oczywiście w żaden sposób od odpowiedzialności za tu i teraz. Z życia tu i teraz, mocno w tym tu i teraz usadowionego. Ani za tworzenie tego, co będzie. Dodaje tylko trudną czasem do zaakceptowania pewność, że to tu i teraz jest jednocześnie tym, co było i tym, co kiedykolwiek nastąpi. Własnym i niewłasnym. Bo sieć sprzęga losy wszystkiego co istnieje – ludzi, bogów, całej ożywionej natury i tego, co w we współczesnej krót­ko­wzrocz­noś­ci, odrzucającej animizm, nazywamy naturą nieożywioną. Jesteśmy nie tylko naszymi przodkami, sumą ich losów, działań i czynów, jesteśmy nie tylko tym samym dla naszych potomków i ich sumą. Jesteśmy w gruncie rzeczy sumą wszystkiego, co działo się kiedykolwiek, w jakimkolwiek miejscu świata, tego co dzieje się teraz i co nastąpi. Bo wszystko to jeden Los, łączący i zamykający w sobie wszystko, bez żadnych wyjątków.

To, co kiedykolwiek przeżyliśmy, czegokolwiek doświadczyliśmy, każde spotkanie, każde doznanie, każda emocja, doświadczenie i wydarzenie trwają w Sieci wciąż. Kształtując to, kim jesteśmy teraz i kiedykolwiek będziemy. Nic w niej nie przemija. Wszystko jest. Losy raz sprzężone, były już sprzężone zanim się sprzęgły i pozostaną takie, dopóki trwa świat. To prowadzi do ogromnej odpowiedzialności i składa na kark człowieka, który to zrozumiał ciężar. Z którym trzeba się jakoś uporać, zaakceptować go i nieść.

Nie ma przeszłości. Nie ma teraźniejszości. Nie ma przyszłości. Jest Sieć. Próby bagatelizowania różnych przeżyć, tym bardziej próby przekształcenia ich w ich własne przeciwieństwa, odwracania kota ogonem, wypierania i zapominania z góry skazane są na nie­po­wo­dze­nie. Co kiedykolwiek zaistniało, trwa. I będzie trwało nawet po naszej śmierci. Bo nie wszystko jest sumą naszych dokonanych i zaniechanych wyborów. Wiele w życiu dzieje się wbrew, obok, poza nimi i niezależnie od nich. I nie zawsze wynika z wyborów dokonanych przez innych – czasem to po prostu Los, coś, co zaistnieć musi, niezależnie od woli lub niechęci zaplątanych w to osób.



Może dlatego od trzech już z okładem lat trwam w tak bardzo niechcianym celibacie. Który wielokrotnie bezskutecznie, choć chwilami desperacko próbowałam przełamać. Może nie przełamię go już nigdy. Bo może tak musi być, że pewien mężczyzna jest w moim losie ostatnim. I próby zmienienia tego prowadzą tylko do niesmaku. A niechciane przecież sprzężenie losu, przeciwko któremu tak bardzo się broniłam, zanim w końcu udało mi się ogarnąć (a właściwie ogarnianie wciąż trwa) jest punktem węzłowym, drgającym w Sieci wciąż i wciąż trwającym, jednym z tych najistotniejszych, choć tak trudno to zaakceptować. I nie dotknę już innego ani inny mnie nie dotknie.

wtorek, 24 czerwca 2014

Pigmalionowie i Galatee

7 razy skomentowano

Bert ek nú mæli,
því at ek bæði veit,
brigðr er karla hugr konum;
þá vér fegrst mælum,
er vér flást hyggjum:
þat tælir horska hugi.
(Hávamál 91)


Cytat jest trochę obok. Choć gdyby to mówimy najpiękniej, gdy zamierzamy najpodlej przełożyć także na zamiary nie do końca uświadomione (a jednak zawsze w końcu prowadzące do podłych rezultatów) – jednak pasuje. Ale rzecz ma być tym razem nie o Hávamál, a o Pigmalionach i Galateach.


Dzisiejszy model Pigmaliona (i nie bez kozery nasuwa się tu makaroniczne skojarzenie i pisownia – PigMaliona) znacznie różni się od swojego antycznego pierwowzoru. Pod wieloma względami przypomina pana Humberta. Choć i Galatea-Lolita (dalej GaLolita) bywa zwykle w wieku prawem już dopuszczalnym i Pig-Malion Humbert raczej nie żywi wstrętu do swojej ślubnej połowicy lub oficjalnej partnerki. Tudzież licznych innych kobiet, z którymi w czasie kształtowania, uwodzenia i używania GaLolity, a także przedtem i potem, bywa związany, aczkolwiek słowo związek nie jest tu najwłaściwsze. Różnica wieku może jednak być jeszcze drastyczniejsza. Dzisiejszy PigMalion niejednokrotnie z powodzeniem mógłby być dziadkiem GaLolity. Przecież nietrudno zostać dziadkiem w wieku trzydziestu paru lat, i choć dziadkowie w tym wieku nie są może zjawiskiem powszechnym, nie są także niczym wyjątkowym.

PigMalion nie poddaje się urokowi swojego konstruktu. No, może do czasu, krótko, dopóki w konstrukcie nie obudzi głębokiego uczucia. Choć może sprawiać takie wrażenie. Zazwyczaj ma poukładane życie, w którym GaLolita jest tylko jednym z dodatków, smakowitym, ale niewiele na dłuższą metę znaczącym. A GaLolita chętnie oddaje swojemu mistrzowi ciało i duszę. Często jest bowiem dziewczyną, która z rozmaitych względów ma pociąg do panów podtatusiałych – może za to czasem odpowiadać nieobecność ojca przy jej wychowaniu, czasem zaś utrwalony jego kompleks. Zatem fakt, że PigMalion, którego nie tylko kocha emocjonalnie, ale i ochoczo z nim figluje, mógłby być jej dziadkiem, a z pewnością ojcem – i to takim, który nie spłodził jej we wczesnej młodości, bez cienia zażenowania uważa za rzecz całkowicie normalną. A przecież o ile pary typu ojciec-córka z pewną pobłażliwością, jednak traktowane są w miarę neutralnie, o tyle takie typu dziadek-wnuczka muszą już budzić niesmak lub politowanie. Choć trzeba przyznać, że niektórzy PigMalionowie prze­cho­wują gdzieś w ukryciu jakiś portret Doriana Graya, dzięki któremu ich ciało zdaje się być o kilkanaście lat młodsze, niż jest w istocie. Mentalność natomiast często bywa nastoletnia.

Współczesny PigMalion jest zazwyczaj człowiekiem żonatym lub żyjącym w dłu­go­ter­mi­nowym, trwałym związku, o szerokich zainteresowaniach seksualnych, nie­og­ra­ni­czo­nych wyłącznie do małżonki lub partnerki i ewentualnie jednej czy dwóch kochanek, których istnienie zresztą skrzętnie ukrywa przed całym otoczeniem, a zwłaszcza aktualnie rzeźbionymi GaLolitami. Właściwie nieograniczonych niczym. Zwykle ma liczne przyjaciółki, często po kilka jednocześnie, wśród których GaLolita jest tylko jedną z wielu. A jej związek z PigMalionem nigdy nie bywa trwały. Rozpada się zawsze wtedy, gdy GaLolita zaczyna rozumieć jego naturę i swoje w nim miejsce – miejsce uroz­maicającego życie dodatku i młodego ciała, z którego grzech nie skorzystać, zwłaszcza gdy nawet przypadkiem, choć przecież taki przypadek można zorganizować, przynajmniej ten pierwszy, potem organizuje już GaLolita, znajdzie się pod ręką. Choć użycie słowa ręka jest tu eufemizmem. Stosunek PigMaliona do GaLolity sprowadza się do dają, to bierz, jest pod ręką – poproś i użyj. Nie licz się z konsekwencjami i nie myśl o od­po­wie­dzial­ności, jaka się z tym wiąże. Odpowiedzialność za budzone w innych emocje i ponoszenie cen rozmaitych działań nie bywa nigdy w męsko-damskich układach mocną stroną PigMalionów. Zwykle w tego typu sytuacjach, kiedy już wyrzeźbią i zdobędą, stawiają na niemądre jakoś to będzie. Albo nie stawiają na nic, działając całkowicie bezmyślnie lub kierując myśli na tory zupełnie do sytuacji nieprzystające.


A GaLolity pragną wyłączności. Uważają się za istoty szczególne, zakładają, że z PigMalionami łączy je więź wyjątkowej natury (często wrażenie to wynika ze wspólnoty zainteresowań – żeglarskich, podróżniczych muzycznych, a nawet re­li­gij­nych, często PigMalionami są księża, a GaLolitami aktywistki wspólnot parafialnych) i domagają się w życiu swoich mistrzów miejsca wyjątkowego. Na które zresztą niejednokrotnie zasługują, co nie sprawia jednak, że kiedykolwiek możliwe będzie zajęcie go. Gdyby godziły się na miejsce wśród wielu innych, równorzędnych, czasem w centrum zainteresowania, jednak na co dzień na jego marginesie, ich bajka miałaby szansę przetrwać dłużej, choć i tak zapewne karmiona złudzeniami i zwodnymi nadziejami. Ale one, jedna w drugą, jak tworzone przez PigMalionów przez kalkę, są przecież jedyne w swoim rodzaju i takiego miejsca w życiu mistrzów oczekują. Pragną wyłączności, jeśli nie fizycznej, to przynajmniej emocjonalnej. Jeżeli nawet nie wyłączności całkowitej, to chociaż miejsca centralnego – jeśli nie mogę być jedyna, chcę być najważniejsza. Które jest im niedostępne. Gdy wyłączność okazuje się niemożliwa do uzyskania – bajka umiera. Często długo i boleśnie.

Dzisiejsi PigMalionowie krzywdzą swoje GaLolity, ktore zazwyczaj są istotami niezwykle wrażliwymi i emocjonalnymi, bo tylko takie są podatne na rzeźbiarskie działania mistrzów. Krzywdzą je ukrywaniem swojej rzeczywistej natury. Swojego przedmiotowego stosunku do kobiet. Krzywdzą je, nie przeciwdziałając rozwijającym się w GaLolitach głębokim uczuciom. Krzywdzą swoją nieustanną grą, maskami, które tak przywarły do ich twarzy, że stały się niemal drugą skórą. Niejednokrotnie podsycają uczucia kłamstwem, w którym są mistrzami i umiejętną manipulacją, braniem pod włos i celowaniem w najczulsze punkty. Każdy przecież lubi być uwielbiany, a GaLolity nie tylko uwielbiają, potrafią także ubóstwiać. PigMalionowie chętnie korzystają – bo jakże nie skorzystać, z hojnie ofiarowywanego im młodego ciała, a korzystają zwykle w sposób bardzo umiejętny, zaspokajając każdą zachciankę, co zwykle bardziej jeszcze pogłębia uczucie, którym są darzeni – w końcu doświadczenie zdobyte na setkach użytych (właśnie – setkach i właśnie – użytych) wcześniej kobiet, i GaLolit i innych, choć czasem zdarza się także używanie wzajemne, a nawet, z rzadka – bycie użytym – czyni ich w tej dziedzinie mistrzami. GaLolity zresztą wpisują się w życiorys, stają się częścią tego doświadczenia, które z powodzeniem zostanie później wykorzystane w igraszkach z dziesiątkami – bo na kolejne setki może już nie starczyć PigMalionom czasu, zaczynają się bowiem starzeć i zaczynają to dostrzegać – tych, które nastąpią po nich.

W nadwrażliwych i oddanych PigMalionom całymi swoimi istotami GaLolitach zwykle pozostaje ślad. Trauma. Rana. Trudna do wygojenia. Często rzutująca na ich dalsze życie emocjonalne. Bo GaLolita zawsze jest zabawką. Przekonaną, że nią nie jest. Zdarza się nawet, że i PigMalionowie przez chwilę, ale tylko chwilę, czas krótkotrwałego oszo­ło­mie­nia młodością, ofiarowanym im – zwykle silnym i bardzo gwałtownym – uczuciem i młodym, świeżym, mało przechodzonym (w odróżnieniu od ich własnego) i oddanym ciałem, nie uważają ich za zabawki. Ale oszołomienie zawsze w końcu mija. Niestety, znacznie wcześniej u PigMaliona niż GaLolity.

Tylu wokół Pigmalionów i PigMalionów. Tyle Galatei i GaLolit. Obserwując ich nucę pod nosem z Biczewską:

Миленький ты мой, возьми меня с собой,
там в краю далеком буду тебе женой.
Милая моя, взялбы я тебя,
но там в краю далеком есть у меня жена.

Albo po polsku, brutalniej może, ale i prawdziwiej, bo tutaj миленький nie odmawia, korzysta...

Miły - łka dziewczyna, weź mnie do Berlina.
Ja już mam tam żonę, jedźmy w inną stronę.

I mimo obu pioseneczek na jednej tylko żonie problemy GaLolit się nie zamykają.


Czasem, ale tylko czasem, zdarza się Pigmalion klasyczny. W dodatku skrzyżowany z Werterem. Jego Galatea nie jest GaLolitą. Może być w wieku córki, nigdy wnuczki. Taki Pigmalion zapada w ciężkie zauroczenie, z którego nie sposób się uwolnić i au­to­des­truk­cyj­nie, nie bacząc na to, że Galatea go wprost i wyraźnie odrzuca, oddaje jej się wciąż bardziej. Im bardziej Galatea go odtrąca, tym silniej jej pragnie, jednocześnie pragnąc – bez efektu – rzeźbić ją i kształtować. Taka sytuacja jest tragiczna dla obu stron, często też dla całego ich otoczenia, a nie jak w przypadku PigMaliona i GaLolity tylko dla tej kochającej. I nikt, nawet najbliższa rodzina, nawet jego własne dzieci, nawet sama Galatea nie są mu w stanie w żaden sposób pomóc. Ale tacy Pigmalionowie są wyjątkami potwierdzajacymi regułę PigMaliona.

Niestety, bycie wiedźmą, która nie tylko w dupie była i gówno widziała, ale i z niejednego pieca chleb jadła i niejedno w życiu obejrzała, niejednego też doświadczyła, i do takich spostrzeżeń może prowadzić. Zrozumienie mechanizmów międzyludzkich układów jest częścią rozumienia mechanizmów działania świata. Nieodłączną częścią ciężaru, który kiedyś wzięło się na kark i trzeba nieść dalej.

poniedziałek, 23 czerwca 2014

czas, czas...

0 razy skomentowano

Chyba w samą porę napisałam poradnik dla zstępnych, co mają zrobić z zewłokiem. Gdyby tylko mieć gwarancję zostania upiorem, strzygą, marą, czymś, co dręczy ludzi...


piątek, 20 czerwca 2014

wieczór w lesie...

2 razy skomentowano



Wschodnim wiatrem, swoim oddechem zdmuchuje ze słonecznej twarzy włosy brzóz i traw. W żyłach pulsuje słona woda, tętni w błękitnych  skroniach, żywi chłodny, księżycowy blask myśli, które w chmurach się kłębią. Kamienne kości dają twarde oparcie. Skóra z ziarenek piasku, grudek żyznej ziemi, kiedyś znów się nimi stanie...

Niełatwo być Hrefną na rozdrożu. Wielu rozdrożach, jednocześnie. Tych w sobie i tych na zewnątrz. Jakby niewystarczająco trudno i drogo było po prostu być Hrefną na jednej, kiedyś wybranej drodze...

Siąść na rozstaju dróg, zamknąć oczy, słuchać, wąchać, smakować, czuć. Widzieć przez zamknięte powieki. Ostre jak nigdy zmysły przekazują, co ma zostać przekazane. Co powiedziane być musi. I musi zostać wysłuchane. Trudne przesłanie. I niełatwo uwierzyć w jego prawdziwość. Racjonalny rozsądek wciąż próbuje się buntować. Buntują się emocje, bo konsekwencja i wytrwanie pozostawiają je w strzępach. Czemu właśnie tak? Dobrze, skoro trzeba. Pytać dlaczego ponoć nie należy. Trzeba tylko odpowiedzieć. Potwierdzić. Po potwierdzenie przecież przyszli. Kolejne. Na kolejne, surowsze, ostrzejsze, wbrew niej, bez pytania o zdanie i zgodę zawężone wymaganie. I ją usłyszeli. Tę, której oczekiwali, której się spodziewali. Dostali swoje tak, będę. Niezależnie od ceny... i już nie wolno się cofnąć. Powiedziała tak, bo chciała powiedzieć. Potwierdziła dawne przyrzeczenie, złożone gdy jeszcze nie wiedziała. Z wolnego, własnego wyboru. Obiecała. Choć nie wie, co będzie. Z nią. Jak będzie i dlaczego tak właśnie. I co z niej zostanie. Znów się przesila. I w świecie i w niej.

Wiedziała, że tacy są. Że lubią niespodzianki. Często destrukcyjne. Skoro raz już obiecała, musi wytrwać, mimo że warunki umowy z ich strony stają się coraz twardsze i trudniejsze. I bolą.

Czemu oni tego chcą? Do czego wybrali? Czemu każą robić i czuć coś, co wewnętrznie niszczy? Rozdziera i boli? Czemu nawet pojedyncza myśl o wycofaniu się, dla własnego przecież dobra, dla zachowania siły, budzi taki gniew?

Pachnący jaskółczym zielem, pokrzywą, piołunem, krwawnikiem i świerkową żywicą ogień przygasa. Cisowy patyk w zranionej dłoni staje się na chwilę maleńkim wrzecionem. Utkana z Mgły, Mgłę Tkająca, Milcząca, dotknęła jej palców i zacisnęła je na nim. Bez słowa. Musnęła skroń, powieki (czy i ty też zapłaczesz kiedyś? zapłaczesz, nie raz ani nie trzy, będziesz płakać wiele – nebelhexe, mglista wiedźmo, moja wiedźmo) i odeszła. Nie przemówiła. Wróci... Matka? Matka.

Błękitny, zimny blask oka spod szerokiego kaptura. Skinienie głową. Zamyka jej dłoń w swojej na drzewcu okrwawionej włóczni. Już kolejny raz, ale tym, razem sen jest na jawie. Ojciec? Ojciec.

A jednak gdy czasem usłyszy nad sobą krucze gaworzenie, jeszcze wciąż czuje się dzieckiem adoptowanym, przysposobionym wyłącznie dla spełnienia tego, czego od niej wymagają. I budzi się żal do innej Matki, że tak łatwo ją oddała. I zapomniała?

Łatwiej byłoby zdrzewieć, wrosnąć w rozwidlające się ścieżki, wyciągnąć w niebo gałęzie jarzębiny - i po prostu tam zostać. Umrzeć nawet byłoby łatwiej. Nie wolno, choćby się chciało. Bardzo by się chciało. Chce się. Ale to też nie zapewni ucieczki, słowa trzeba dotrzymać, nawet po śmierci. Instynkt samozachowawczy mówi, że należy uciekać. Daleko, jak najdalej. Instynkt samozachowawczy chce chronić przed bólem. A jednak trzeba być... być dla – jak przyrzekła to już wcześniej, już dawno – to takie niezrozumiałe, dziwne, trudne, w obecnej sytuacji niezwykle bolesne. Zawężenie tego dla rodzi bunt. Bunt pozbawiony sensu. Resistance is futile. I nadal, wciąż, po latach,  brak odpowiedzi na pytanie jak. Pytanie dlaczego zawisa niewypowiedziane. Zaplecione losy – czemu te, czemu tak i czemu ona właśnie? Czas pokaże?

Od pięciu lat nie chciała tego zaakceptować. Racjonalizowała, rozszerzała wymaganie. Bo tak było łatwiej. Tak było lżej. Prościej. Mniej boleśnie. Dziś bez wątpliwości dowiedziała się, że błądziła. I zwyczajnie, po ludzku, bardzo się boi. O siebie. O swoją trwałość. O to, czy to jej nie przerośnie i nie rozbije tak, że nie da się już z tego wstać. Bo już spustoszyło. Ona ma wspierać. Być dla. Bez wsparcia. To dlatego hartowano stal. Nadzieja usłyszenia zwalniam cię ze słowa, kto inny wypełni to zadanie, ktoś, kto tego chce i nie widzi trudności, nadzieja która popchnęła na trudną dla niej, nawet w ten najbardziej prozaiczny sposób, wyprawę, ostatecznie się rozwiała.

Kim się znowu staje? Jak? Gubi się w sobie, w pytaniach, na które nie odpowiedziano – bo wszystko ma przyjść we właściwym czasie? Usłyszała, co miała  teraz usłyszeć, ani mniej ani więcej. Niecierpliwość nie jest drogą ani sposobem i nie przyniesie odpowiedzi. Niełatwo.  Może będzie tylko nieznającym swojej roli trybikiem, choć przecież tę rolę wypełni. Najlepiej, jak potrafi.

W chwili pierwszego wyboru nikt nie obiecywał łatwej drogi. Przeciwnie. Obiecywano krew, ból, cierpienie i łzy. Wszystko dla Celu. Nie podejrzewała, że aż takie.

Deszcz. Budzi i otrzeźwia. Podnosi ku niemu twarz. Przynajmniej spłucze łzy. Strach, bunt, rezygnacja, świadoma zgoda... wewnętrzne rozdroże, jakiego jeszcze nie było. Trzeba wracać, czekają przy samochodzie.

Wciąż więcej pytań, wciąż tak mało odpowiedzi. Nie trzeba rozumieć, trzeba żyć. Wariatka? Niech i tak będzie, jeśli chcecie. Uznajcie, że za dużo miodu dziś wypiła, tak będzie prościej. I tak nikt nie zrozumie. Choć chciałaby, żeby ktokolwiek.

niedziela, 15 czerwca 2014

wola może nie ostatnia,
ale z pewnością ostateczna

1 razy skomentowano

Gdyby – że zastosuję głupawy eufemizm – coś mi się stało – choć opcja gdyby ani jeżeli nie wchodzi tutaj w grę – kiedyś stanie się z całą pewnością – kwestia jest tylko w perspektywie czasowej (zatem kiedy), która w sytuacji bycia jednostką nieproduktywną i kłopotliwą – nie tylko dla systemu, ale przede wszystkim dla najbliższego otoczenia – zdaje się być bliższa niż dalsza – toteż niniejsze zdanie powinno rozpoczynać się od frazy kiedy coś mi się stanie – pozostanie poważny kłopot. Zewłok. Trup. Padlina. Nieprzyjemny odpad biologiczny, który należy możliwie szybko zutylizować, z naciskiem na wygenerowanie przy tej okazji jak najniższego kosztu.

Niestety, jeśli chodzi o odpady ludzkie, utylizacja taka, jak w wypadku zwierząt zmarłych czy poddanych eutanazji w lecznicach weterynaryjnych (oddanie specjalistycznej firmie do spalenia i umycie rąk od wszelkich dalszych działań) ani pozostawienie gdzieś na otwartej przestrzeni, żeby z padliną załatwiła się sama natura nie wchodzi w grę, a szkoda. Jeżeli nie zdążę wcześniej dokonać notarialnego aktu donacji zewłoka na cele naukowe dla dowolnej akademii medycznej, co prowadziłoby do utylizacji totalnie bezkosztowej – powinnam zaplanować sposób pozbycia się tego kłopotu, który dla otoczenia będzie wiązał się z najmniejszą możliwą liczbą problemów logistycznych i finansowych. Niniejszym zatem próbuję.

Przede wszystkim – kremacja. Bez zbędnych ceremonii konfesyjnych czy społecznych. Bez niepotrzebnego przygotowywania zwłok – mycia, ubierania, makijażu i podobnych dupereli. Z użyciem taniej trumny kartonowej, do której to, co obecnie scala moje psychofizycznoduchowe elementy, a gdy już się stanie – będzie tylko gnijącym mięsem – zostanie wrzucone w takim stanie, w jakim po staniu się będzie – dokładnie w taki sam sposób, w jaki śmieci wyrzuca się do kosza. Niepotrzebne ceregiele są przy tym całkowicie niepotrzebne.

Kartonowa trumna kremacyjna jest możliwa do nabycia na przykład tutaj – i nie życzę sobie żadnych dodatków - ani drewnianych nóżek, ani wybicia kremacyjnego, czymkolwiek by nie było, ani wkładu hydrofobowego, chociaż jego zastosowania może nie dać się uniknąć. Gdyby sprzedawcy dziwnie reagowali na odmówienie dołączenia do towaru tych dodatków – pomocne może być pokazanie im linku do niniejszego wpisu lub jego wydruku.

Nie wiem, jak wyglądają przepisy związane z korzystaniem z usług dowolnego zakładu pogrzebowego, być może nie da się udziału tego rodzaju firmy przy pozbywaniu się odpadu uniknąć. Jeżeli się nie da – kolejną metodą minimalizacji kosztów będzie rezygnacja z wszystkich usług dodanych, takich jak ceremonia pożegnalna (Bo co żegnać? Gnijące mięso? Popiół z gnijącego mięsa?) w dowolnym miejscu lub udostępnianej przez usługodawcę sali. Bez klepsydr, krzyżyków, nekrologów. Są zbędne a wiążą się z wydatkami. Jedynym sposobem zawiadomienia jakichkolwiek znajomych ewentualnie zainteresowanych faktem mojego zejścia śmiertelnego, którzy nie będą o nim wiedzieli od razu, niech będzie dodanie na mojej fejsbuczej osi czasu wydarzenia śmierć. Żadnych kwiatków, wieńców, zniczy i innych akcesoriów. Żadnych styp. One są dla żywych, mnie już wtedy nie przydadzą się na nic.

Kolejnym kłopotem jest pojemnik na spopielone resztki trupa. Zwyczajowo jest to urna i jej użycia zapewne nie da się uniknąć. Najtańsza, jaką udało mi się znaleźć - to taka. I znów – żadnych wisiorków, ozdóbek, cudów-niewidów.

Z urną i jej zawartością trzeba jeszcze coś zrobić. Otwarcie rodzinnego grobu na Powązkach, wmurowanie pojemnika i zamknięcie grobu, nawet bez umieszczania na nim jakiejkolwiek informacji o kolejnym mieszkańcu, to sprawa dość kosztowna. Pomijając fakt, że na grobie jest krzyż. A to, czego z całą pewnością w kwestii własnofuneralnej chciałabym, oprócz udziału klechy i chrześcijańskich czarów-marów, uniknąć – to spoczywania pod tym symbolem. Jeżeli zaistnieje jakakolwiek możliwość uniknięcia tej procedury – należy ją pominąć. Zatem, o ile możliwe byłoby ominięcie przepisów i zachowanie, a nie chowanie wazonika, należy to zrobić. Przetrzymywanie takiego gadżetu też jest jest niepotrzebne i problematyczne, toteż trzeba się go jakoś tanio pozbyć. Optymalnym dla mnie rozwiązaniem byłoby wykopanie dołka w jakimś przyjemnym miejscu, wysypanie zawartości pojemnika do tego dołka i posadzenie w nim brzozy (najtańsza - Betula utilis - 34 zł do nabycia tutaj, być może taniej na allegro lub w Obi Ogród) albo jarzębiny (najtańsza - Sorbus aucuparia var. Burka tu za 35 zł, ale na allegro można niekiedy dostać sadzonki jarzębiny pospolitej, porządnie wyrośnięte, metrowe, już za 1,50 zł). Zamówienie drzewka, wykopanie dołka i umieszczenie w nim sadzonki może jednak również być kłopotem. W takim wypadku wystarczy zawartość urny rozsypać w jakimś odludnym acz możliwie sympatycznym miejscu (preferowałabym jakiś las nad wodą), a w wersji minimalistycznej po prostu wysypać do zsypu na śmieci albo pojemnika na odpady biodegradowalne.

I podstawowa rzecz, o której należy pamiętać. Odpad będzie kłopotem. Niestety. Tego nie da się uniknąć. Ale w żadnym wypadku nie będę to ja. Jeżeli – zakładając wersję optymistyczną – wszystkie religie, łącznie z tą, którą wyznaję (a skoro nic nie przyjmuję na wiarę, o tym przekonam się dopiero umierając), są w błędzie i żaden element duchowy nie przeżywa śmierci lub po prostu w momencie zgonu się rozprasza, w ogóle żadnej mnie już nie będzie. Będzie tylko kłopotliwy zewłok, trup, śmieć. A nawet jeśli jakaś ja zostanę, i tak będzie mi wszystko jedno co stanie się z padliną. Dlatego metody jej zutylizowania należy uczynić możliwie najprostszymi i najtańszymi. Kiedykolwiek bądź moje zejście nie nastąpi. Jest szansa, że zestaw przedstawionych wyżej działań zamknie się w kwocie niskiego zasiłku pogrzebowego, a może nawet całej nie wykorzysta.

A na zakończenie, w ramach rozładowania niesmaku, który w kimś być może niniejszy wpis obudził – pogrzeb, jakiego za żadne skarby bym nie chciała. Chociaż teledysk znakomity.




niedziela, 8 czerwca 2014

ludzie przychodzą i odchodzą

0 razy skomentowano

Nie masz szczęścia do ludzi. Właściwie już dawno powinnaś do tego przywyknąć. Wygasić rozhasane odhr, które nie chce zaniknąć, jak zanika u każdego dorastającego człowieka. U ciebie nie zanika. Kwitnie, ma się dobrze, coraz lepiej, tylko ty z tego powodu wcale lepiej się nie masz. Cierpisz, a tego przecież nie chcesz.

Powinnaś przyzwyczaić się do tego, że ludzie przychodzą i odchodzą. Czasem przez chwilę idziecie równolegle, ale potem drogi się rozchodzą i twoje miejsce w ich życiu zanika. Przestaje istnieć lub zajmuje je kto inny. Ich miejsce w twoim też powinno. Ale głupie odhr nie chce na to pozwolić, głupie odhr uważa, że jeśli ktoś staje się ważnym (a zazwyczaj dokładasz przecież wcześniej wszelkich starań, by takim się nie stał, starania jednak w przypadku niektórych ludzi okazują się bezowocne, im bardziej się starałaś, tym bardziej), to tak już jest, na dobre i złe, na zawsze. Mimo że wiesz, że tak jest tylko po twojej stronie i sobie wmawiasz, że to niezdrowe, nienaturalne, szkodliwe, że ludziom trzeba pozwolić odejść i trzeba nauczyć się o nich zapominać. Nie umiesz. Jesteś tak irytująco stała, że samej tobie robi się niedobrze na samą myśl o tej stałości.

Zawsze boli cię zanikający kontakt z kimś, kto kiedyś stał się ważny. Zawsze trudno ci się pozbierać. Podświadomie ignorujesz wyraźne sygnały, które świadczą o tym, że przestajesz się liczyć, stajesz nikim, że czas zapomnieć i pozwolić zapomnieć o sobie. Podświadomie ignorujesz fakt, że rozmowy stają się coraz rzadsze, coraz bardziej zdawkowe, że to ty jesteś tą stroną, która je inicjuje, jeszcze dostajesz grzeczne, dyktowane kurtuazją (będącą formą hipokryzji) odpowiedzi, później nawet i tego nie. Aż w końcu przychodzi moment, gdy słyszysz twierdzenie podobne do takiego: „ze znajomościami tak już jest, że czasem kwitną, a czasem zamierają, jak ze wszystkim w życiu”. I chociaż intelektualnie wiesz, że tak jest, twoja podświadomość i emocje buntują się przeciwko niemu, zostawiając cię rozsypaną na okruchy.

Zbierasz się z tych okruchów długo i mozolnie. Obolała i niezdolna do akceptacji. Bo przecież ktoś był ważny. I teraz nagle, tak po prostu, znika. Nawet nie on sam, o nie – on znika ciebie ze swojego żywota, swoich spraw. Sprawy przestają być wspólne, znikają ostatnie łączące ogniwa, choć z twojego punktu widzenia one wciąż łączą. Już nawet się przed tym nie bronisz. Próbujesz akceptować. Ale ta akceptacja przychodzi jeszcze trudniej, niż ta poprzednia, przed którą tak bardzo się broniłaś i tak bardzo jej nie chciałaś – ta, która sprawiła kiedyś, że ktoś z człowieka zupełnie obcego, a wręcz budzącego niechęć, stał się bliski i ważny.

W końcu w odruchu samoobrony uciekasz. Wycofujesz się z wszelkich wspólnych inicjatyw. Znikasz z wszystkich miejsc, w których mogłabyś trafić na osobę kiedyś bliską, znaczącą, obecnie traktującą cię jak zdawkową znajomą, której nie mija się na ulicy bez słowa, ale poza grzecznościowym pozdrowieniem nie ma już z nią o czym rozmawiać. Zacierasz swoje ślady, zmieniasz środowisko, starając się z tym dawnym zerwać wszelki kontakt i zatrzeć w nim każdy ślad po sobie. Zerujesz się, zaczynasz od nowa, wśród nowych ludzi, którzy z tymi poprzednimi nie mają wiele wspólnego, tak, by nie zahaczali o przeszłość, która cię boli, z której twoja podświadomość wciąż nie chce się wyzwolić, a w skojarzeniu z nią twoje niewygasłe odhr dręczy cię nieustannie. I czasem, po dłuższym lub krótszym czasie – jednak zawsze jest to co najmniej kilka lat – nawet ci się udaje. Mimo przypadkowych spotkań z ludźmi, którzy wszystko, co próbowałaś pogrzebać, budzą na nowo. Ileż razy już tak było? Ilu ludzi, ile grup i inicjatyw zostało już za tobą?

Czasem, po tych wszystkich latach, przez które udało ci się pozbierać, wyciszyć, uleczyć – bo zapomnieć ostatecznie nie udaje się nigdy – taki ktoś wychyla się z głębin przeszłości. Przypomina o sobie. Czasem nawet nazywa przyjaciółką. Próbuje zaprząc w jakąś ważną dla siebie sprawę, bo kiedyś nauczyłaś go, że może na tobie polegać. Albo że do realizacji takiej sprawy możesz się przydać. I jedyne, co wtedy możesz zrobić, to nie pozwolić na to. Zachowywać się, jakbyś zapomniała. Jakby ten ktoś nigdy w twoje życie nie wszedł. Udawać. Nawet sama przed sobą. Bo przecież naturalnym ludzkim odruchem jest samoobrona przed zbędnym cierpieniem. Które zawsze wtedy budzi się na nowo, niełagodniejsze wcale niż za pierwszym swoim wybuchem, a często jeszcze ostrzejsze.

Ludzie przychodzą i odchodzą. Musisz się tego w końcu nauczyć, stara, głupia kobieto. I nie przywiązywać się do nich, bo ci, którym zrobiłaś miejsce w swoim życiu i pozwoliłaś stać się ważnymi, zawsze w końcu odejdą. Im więcej zrobiłaś dla nich miejsca, tym wcześniej i drastyczniej. Bo nie masz do nich szczęścia. Ale przecież doskonale to wiesz, nie chce tego wiedzieć tylko twoje nieugaszone, rozhasane odhr...

I nie płacz, idiotko. Bo tylko się ośmieszasz. Nawet we własnych oczach.

Nie znoszę lata. Również dlatego, że takie rzeczy zawsze właśnie latem się zdarzają. A i odhr zdaje się wtedy być ...wrażliwsze?


wtorek, 3 czerwca 2014

jeszcze trochę o magii

3 razy skomentowano

Czytam sobie różne wypowiedzi w różnych miejscach. I nagle odczułam tak zwany urgent need wyrażenia opinii. Takiej oto, że w odróżnieniu od praktyk religijnych, praktyki magiczne nie polegają na nawiązywaniu kontaktu z jakimikolwiek bóstwami. Polegają na działaniu samodzielnym, w obrębie takiej wizji świata, jaką oferuje dana religia albo przyjmuje się ją samodzielnie. Konkretnej, spójnej wizji świata. Jego budowy i zasad działania. Nie przyjętej na wiarę, a sprawdzonej namacalnie.

Zwracanie się w nich do bóstw jest wyłącznie elementem dodatkowym, mającym na celu minimalizację kosztu samodzielnie podjętego działania. To ja pociągam za nitki Wyrd, bogów ewentualne proszę o to, by gdy sieć będzie wracała do równowagi, nie oberwać za silnym efektem z odbicia. Lub proszę, by nie działali w danym momencie na polu, na którym sama coś grzebię. Mogę też, w ogóle bez odwołania do bogów, zaplanować z góry, co w takim efekcie z odbicia, wymianie coś-za-coś z losem, poświęcę. A to tylko dlatego, że ten konkretny model działań magicznych osadzony jest w konkretnej wizji świata, którą daje religia i kultura przedchrześcijańskich Germanów.

Dlatego nie mogłabym uprawiać magii hinduskiej, egipskiej, japońskiej, helleńskiej. Chyba i słowiańskiej. Ani tak zwanego "zachodniego ezoteryzmu", czymkolwiek by nie był. Pewnie nawet nie umiałabym, umiem tylko plątać w Sieci. Życia czy Losu, to bez znaczenia, Sieć jest ta sama, a mechanizm działania magii celtyckiej i germańskiej identyczny. Bliski jest też koncept Saami i kilka wersji syberyjskich. Inne to zwyczajnie nie ta konstrukcja świata. Nieważne jakim bóstwom te inne religie oddają cześć. Ważne jak ich zdaniem zbudowany jest świat.

Zmiana rzeczywistości przez odwoływanie się do bóstw, to domena kapłaństwa, nie magii, a w religiach bezkapłańskich – każdego wyznawcy. Bo jest taką zmianą nawet prośba do bogów o opiekę, dziękowanie za nią albo wieszanie na szyi dziecka boskiego symbolu ochronnego...

Magii stricte kapłańskiej, znanej z chrześcijaństwa czy wicca, mówimy nie. Aczkolwiek sama nazwa magowie z magii kapłańskiej się wywodzi i stąd ich odwieczna, nie tylko w literaturze fantasy obecna, awersja do wiedźm, które ich zdaniem do celów prozaicznych profanują coś co je przerasta. To raczej magowie prostej i przaśnej dupie magii dorabiają uszy zbędnej ideologii – i bez potrzeby mieszają w nią dowolnych bogów.

Jeden z magów powiedział mi niedawno, że skoro nie inwokuję i nie ewokuję, to nie uprawiam magii. Nie, to on jej nie uprawia. On tylko dobija targu z bytami – nazwijmy je – niematerialnymi. Nie zmienia rzeczywistości, one ją dla niego zmieniają. To z magią nie ma nic wspólnego.


środa, 30 kwietnia 2014

oderwana myśl o magii,
zainspirowana pewną gadką
(czyli wrzuć kamyk, a pójdą kręgi)

0 razy skomentowano

Magia to nie kwestia wiary. To jest kwestia pracy, metody prób i błędów, stosunku prób udanych do nieudanych i żmudnego kontrolowania rezultatów swoich działań. Żeby spaść z drzewa, nie trzeba wierzyć w istnienie grawitacji, a niewiara w nią nie powstrzyma przed spadnięciem. Dobrze opracowane, zaplanowane na konkretny, unikatowy cel i przeprowadzone działanie magiczne przyniesie skutek, nawet jeśli działający w ten skutek nie wierzy. To naprawdę tylko i aż tyle, ile ma w sobie wykorzystanie praw fizyki i rachunek prawdopodobieństwa. I żadne żywioły, demony, jakiekolwiek istotki czy tak zwany astral nie mają na to najmniejszego wpływu. Chociaż, jeżeli wiara w nie pomaga w wywołaniu w sobie odpowiedniego, okołotransowego stanu, są przydatne, tak samo jak bajki o żelaznym wilku albo różowych jednorożcach. Albo dowolne historie religijne czy wiara w cokolwiek, co sobie człowiek wymyśli. Wiara jest w magii jedynie narzędziem, pozwalającym wprowadzić się w odpowiedni do działania stan, ale i bez tego narzędzia można taki stan osiągnąć. Ułatwiającym, ale zdecydowanie nie niezbędnym.

Przy odpowiednim zaplanowaniu tego, co chce się osiągnąć i wymyśleniu (dzięki znajomości mechanizmów działania świata), ustaleniu sposobu, w jaki chce się nagiąć prawdopodobieństwo (wymyślony przez kogo innego albo nie dla konkretnej, pojedynczej sprawy sposób zawsze będzie mniej skuteczny, bo nie obejmie wszystkich niuansów danej sytuacji), krok po kroku, nie trzeba wierzyć w nic, nie trzeba stosować jakichkolwiek opracowanych przez kogokolwiek kiedykolwiek i dla kogokolwiek formuł, zaklęć, rytuałów, whatever. Nic gotowego, istniejącego wcześniej nie będzie tak skuteczne, jak to, co zostaje stworzone dla pojedynczego, jedynego w swoim rodzaju celu, tego, który sobie przy danym działaniu wytyczamy. I nic poza praktyką i właściwym planowaniem na rezultat nie wpłynie. A jak osiągnąć ten rezultat? Poza wiedzą o zasadach działania tego, co chce się zmienić, nagiąć dla własnych lub cudzych potrzeb, nazwijmy to w uproszczeniu rzeczywistością lub losem i przyjmijmy strukturę sieciową, jako najlepiej oddający tę konstrukcję obraz, i poza umiejętnością zaindukowania w sobie stanu rezonansu z rzeczywistością, losem czy jak to w uproszczeniu nazwiemy, z roboczo przyjętą jako dobry obraz strukturą sieciową, w gruncie rzeczy nic. A do wywołania owego stanu wiara wcale nie musi się mieszać. Czasem wystarcza zwykła hiperwentylacja, bardzo silny ból, np. zęba z odkrytym nerwem, leżenie pod rytmicznie pikającą aparaturą medyczną albo przetrenowanie. Albo ciężki kac czy kilka dni postu lub powstrzymywania się od snu.

Wiara w cokolwiek, łącznie z powodzeniem podejmowanego działania, jest wyjątkowo wśród niektórych środowisk magicznych przereklamowana. Może ma stanowić wabik, a może zniechęcacz, kto wie... tylko po co utrudniać nią coś, co jej wcale nie wymaga?

Dlatego nie wierzcie, że rzucicie bieda-urok miłosny, wyczytany w książkach Cunninghama czy kolorowej prasie drukowanej na gównianym papierze, z gadającymi gwiazdami w tytule. Jeśli nie wiecie jak, idealne wykonanie krok po kroku dowolnego zaklęcia z opisu, poparte najsilniejszą choćby wiarą w osiągnięcie efektu, w żaden sposób rzeczywistości nie zmieni, jeżeli działający nie zna jej konstrukcji i nie wie jak rezonować z jej drganiami. A jeśli ją zna i zarezonować potrafi, gotowe, cudze sposoby wywala do śmieci lub tłucze o kant dupy. Podobnie jak potrzebę wiary w efekt. Wtedy po prostu skutecznie działa, intuicyjnie tworząc sposoby dla danego celu najwłaściwsze.


poniedziałek, 31 marca 2014

wszystko ma swój koniec...

1 razy skomentowano

...toteż dzisiaj przyszedł czas na zamknięcie wieloletniej, toksycznej znajomości. Pretendującej niekiedy do rangi braterstwa. I jedyne co w związku z tym czuję, to ogromna ulga.

A że znajomość była naprawdę długoletnia i naprawdę toksyczna, jest to wydarzenie warte odnotowania.


wtorek, 18 marca 2014

plany na przyszłość

0 razy skomentowano

Kiedy w końcu się nie uda (al­bo właśnie uda, zdaniem tych bardziej „ży­c­zli­wych”, a os­tat­nio coraz częś­ciej również moim włas­nym) – zamierzam zostać up­i­orem. Dręczyć wszys­t­kich, którzy skrzy­wdzili moich blis­kich, rodz­inę i mnie samą, ta­kich, którzy wes­zli na jak­iś, choć­by na­j­drob­niejszy od­cisk, a gdy ta­kich zabraknie, wt­edy każdego, dowolne przy­pad­kowe os­o­by, które czymkol­wiek roz­drażnią, z jakiegoś, nawet zu­pełnie nieis­tot­nego powodu, mi się nie spodoba­ją. A w wolnych chwilach pędzić w Dzikim Gonie. Ewentualnie trzepać poduszki Frau Holle, kiedy jej samej nie będzie się chciało. To chy­ba je­dy­na ak­cep­towal­na for­ma przetr­wa­nia śmier­ci – i jaka przy tym przy­jem­na.

Bo, co jest do pewnego stop­nia spowodowane okolicznoś­ci­a­mi, coraz częś­ciej myślę o umiera­niu. Nie jako o czymś nie­u­niknionym, co musi nastąpić, a nade­jś­cie tego należy możli­wie odwlec w cza­sie. Raczej jako o fas­cynu­ją­cym pro­ce­sie, z którego nie chci­ałabym uronić ani sekundy (d­lat­ego umiera­niu we śnie mówimy zde­cy­dowane „nie”). Bo wiąże się z emoc­ja­mi, jakich jeszcze nie doświad­czyłam, a przeżyłam już chy­ba każdą możli­wą. Nieważne, że to pro­ces jed­no­ra­zowy i nieod­wracal­ny. Budzi mo­ją ogrom­ną cieka­wość, w sum­ie jest chy­ba je­dynym doz­naniem, jakiego jeszcze jestem w ży­ciu ciekawa.

Niestety, drodzy „ży­c­zli­wi”, tymczasem jednak znów zwiałam spod kosy. I planuję jeszcze spod niej przez jakiś czas pouciekać. Wam na złość. Bo w gruncie rzeczy życie na złość jest ciekawe, przyjemne i bardzo zabawne. O wiele przyjemniejsze niż życie dla czegoś lub kogoś, a już na pewno ciekawsze i zabawniejsze niż życie dla dowolnie wybranych idei.