środa, 27 listopada 2013

o młodych talentach i odpowiedzialności

11 razy skomentowano

Nie uczmy mło­dych ma­gii re­kon­struk­cyj­nej. Nie znaj­duj­my w nich po­ten­cja­łu, a je­śli na­wet go do­strze­że­my, nie mów­my im o tym, nie łów­my ta­len­tów. Nie łam­my im ży­cia. Rób­my wy­ją­tek tyl­ko dla tych, któ­rzy sami tego chcą, któ­rzy są pew­ni że tego wła­śnie szu­ka­ją, dla tych, któ­rzy wy­rzu­ce­ni drzwia­mi wró­cą oknem, a wy­rzu­ce­ni przez okno znów bę­dą sztur­mo­wać drzwi…

Ow­szem, moż­na uczyć po­je­dyn­czych tech­nik, me­tod, spo­so­bów. Po­ka­zać pew­ne za­sa­dy. Na­uczyć ko­goś gal­dru, plą­ta­nia ni­tek, ma­lo­wa­nia lub wią­za­nia hek­sów. Ale nie pró­buj­my po­ka­zy­wać ca­ło­ści. Podstawy. Sedna.

Dla­cze­go? Dla­te­go, że by­cie mą­drą, ca­il­le­ach, se­iðko­ną lub ich mę­ski­mi od­po­wied­ni­ka­mi, co kon­tekst, to na­zwa, to nie tyl­ko zna­jo­mość tech­nik, spo­so­bów i za­sad któ­rym kon­struk­cja tych spo­so­bów pod­le­ga. To tyl­ko obrze­że, mar­gi­nes. Taka oso­ba, gdy już za­cznie, za­wsze, do koń­ca ży­cia, a i po nim, bę­dzie stą­pać jed­ną no­gą po na­szej stro­nie Za­sło­ny Świa­tów a dru­gą – po tej dru­giej. A to bezpowrotnie zmie­ni jej ży­cie. Bo Tam­ta Stro­na wpły­wa na nie i je nieodwracalnie przekształca.

Ktoś ży­ją­cy w po­ło­wie tu, a w po­ło­wie tam, ni­gdy nie bę­dzie w peł­ni przy­na­le­żał do ja­kiej­kol­wiek ludz­kiej spo­łecz­no­ści. Na­wet je­śli zde­cy­du­je się na zwią­zek, na­wet je­że­li za­ło­ży ro­dzi­nę. Bo zwią­zek, ro­dzi­na, ukła­dy to­wa­rzy­skie i spo­łecz­ne są tyl­ko mar­gi­ne­sem jego ży­cia. Dla kogoś takiego zawsze będą spra­wy waż­niej­sze i to ku nim bę­dzie cią­ży­ło sed­no jego za­in­te­re­so­wań. Pęd do ro­zu­mie­nia wię­cej, tego, by wię­cej wie­dzieć, wię­cej umieć i więcej móc sta­nie się na za­wsze prio­ry­te­tem, na któ­rym ucier­pi ży­cie to­wa­rzy­skie, ro­dzin­ne, za­wo­do­we, przy­jaź­nie i wszel­kie wię­zi mię­dzy­ludz­kie. Istot­niej­sze sta­ną się z cza­sem wię­zi ludz­ko­-bo­skie, zwy­kle wię­zi z ta­ki­mi bo­ga­mi, któ­rzy wię­cej wy­ma­ga­ją niż da­ją, a lu­dzi trak­tu­ją jak środ­ki do swo­ich ce­lów. Im moc­niej od­da­nych im lu­dzi, tym bar­dziej.

Mą­dra, se­iðko­na, cail­leach nie na­le­ży do świa­ta lu­dzi. Tyl­ko w nim ży­je. Nie z ludź­mi i nie wśród nich, a sta­le obok. Za­wsze z cza­sem sta­je się jed­nost­ką co­raz bar­dziej so­cjo­pa­tycz­ną. A ca­il­le­ach, mą­drą, se­iðko­ną się nie bywa tyl­ko na czas Czy­nie­nia, nią się po pro­stu staje. To nie stan przyj­mo­wa­ny na czas Czy­nu, to przy­pa­dłość ca­łej ludz­kiej isto­ty.

Jed­nak… kie­dy oglą­dam się o ćwierć wie­ku wstecz – nie chcia­ła­bym być ni­kim in­nym niż je­stem te­raz. Gdy spo­glą­dam na tę mło­dziutką, zde­spe­ro­wa­ną ko­bie­tę (ko­biet­kę wte­dy w za­sa­dzie) niby po­dob­ną do ró­wie­śni­ków, ma­ją­cą ta­kie jak oni pro­ble­my, ma­rze­nia i cele, a tyl­ko bar­dziej niż oni za­in­te­re­so­wa­ną tym co du­cho­we, nie­ma­te­rial­ne, ro­zu­mie­niem me­cha­ni­zmów świa­ta i umie­jęt­no­ścią po­wo­do­wa­nia w nim zmian, nie chcia­ła­bym zmie­nić tego co w moim ży­ciu za­szło od cza­su gdy swo­ją de­cy­zję pod­ję­łam i za­czę­łam upar­cie dą­żyć do jej re­ali­za­cji. Mimo że pła­cę za to sa­mot­no­ścią wśród lu­dzi, zu­peł­nie in­nym niż u nich roz­ło­że­niem ży­cio­wych prio­ry­te­tów, a na­wet tak głu­pa­wy­mi przy­pa­dło­ścia­mi psy­cho­fizycz­ny­mi jak wciąż na­ra­sta­ją­ca me­te­opa­tia – wie­dzieć wię­cej, czuć wię­cej, umieć i ro­zu­mieć wię­cej – to im­pe­ra­tyw, któ­ry od ćwierć­wie­cza mi to­wa­rzy­szy, ni­gdy nie słab­nąc – prze­ciw­nie, je­dy­nie w cza­sie na­ra­sta­jąc. W tym wy­pad­ku o wie­le bar­dziej li­czy się „być” – i to „kim” – i to „jak” – niż co­kol­wiek mieć.

Ale to nie my po­win­ni­śmy szu­kać tych, któ­rym pew­ne prio­ry­te­ty prze­sło­nią wszyst­ko inne. To oni po­win­ni znaj­do­wać nas. A my po­win­ni­śmy – taki nasz obo­wią­zek i na­sza od­po­wie­dzial­ność – uświa­da­miać im, jaka to trud­na dro­ga i po­ka­zy­wać wszyst­kie „prze­ciw”. „Za” znaj­dą sami. I za­nim za­cznie­my ich uczyć, po­win­ni do­wieść swo­jej de­spe­ra­cji w dą­że­niu do tego, cze­go pra­gną i zro­zu­mie­nia, jak bar­dzo osią­ga­nie tego („o­sią­ga­nie” nie „o­sią­gnię­cie” – bo jest to sta­ła dro­ga, wciąż pod gó­rę i „za jed­ną da­lą dru­ga dal” – cią­głe sta­wa­nie się, a nie pro­ste dotarcie do celu) ich zmie­ni. A zmie­ni na za­wsze.