piątek, 25 października 2013

niepoprawnie politycznie myśl genderowa

12 razy skomentowano

W wyniku obserwacji rozmaitych dyskusji o samodefiniowaniu i określaniu płci tudzież sposobach określania się w rozmaitych sytuacjach społecznych, uznałam, że przyszedł być może czas na prezentację własnego w tej kwestii stanowiska. Słowo kobieta oznacza dla mnie wyłącznie biologiczną samicę gatunku Homo sapiens sapiens, a mężczyzna – samca tego samego gatunku, jedynym kryterium różnicującym jest fizjologia i budowa, obecność konkretnych narządów lub ich brak. Owszem, hormony wpływają na sposób rozumowania i funkcjonowanie, ale nie dajmy się zwariować...

Określenie osoba płci żeńskiej, z którym gdzieniegdzie się spotykam, jest dla mnie puste. Albo inaczej – jest udziwnieniem wprowadzającym nadmierne zamieszanie definicyjne. Ma jajniki, czy jądra? Jeśli ma jajniki lub miała, a zostały operacyjnie usunięte – jest kobietą. Jeśli ma jądra (lub zostały operacyjnie usunięte) – jest mężczyzną. Jeśli urodził/a się bez tego i tego – co się ponoć zdarza – jest istotą bezpłciową, jeżeli z jednym i drugim – obojnakiem. Żadne kulturowe omówienia poszczególnych płciowych ról nie mają znaczenia, są tylko – wcale niekoniecznie prostą – nakładką na fizjologię. Jeżeli kobieta pełni społeczne funkcje mężczyzny – choćby dosłużywszy się w wojsku stopnia generała – nie przestaje przez to być kobietą. Jeśli mężczyzna skupia się na wychowywaniu dzieci, prowadzeniu gospodarstwa i praniu pieluch, biorąc urlop ojcowski, kretyńsko zwany tacierzyńskim, a poza domem wykonując wysoce sfeminizowany zawód pielęgniarza lub nauczyciela przedszkolnego, mężczyzną być nie przestaje. Nawet jeśli ktoś zechce taką kobietę nazwać chłopobabem, a mężczyznę niewieściuchem – wtedy wyłącznie osoba przypinająca takie etykietki ma z sobą problem, niedotyczący w żaden sposób osoby etykietkowanej.

Płeć mózgu - cóż - kulturowo-postnowoczesny wynalazek; sprawny mózg stanowi o tym, że jest się człowiekiem, bardziej lub mniej inteligentnym; o płci stanowią wyłącznie konkretne narządy. Postrzeganie kogoś przez pryzmat tego, jakiej płci przynależne gonady i cechy trzeciorzędowe posiada jest głupie i chore, mimo że szeroko społecznie rozpowszechnione. Człowiek to człowiek, jego płeć ma znaczenie jedynie wówczas, gdy chce się z nim iść do łóżka. Tak trudno przyjąć do wiadomości fakt, że posiadanie cycków w niczym nie dyskwalifikuje danego człowieka jako uczestnika męskiej wódki, a posiadanie wacka jako znakomitego opiekuna do dziecka? Trzeba zaraz człowieczeństwo dychotomizować?

A że bywa i tak, że mózg produkuje transseksualne urojenia (sama znam dwie osoby transseksualne, co nie zmienia mojego stanowiska) – cóż, są tacy, którzy równie silnie jak taki trans wierzy w to, że jest kobietą, wierzą, że są Napoleonami. Albo Jezusami... Albo jaszczurami – i też się przez rozmaite skaryfikacje operacyjnie do nich upodobniają. Widocznie nie trafili w życiu na rozsądnego i niespaczonego nowoczesnymi ideami psychiatrę.

Z mieszania kultury z biologią i definicji kulturowych z przyrodniczymi nic sensownego dotąd nie wynikło, przeciwnie – jedynie narastające nieporozumienia. A że przy okazji znów wylazł hrefni radykalizm - to już inna para kaloszy...