środa, 28 sierpnia 2013

Zaklęcia merseburskie

0 razy skomentowano

Za­klę­cia Mer­se­bur­skie to dwie za­pi­sa­ne w dia­lek­cie fran­koń­skim ję­zy­ka sta­ro­wy­so­ko­nie­miec­kie­go in­kan­ta­cje, czy też za­mó­wie­nia albo po pro­stu cza­ry. Są je­dy­ny­mi, za to bar­dzo do­bit­ny­mi, za­cho­wa­ny­mi w tym ję­zy­ku świa­dec­twa­mi kul­tu­ry przed­chrze­ści­jań­skiej. Od­krył je w 1841 r. w teo­lo­gicz­nym ma­nu­skryp­cie z Ful­dy, spi­sa­nym w IX lub X wie­ku, Georg Wa­itz. Sam ma­nu­skrypt (Co­dex 136 f. 85a) był prze­cho­wy­wa­ny w bi­blio­te­ce ka­pi­tu­ły ka­te­dral­nej w Mer­se­bur­gu — i od na­zwy tej miej­sco­wo­ści po­cho­dzi na­zwa tych za­pi­sów. Za­klę­cia zy­ska­ły po­pu­lar­ność w na­szych cza­sach dzię­ki uwa­dze, któ­rą po­świę­ci­li im bra­cia Grimm, opi­su­jąc je w opu­bli­ko­wa­nym w 1842 r. ar­ty­ku­le: O dwu nowo od­kry­tych po­ema­tach z ger­mań­skie­go okre­su he­ro­icz­ne­go.

Ma­nu­skrypt z za­klę­cia­mi moż­na by­ło oglą­dać do li­sto­pa­da 2004 r. na wy­sta­wie w mer­se­bur­skiej ka­te­drze, za­ty­tu­ło­wa­nej „Mię­dzy ka­te­drą a świa­tem — 1000 lat hi­sto­rii fary w Mer­se­bur­gu”; po­przed­nio były wy­sta­wio­ne na wi­dok pu­blicz­ny w 1939 r.

 

Pierw­sze Za­klę­cie Mer­se­bur­skie

Pierw­sze za­klę­cie bywa okre­śla­ne jako Löse­se­gen — bło­go­sła­wień­stwo uwol­nie­nia. Do­ty­czy wy­zwa­la­nia z wię­zów, z na­rzu­co­nych pęt i cu­dzej woli, a tak­że ochro­ny przed wro­giem. Od­wo­łu­je się do Idis (Dis) — żeń­skich du­chów opie­kuń­czych, wy­stę­pu­ją­cych i da­rzo­nych czcią na nie­mal wszyst­kich ob­sza­rach kul­tu­ry ger­mań­skiej. Jego pierw­szy wer­s praw­do­po­dob­nie na­wią­zu­je do po­wszech­nej w ger­mań­skiej ma­gii prak­ty­ki me­dy­ta­cyj­nej zwa­nej uti­se­tą. Mo­że być wy­ko­rzy­sta­ne jako wspar­cie w uwol­nie­niu się od wszel­kich nie­chcia­nych wię­zi i za­leż­no­ści. Nie­któ­rzy uwa­ża­ją, że jego ostat­ni wers (Uwol­nij się z wię­zów, uciek­nij od wro­ga) do­wo­dzi, że samo za­klę­cie jest ele­men­tem ma­gii bi­tew­nej, a śpie­wa­ją­ce je Idi­sy — wal­ki­ria­mi.


I zaklecie
Eiris sa­zun idi­siy,
sa­zun hera du­oder.
Suma hapt hep­ti­dun,
suma heri le­zi­dun,
Suma clu­bo­dun
umbi cu­onio­uuidi:
in­sprinc hapt­ban­dun,
inu­ar uigan­dun.
Kiedyś sie­dzia­ły idi­sy­,
sie­dzia­ły tu i tam.
Jed­ne mo­co­wa­ły wię­zy,
jed­ne za­trzy­my­wa­ły woj­sko,
Inne lu­zo­wa­ły
wię­zy na dziel­nym:
Uwol­nij się z wię­zów,
uciek­nij od wro­ga.

 

Dru­gie Za­klę­cie Mer­se­bur­skie

Główne po­sta­ci wy­stę­pu­ją­ce w tym za­klę­ciu są bez żad­nych wąt­pli­wo­ści iden­ty­fi­ko­wa­ne na pod­sta­wie kon­ty­nen­tal­nej mi­to­lo­gii ger­mań­skiej jako Uuôdan (Wo­dan) i jego małżonka Frîia (Fri­ja, Frigg). Pierw­sza część za­klę­cia, opi­so­wa opo­wia­da o wy­pra­wie do lasu, dru­ga, kon­kret­na mó­wi o tym, jak Wo­dan le­czy skrę­co­ną koń­ską no­gę — a przy tej czyn­no­ści czę­sto bywa przed­sta­wia­ny na brak­te­atach z okre­su mi­gra­cji. Po­zo­sta­łe wy­stę­pu­ją­ce w za­klę­ciu po­sta­ci to Phol (Baldr), Uol­la, czę­sto ko­ja­rzo­na z Ful­lą, po­mniej­szą bo­gi­nią i to­wa­rzysz­ką Frigg, Sun­na — uoso­bie­nie Słoń­ca i Sin­th­gunt, któ­rą trud­no zi­den­ty­fi­ko­wać z całą pewnością. Samo za­klę­cie jest uży­te do ule­cze­nia skrę­co­nej koń­skiej nogi, za­sto­so­wa­ne w od­po­wied­ni spo­sób mo­że jed­nak słu­żyć do wspo­ma­ga­nia le­cze­nia ran, zwich­nięć i zła­mań.

Drugie Zaklecie
Phol ende uuodan uuorun zi hol­za.
du uuart demo bal­de­res
uolon sin uuoz bi­ren­kit.
thu bi­gu­ol en sin­th­gunt,
sun­na era su­ister;
thu bi­gu­ol en friia,
uol­la era su­ister;
thu bi­gu­ol en uuodan,
so he uuola con­da:
sose ben­ren­ki,
sose blu­otren­ki,
sose li­di­ren­ki:
ben zi bena,
blu­ot zi blu­oda,
lid zi ge­li­den,
sose ge­li­mi­da sin.
Phol i Odyn wje­cha­li do la­sów,
tam źre­bak Bal­dra
skrę­cił no­gę.
Za­cza­ro­wa­ła ją Sin­th­gunt,
i jej sio­stra Sun­na.
Za­cza­ro­wa­ła ją Frija,
i jej sio­stra Uol­la.
Za­cza­ro­wał ją Wo­dan,
gdyż do­brze wie­dział jak:
Je­śli kość zwich­nię­ta,
Je­śli krew zwich­nię­ta,
Je­śli koń­czy­na skrę­co­na:
Kość do ko­ści,
Krew do krwi
koń­czy­na do koń­czy­ny,
tak jak­by skle­jo­ne by­ły.

Śla­dy w nor­we­skim folk­lo­rze

W XIX i XX wie­ku w Nor­we­gii za­no­to­wa­no dwa nie­zwy­kle po­dob­ne za­klę­cia, bę­dą­ce prze­trwa­łym w miej­sco­wym folk­lo­rze śla­dem ar­cha­icz­nych prak­tyk za­pi­sa­nych w Za­klę­ciach Mer­se­bur­skich. XI­X-wiecz­na in­kan­ta­cja od­wo­łu­je się bez­po­śred­nio do Je­zu­sa, XX-wiecz­na do XI­-wiecz­ne­go nor­we­skie­go kró­la, świę­te­go Ola­fa Tryg­gve­so­na, chry­stia­ni­za­to­ra Nor­we­gii.

Za­klę­cie XI­X-wiecz­ne

Za­klę­cie XX-wiecz­ne

Sam Je­zus je­chał wrzo­so­wi­skiem,
A jak je­chał, jego koń zła­mał kość
Je­zus zsiadł i wy­le­czył to
Je­zus zło­żył szpik do szpi­ku,
Kość do ko­ści, cia­ło do cia­ła.
Po­tem Je­zus zło­żył liść,
By zo­sta­ły już na miej­scu.
Świę­ty Olaf je­chał
po zie­lo­nym le­sie
i zła­mał nó­żeń­kę swo­je­go ko­ni­ka.
Kość do ko­ści,
cia­ło do cia­ła,
skó­ra do skó­ry
W imię Bo­że. Amen.

Obec­ność obu za­klęć w ma­gii lu­do­wej świad­czy o ich mocy i sku­tecz­no­ści. I choć dzia­ła­ją­ce po­sta­ci zo­sta­ły ochrzczo­ne, jed­nak obie za­pi­sa­ne in­kan­ta­cje świad­czą o tym, jak bardzo dzie­dzic­two przod­ków jest ży­we w dzia­ła­niach i świa­do­mo­ści po­tom­ków.

czwartek, 1 sierpnia 2013

prywatny punkt widzenia
na pewną „pogańską” deklarację programową

27 razy skomentowano

Poja­wi­ła się dzi­siaj nowa, po osiem­na­stu la­tach uwspół­cze­śnio­na, pu­bli­ka­cja de­kla­ra­cji pro­gra­mo­wej jed­ne­go z wio­dą­cych pol­skich po­gań­skich związ­ków wy­zna­nio­wych. Cho­ciaż po za­po­zna­niu się z jej tre­ścią, któ­rą po­ni­żej z po­li­te­istycz­ne­go punk­tu wi­dze­nia spró­bu­ję skry­ty­ko­wać, wy­pa­da­ło­by ra­czej użyć sło­wa „po­gań­ski” w cu­dzy­sło­wie. Bo w grun­cie rze­czy wy­glą­da to na zle­pek idei gno­styc­ko­-po­st­chrze­ści­jań­sko­-te­ozo­ficz­no­-e­zo­te­rycz­nych, ubra­nych tyl­ko, że­by by­ło ład­niej i prze­ma­wia­ło do emo­cji nie­któ­rych lu­dzi, w zgrabną, lnia­ną su­kien­kę ze sło­wiań­skim haf­ci­kiem przy man­kie­tach. Tym­cza­sem ko­men­tarz szyb­ki i krót­ki, zwra­ca­ją­cy uwa­gę na to co naj­bar­dziej za­ku­ło moje po­li­te­istycz­ne wnę­trze. Mo­że kie­dyś go roz­sze­rzę, się­ga­jąc do źródeł re­li­gio­znaw­czych i kul­tu­ro­znaw­czych. Tym­cza­sem dam tyl­ko wy­raz wła­snej opi­nii, na licz­nych w róż­nych okre­sach przy­swa­ja­nych źró­dłach opar­tej, ale bez kon­kret­nych od­no­śni­ków.

Za­czy­na­my:

[…] re­pre­zen­tu­je wy­zna­nie he­no­te­istycz­ne (bę­dą­ce for­mą po­li­te­izmu), sil­nie na­ce­cho­wa­ne pan­te­izmem. Opie­ra się ono na prze­ko­na­niu o ist­nie­niu Boga Naj­wyż­sze­go, sta­no­wią­ce­go ab­so­lut, utoż­sa­mia­ne­go z na­tu­rą i ota­cza­ją­cym nas wszech­świa­tem (czy ra­czej w związ­ku z ewo­lu­cją tego ostat­nie­go ter­mi­nu – z wiecz­nym, nie­skoń­czo­nym i nie­ogra­ni­czo­nym me­taw­szech­świa­tem. Prze­ja­wa­mi Jego po­szcze­gól­nych aspek­tów (ko­lej­ny­mi wcie­le­nia­mi lub osob­ny­mi two­ra­mi bo­ski­mi) są inni, po­mniej­si bo­go­wie oraz licz­ne isto­ty du­cho­we Mu pod­le­głe.
Czy­li ge­ne­ral­nie „w­szy­scy bo­go­wie są jed­nym bo­giem”? A je­śli na nie­go się nie skła­da­ją i nie są tyl­ko jego wy­od­ręb­nio­ny­mi prze­ja­wa­mi, to mu pod­le­ga­ją? Wszy­scy, bez wy­jąt­ku? Ban­tu, az­tec­cy, in­ka­scy, cel­tyc­cy, greccy, egipscy, aborygeńscy, ger­mań­scy, a na­wet sam ju­de­ochrze­ści­jań­ski? Czy jest to mo­że isto­ta z nim toż­sa­ma, tyl­ko ina­czej na­zy­wa­na? Bo ta „naj­wyż­szość” wspominanego tu „Bo­ga Naj­wyż­sze­go” ja­koś dziw­nie zna­jo­mo i bli­skow­schod­nio mi pach­nie.
Bio­rąc pod uwa­gę, iż róż­ni lu­dzie na róż­ne spo­so­by (we­dle wro­dzo­nych lub na­by­tych pre­dys­po­zy­cji, w tym tak­że wy­ni­ka­ją­cych z uwa­run­ko­wań kul­tu­ro­wych…
W tych „uwa­run­ko­wa­niach kul­tu­ro­wych” wi­dzę już furt­kę dla chrze­ści­jan nie chcą­cych na­zy­wać się chrze­ści­ja­na­mi, ezo­chrze­ści­jan i wszel­kich osób zmie­nia­ją­cych je­dy­nie „skór­kę w wi­nam­pie”, a po­zo­sta­ją­cych przy wdru­ko­wa­nej im chrze­ści­jań­skiej wi­zji świa­ta, uży­wa­ją­cych tyl­ko do jej opi­su in­nych okre­śleń. Nie­zdol­nych do szer­sze­go spoj­rze­nia czy wy­rwa­nia się poza wro­sły w przy­zwy­cza­je­nie sche­mat.

…mo­gą sta­rać się zbli­żyć do Boga Naj­wyż­sze­go. Przyj­mu­je­my, że naj­bliż­szym i naj­wła­ściw­szym dla Sło­wian Jego imie­niem jest Świę­to­wit (przy czym nie wy­klu­cza­my że dla czę­ści ro­dzi­mo­wier­ców sło­wiań­skich rów­nie wła­ści­we mo­gą być tu po­zo­sta­łe imio­na ze szczy­tu pan­te­onu bóstw sło­wiań­skich, szcze­gól­nie ta­kie jak Pe­run lub Swa­róg).
Z tego frag­men­tu wy­zie­ra z ko­lei kom­plet­ne nie­zro­zu­mie­nie po­gań­skiej, in­do­eu­ro­pej­skiej re­li­gij­no­ści, prze­sia­nie jej przez bli­skow­schod­nie lub co gor­sza wręcz ezo­te­rycz­ne sito „ab­so­lu­ty­zmu” czy też „ab­so­lu­to­wa­to­ści”. I do­dat­ko­wo brak sza­cun­ku dla bo­gów, z któ­ry­mi się gada, sko­ro od­ma­wia się im od­ręb­nych oso­bo­wo­ści, po­są­dza­jąc o by­cie ema­na­cją jed­nej nie­oso­bo­wej oso­by, nie­waż­ne w do­dat­ku, ja­kim imie­niem zwa­nej. Przy czym za­sta­na­wiam się, czy uogól­nie­nie czy­nią­ce z przed­chrze­ści­jań­skich Sło­wian wy­znaw­ców nie­po­ję­te­go i naj­wyż­sze­go ab­so­lu­tu wy­ni­ka z nie­wie­dzy, nie­zna­jo­mo­ści re­li­gio­znaw­czych źró­deł, czy też ze świa­do­me­go ich na­gi­na­nia w nie­zna­nym mi bli­zej celu. Ja ro­zu­miem, że ab­so­lu­to­wi (pod wa­run­kiem, że ta­ko­wy w ogó­le ist­nie­je) wszyst­ko jed­no, ja­kim imie­niem kto­kol­wiek bę­dzie go na­zy­wał, ale po­dej­rze­wam, że Swa­ro­go­wi, Pe­ru­no­wi, czy Mo­ko­szy, je­śli w ja­ki­kol­wiek spo­sób są po­dob­ni do in­nych zna­nych mi bo­gów już tak bar­dzo wszyst­ko jed­no nie jest. Poza tym „sz­czyt pan­te­onu”? Kto go, kiedy i dla ja­kie­go ple­mie­nia usta­lił? Skoro nawet poszczególne tożsamości są obiektem deliberacji, czy przypadkiem choćby od Bałtów w czasie wędrówki ludów nie zostały zapożyczone?

Te­raz za­czy­na­ją się cie­kaw­sze cie­ka­wost­ki:
Nasi sło­wiań­scy przod­ko­wie byli czci­cie­la­mi Boga Naj­wyż­sze­go, któ­re­mu na swój spo­sób cześć od­da­wa­na jest w sys­te­mach wy­zna­nio­wych roż­nych kul­tur, oraz któ­re­go roż­nie na­zy­wa­no w ję­zy­kach róż­nych na­ro­dów. Nie imię bo­wiem (sz­cze­gól­nie to ufor­mo­wa­ne przez – i funk­cjo­nu­ją­ce po­wszech­nie wśród – lu­dzi) jest tak na­praw­dę naj­waż­niej­sze, lecz sam spo­sób ob­ra­ny aby do te­goż ab­so­lu­tu – Boga Naj­wyż­sze­go – się zbli­żyć.
W ten spo­sób do­cho­dzi tu jesz­cze gno­za, ro­zu­mia­na jako oso­bi­ste po­szu­ki­wa­nie kon­tak­tu z bó­stwem, ab­so­lut­nym i nad­rzęd­nym. A przynajmniej próba zbliżenia się do niego, w domyśle z góry skazana na niepowodzenie. I wy­ła­nia nam się tar­get ta­kiej de­kla­ra­cji pro­gra­mo­wej. Czy­li lu­dzie nie­bę­dą­cy w sta­nie zmie­nić swo­je­go po­strze­ga­nia bo­sko­ści, a po­przez nie­zgo­dę na za­sta­ne struk­tu­ry ko­niecz­nie chcą­cy ubrać owo ab­so­lut­ne i nad­rzęd­ne wo­bec wszyst­kie­go co ist­nie­je bó­stwo w in­ną su­kien­kę. Ha­fto­wa­ną w od­wo­ła­niu do ko­rze­ni kul­tu­ro­wych, któ­re przyj­mu­ją za wspól­ne, ale bez na­wią­za­nia do do­stęp­nych (acz­kol­wiek z po­wo­du bra­ku pi­sa­nych źró­deł – co oczy­wi­ste – nie­licz­nych) wy­ni­ków ba­dań nad tymi ko­rze­nia­mi. Chcia­ła­bym też za­po­znać się z twar­dy­mi do­wo­da­mi re­li­gio­znaw­czy­mi na to że róż­ne ludy, zwłasz­cza te z in­do­eu­ro­pej­skie­go krę­gu kul­tu­ro­we­go, rze­czy­wi­ście tego sa­me­go „Bo­ga Naj­wyż­sze­go” pod róż­ny­mi imio­na­mi czci­ły. Bo o ile wiem, nawet chrześcijański Snorri niczego podobnego nie sugerował, skłonny raczej uznać bogów za ubóstwionych przez potomnych, konkretnych i realnych ludzi. Nie­ste­ty, w przy­pi­sach do oma­wia­ne­go tek­stu, od­wo­łań do żad­nych tego ro­dza­ju ba­dań nie ma. Uberbóg wśród indoeuropejczyków był nieznany, należałoby chyba zastanowić się nad źródłem, z którego został w rodzimowierczy system przeszczepiony. A to źródło wydaje się być oczywiste.

Czy­taj­my da­lej:
Bóg Naj­wyż­szy, nie­za­leż­nie od mia­na, pod ja­kim bę­dzie czczo­ny, za­wsze po­zo­sta­nie bo­wiem naj­wyż­szym, a jego rze­czy­wi­ste, praw­dzi­we imię (o ile ta­ko­we w ogó­le po­sia­da), za­wsze po­zo­sta­nie poza ogra­ni­czo­ną ludz­ką per­cep­cją. Wie­rzy­my, iż w ta­kiej po­sta­ci (ja­ko wiecz­ny, nie­skoń­czo­ny i nie­ogra­ni­czo­ny ab­so­lut – w so­bie za­wie­ra­ją­cy wszel­kie ra­cje swe­go bytu), Bóg Naj­wyż­szy nie mo­że zo­stać w peł­ni opi­sa­ny po­wszech­nie uży­wa­ny­mi, su­biek­tyw­ny­mi, ludz­ki­mi kry­te­ria­mi, ta­ki­mi jak np. da­le­ce re­la­tyw­ne po­ję­cia do­bra i zła.
No, pierw­sza rzecz w oma­wia­nym tek­ście, z któ­rą je­stem w sta­nie się zgo­dzić. Re­la­tyw­ność po­jęć do­bra i zła. Resz­ta wska­zu­je już na agno­sty­cyzm, co przy dą­że­niu do gno­zy jest dość za­baw­ną po­sta­wą. Przy czym ta wiecz­ność, nie­skoń­czo­ność i nie­ogra­ni­czo­ność na­wią­zu­je zbyt wy­raź­nie za­rów­no do wi­zji ju­de­ochrze­ści­jań­skiej, jak i teo­zo­ficz­nej, a w koń­cu i tego, co z oby­dwie­ma zro­bił ezo­te­rycz­ny kom­plia­cjo­nizm. Zresz­tą, ma­sło za­wsze po­zo­sta­nie ma­śla­ne, jak wy­ni­ka z pierw­sze­go zdan­ia cy­ta­tu. Na­wet po­ję­cie naj­wyż­szo­ści tego „Bo­ga Naj­wyż­sze­go” nie zo­sta­ło w sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cy spo­sób omó­wio­ne.
Jed­no­cze­śnie przyj­mu­je­my, iż tym kry­te­riom (choć w róż­nej ska­li) pod­le­gać mo­gą po­zo­sta­li po­mniej­si bo­go­wie i bo­gi­nie znaj­du­ją­cy się bli­żej po­szcze­gól­nych sfer ludz­kiej eg­zy­sten­cji (przy czym i tu ludz­ka, su­biek­tyw­na oce­na nie­ko­niecz­nie w peł­ni musi po­kry­wać się z rze­czy­wi­sto­ścią). Wie­rzy­my rów­nież, iż owe po­zo­sta­łe bó­stwa (bę­dą­ce nie­ja­ko uprosz­czo­ny­mi prze­ja­wa­mi Boga Naj­wyż­sze­go) spra­wu­ją pie­czę nad kon­kret­ny­mi aspek­ta­mi zwią­za­ny­mi z na­tu­rą (z któ­ry­mi czę­sto są wręcz utoż­sa­mia­ne). Sta­no­wić one mo­gą za­rów­no po­szcze­gól­ne aspek­ty na­tu­ry lub po­przez te aspek­ty na­tu­ry mo­gą prze­ja­wiać swe ist­nie­nie. Tak po­li­te­istycz­nie poj­mo­wa­ne bó­stwa, po­strze­ga­ne wspól­nie (ca­ło­ścio­wo) rów­nież sta­no­wią ab­so­lut.
Gno­za, ale beż moż­li­wo­ści bez­po­śred­nie­go po­zna­nia jej obiek­tu. I obca lu­dom in­do­eu­ro­pej­skim nie­po­ję­tość (namacalnego przecież, bliskiego i bardzo w swojej naturze ludzkiego) bó­stwa. Tudzież oczy­wi­sty na­cisk na wia­rę, któ­ry po­ja­wia się tam, gdzie bra­ku­je bez­po­śred­nie­go do­świad­cze­nia, do­zna­nia. Nie musi wie­rzyć w ja­kieś ce­chy do­wol­ne­go boga ten, kogo ów bóg choć raz do­tknął.

Chy­ba mamy tu zresz­tą do czy­nie­nia z nie­zro­zu­mie­niem po­ję­cia „po­li­te­izm”. Albo przyj­mu­je­my, że na ab­so­lut skła­da się wszy­sto, co ist­nie­je. W ta­kim ra­zie miej­sce in­nych bo­gów poza tym jed­nym, ab­so­lut­nym, w ta­kim sys­te­mie, czy też potrzeba zrobienia go dla nich, sta­je się dys­ku­syj­na, bo sko­ro i tak waż­na jest ich „ca­łość”, składa­ją­ca się na owe­go „Bo­ga Naj­wyż­sze­go”, to po co ich w ogó­le wy­szcze­gól­niać? Obiek­tem rze­czy­wi­ste­go kul­tu jest prze­cież i tak ten „naj­wyż­szy”, cza­sem tyl­ko po­przez jego po­szcze­gól­ne prze­ja­wy – to zu­peł­nie tak, jak ka­to­lic­ki ta­tuś, jego świę­ci i „w­szyst­kie na­sze mat­ki bo­skie” – ale te po­sta­cie (po­za oczy­wi­ście roz­bi­tą na dzie­siąt­ki awa­ta­rów „mat­ką bo­ską­”) ma­ją przy­naj­mniej od­ręb­ne oso­bo­wo­ści, na tego „Bo­ga Naj­wyż­sze­go” się nie­skła­da­ją­ce, ale ma­ją­ce sta­no­wić pro­wa­dzą­cy do nie­go wzór (po­mi­jam tu z oczy­wi­stych wzglę­dów re­li­gij­ność lu­do­wą, w któ­rej świę­ci by­wa­ją wią­za­ni z kon­kret­ny­mi sfe­rami ludz­kie­go ży­cia, zdrowia albo si­ła­mi na­tu­ry, co w ło­nie sa­me­go ka­to­li­cy­zmu czy pra­wo­sła­wia – wy­zna­nia pro­te­stanc­kie wszak kult świę­tych od­rzu­ca­ją – jest czymś na kształt he­re­zji. Stąd mo­że ko­niecz­ność przy­bra­nia ta­kiej wizj w su­kien­kę po­gań­stwa, któ­ra wca­le u pod­sta­wy po­gań­ska nie jest, w każdym razie bardziej przypomina pogaństwo małoazjatyckie lub dalekowschodnie niż dowolną religię przedchrześcijańskiej Europy).

Wi­dzę tu do­dat­ko­wo ja­kieś krzy­we i nie­uda­ne od­wo­ła­nie do Źró­dła albo za­sa­dy pier­wot­nej przy­czy­no­wo­ści, Ør­lǫg – na­zew­nic­two za­le­ży od przy­ję­tej per­spek­ty­wy, a kon­cep­cja wy­ni­ka z in­do­eu­ro­pej­skie­go pier­wot­ne­go jaja, z któ­re­go wszyst­ko po­cho­dzi i któ­re wszyst­ko w so­bie za­wie­ra. Pra­przy­czy­na i Pra­byt nie za­wie­ra w so­bie jed­nak żad­nych cech oso­bo­wych (lub za­wie­ra wszyst­kie ce­chy wszyst­kie­go, dodając obrazek obrazoburczy, cechy kupy, zgnilizny i rozkładu też), nie jest konkretną istotą ani po­sta­cią, nie mo­że być obiek­tem kul­tu, bo mia­ło­by to mniej wię­cej taki sens, jak­by mio­cyt albo ko­mór­ka wą­tro­by od­da­wa­ła cześć or­ga­ni­zmo­wi, na któ­ry się skła­da i wie­rzy­ła w jego ist­nie­nie – po­trze­bo­wa­ła ta­kiej wia­ry i nie mo­gła się bez niej w swo­im ist­nie­niu obejść. Za­tem ewentualnie można się tu dopatrzeć chromającego od­wo­ła­nia do Pra­za­sa­dy bez zro­zu­mie­nia czym ona w isto­cie jest i nada­wa­nia jej na si­łę cech oso­bo­wych połączonego z od­da­wa­niem czci.
W związ­ku z po­wyż­szym do […] na­le­żeć mo­że każ­dy ro­dzi­mo­wier­ca sło­wiań­ski, nie­za­leż­nie od tego, czy w jego po­glą­dach wy­zna­nio­wych do­mi­nu­ją ce­chy po­li­te­izmu czy pan­te­izmu. Nie­za­leż­nie od tego, czy przyj­mu­je ta­ką czy in­ną kon­cep­cję ab­so­lu­tu oraz nie­za­leż­nie od ob­ra­ne­go przez sie­bie spo­so­bu zbli­że­nia się­do Nie­go, o ile uwa­ża sie­za kon­ty­nu­ato­ra wia­ry na­szych sło­wiań­skich przd­ków. Za­rów­no ci, któ­rzy za ab­so­lut przyj­mu­ją Boga Naj­wyż­sze­go (he­no­te­izm, for­ma po­li­te­izmu), jak rów­nież ci, któ­rzy­ za ab­so­lut przyj­mu­ją su­mę bóstw (po­li­te­izm za­sad­ni­czy), lub też ci, któ­rzy za ab­so­lut przyj­mu­ją ca­ły ota­cza­ją­cy nas świat, na­tu­rę (pan­te­izm), a tak­że wszy­scy uzna­ją­cy za wła­ści­wą jed­no­cze­śnie wię­cej niż­ tyl­ko jed­ną z wy­mie­nio­nych wy­żej kon­cep­cji oraz wszy­scy pre­zen­tu­ją­cy wszyst­kie możli­we sta­ny po­śred­nie mię­dzy tymi kon­cep­cja­mi, o ile za­wie­rać się one bę­dą w za­ło­że­niach wy­zna­nio­wych związ­ku. In­ny­mi sło­wy, zwią­zek sta­ra się zrze­szać wszyst­kich tych, któ­rzy nie­za­leż­nie od ob­ra­ne­go przez sie­bie zbli­że­nia się ­do ab­so­lu­tu, czy­nią to w ra­mach kon­ty­nu­acji wia­ry na­szych sło­wiań­skich przod­ków.
Mamy za­tem wy­szcze­gól­nio­ne­go ad­re­sa­ta i sfor­mu­ło­wa­nia wska­zu­ją­ce na dą­że­nie do zwięk­sza­nia li­czeb­no­ści, choć na szczę­ście bez za­cię­cia mi­sjo­nar­skie­go. Jest tu jed­nak pe­wien ha­czyk. Wszyst­kie wy­żej wy­mie­nio­ne for­my re­li­gij­no­ści (o­prócz od­wo­ła­nia do przed­chrze­ści­jań­skich wie­rzeń sło­wiań­skich, choć obec­no­ścią tego „Bo­ga Naj­wyż­sze­go” w pe­wien spo­sób wy­pa­czo­nych) wy­ma­ga­ją wia­ry w ist­nie­nie ab­so­lu­tu. Aprio­rycz­ne­go za­ło­że­nia jego ist­nie­nia i uzna­nia za obiekt czci. I zgo­dy na fakt, że wszyst­kie po­dej­mo­wa­ne przez da­ną oso­bę dzia­ła­nia kul­to­we de fac­to do ta­kie­go wła­śnie dzi­wacz­ne­go two­ru się od­no­szą. Zasada jest jedna, odwołanie do absolutu jest założeniem podstawowym, koniecznym, niezbędnym i nie uznając jego istnienia do owego związku przynależeć nie można. Dla rze­czy­wi­ste­go po­li­te­izmu za­tem miej­sca tu nie ma ani tro­chę.

Pro­si się tu­taj wręcz o za­cy­to­wa­nie Jana Pa­ran­dow­skie­go – tak, tego od po­wszech­nie zna­nej „Mi­to­lo­gii Gre­ków i Rzy­mian”:
Chciał­bym kie­dyś prze­czy­tać stu­dium re­li­gii grec­kiej na­pi­sa­ne przez Ja­poń­czy­ka; przy­pusz­czam, że róż­ni­ło­by się ono znacz­nie od na­szych prac i mo­że by mia­ło więk­szą war­tość, o ile au­tor oparł­by się wpły­wo­wi na­uki eu­ro­pej­skiej. Co nas bo­wiem czy­ni w tym wy­pad­ku ułom­ny­mi, to wy­cho­wa­nie mo­no­te­istycz­ne; w grun­cie rze­czy nikt z nas nie ro­zu­mie po­gań­stwa i wszyst­kie na­sze ko­men­ta­rze są złud­nym po­kry­wa­niem nie­wie­dzy. Tyl­ko czło­wiek, dla któ­re­go świat był od dzie­ciń­stwa two­rem i sie­dzi­bą wie­lu bo­gów i któ­ry z ko­lei nie do­wie­rza po­glą­dom, aby mo­gło być ina­czej, jest zdol­ny od­czuć każ­dy po­li­te­izm, choć­by mu był zu­peł­nie obcy ra­są i epo­ką. Iluż to uczo­nych, któ­rych za­słu­gi dla mi­to­lo­gii grec­kiej do dziś wy­mie­nia się z po­dzi­wem, oka­zy­wa­ło po pro­stu ab­so­lut­ną bez­rad­ność! Spra­wia­ją wra­że­nie za­błą­ka­nych w le­sie, w któ­rym nie mo­gą od­na­leźć dro­gi, cho­ciaż wszyst­kie drze­wa zna­ją na pa­mięć z imie­nia, wzro­stu i wie­ku. Mo­no­te­izm od­bie­ra im wszel­ką orien­ta­cję i wie­lu koń­czy­ło na tym, że ukła­da­li swe hi­sto­rie bo­gów w sys­tem za­kon­spi­ro­wa­ne­go mo­no­te­izmu.

Nie przy­pad­kiem wy­mie­ni­łem Ja­poń­czy­ka […] Prze­ga­da­li­śmy wie­le go­dzin i to on wła­śnie, po­li­te­ista z uro­dze­nia i prze­ko­na­nia, na­trzą­sał się w ten spo­sób nad eu­ro­pej­skim re­li­gio­znaw­stwem.
Nie uwa­żam, że – jak pi­sze Pa­ran­dow­ski „Tyl­ko­…” itd. Jed­nak nie­wąt­pli­wie, aby zro­zu­mieć po­li­te­istycz­ne poj­mo­wa­nie świa­ta nie­zbęd­ny jest wy­si­łek in­te­lek­tu­al­ny, żeby nie powiedzieć duchowy, a w każdym razie na pewno poznawczy, na każdej płaszczyźnie istnienia, czę­sto wbrew wy­kształ­co­nym przez ca­łe ży­cie przy­zwy­cza­je­niom i we­wnętrz­ne­mu prze­ko­na­niu. Stąd bie­rze się i to, że nie­jed­no­krot­nie wśród po­gan na­stę­pu­je to, co na­zy­wa­li­śmy kie­dyś na fo­rum neo­po­gan wspomnianą i w niniejszym tekście „zmia­ną skór­ki w wi­nam­pie” – je­den bóg pącz­ku­je na pa­rę, kil­ku lub kil­ku­na­stu na­wet, czę­sto pod­da­nych róż­nie ro­zu­mia­ne­mu nad­rzęd­ne­mu pry­ma­to­wi, ale w su­mie spo­sób poj­mo­wa­nia świa­ta, ludz­kie­go w nim miej­sca i ludz­ko­-bo­skich re­la­cji po­zo­sta­je nie­zmie­nio­ny. Twór­com wy­żej we frag­men­tach cy­to­wa­nej de­kla­ra­cji pro­gra­mo­wej naj­wy­raź­niej o ten wy­siłek by­ło zbyt trud­no. Albo skie­ro­wa­li go na zu­peł­nie inne tory – próbę stwo­rze­nia pap­ki opar­tej na zna­nych pod­sta­wach, któ­ra nie wy­ma­ga­ła­by odej­ścia od wdru­ko­wan­ych przez mo­no­te­istycz­ne wy­cho­wa­nie przy­zwy­cza­jeń – na sprze­da­nie za­in­te­re­so­wa­nym cze­goś do­brze im zna­ne­go, tyl­ko w atrak­cyj­niej­szym dla nich opa­ko­wa­niu.

Przez ja­kiś czas ostat­nio na­zy­wa­łam sie­bie „ro­dzi­mo­wier­czy­nią ger­mań­ską”. Chcąc wska­zać na kon­ty­nen­tal­ną część wie­rzeń ger­mań­skich, na te­re­ny, na któ­rych naj­sil­niej prze­ni­ka­ły się one zresz­tą z wie­rze­nia­mi i prak­ty­ka­mi cel­tyc­ki­mi. Zde­cy­do­wa­nie jed­nak od sło­wa „ro­dzi­mo­wier­stwo”, je­śli ma być po­strze­ga­ne przez taki, jaki wy­ła­nia się z de­kla­ra­cji pro­gra­mo­wej zna­ne­go ro­dzi­mo­wier­cze­go związ­ku wy­zna­nio­we­go pry­zmat, ni­niej­szym się od­ci­nam. Je­stem po­li­te­ist­ką. Co wię­cej, na­trzą­sa­łam się z pew­nej re­li­gii, jak mó­wi­li­śmy o niej na nie­od­ża­ło­wa­nej pa­mię­ci neo­po­gan­stwo­.pl, za­kaź­nej przez in­ter­net, a bę­dą­cej ezo­okul­ty­stycz­nym two­rem z odwołaniem do praktyk przedchrześcijańskich, ale bardzo luźnym i kompilacyjnym. Zwią­zek opie­ra­ją­cy się na za­sa­dach ta­kich, jak te po­wy­żej przed­sta­wio­ne jest w ta­kim ra­zie dzi­wo­two­rem gno­styc­ko­-po­st­chrze­ści­jań­sko­-te­ozo­ficz­no­-e­zo­te­rycz­nym, a do wierzeń przedchrześcijańskich odwołuje się może w nieco mniej kompilacyjny sposób, jednak wprowadzając do nich element w nich z założenia nieobecny.