czwartek, 9 maja 2013

wpis enigmatyczny z samozaskoczenia
i ku samorozdrażnieniu

0 razy skomentowano

Są rzeczy niezmienne. To zadziwia, zaskakuje, niepokoi, budzi dyskomfort. Ale są niezmienne. I nic się nie da na to poradzić. Niezależnie od starań swego czasu włożonych w ominięcie tej niezmienności, nie chcą się zmienić i już. Można je tylko ze zdziwieniem i pewną niezręcznością zaakceptować. Zwłaszcza jeśli to rzeczy w nas, zupełnie dla nas samych niezrozumiałe, ewoluujące w wyrazie a niezmienne w treści.

I tyle w ramach drażniącego mnie samą enigmatycznego wpisu ku pamięci. A teraz jeszcze będzie muzycznie, w ramach kodu, który zapewne nie zostanie odczytany i jak najbardziej na temat:


Dziwnie mi. I Gebo najlepiej tę dziwność ilustruje, jak i całą tę ewoluującą niezmienność...

wtorek, 7 maja 2013

hrefnia walka z enefzetem
– początek i przygotowania

3 razy skomentowano

Odebrałam wczoraj w końcu swoje prześwietlenia. I odebrało mi dech. Mam wrażenie, że dostałam je zdecydowanie zbyt późno – w półtora miesiąca po operacji. Bo wygląda na to, że potrzebna tu będzie konsultacja innych ortopedów i dalsze działania, prawdopodobnie operacyjne. Ta noga nie wygląda dobrze. Wygląda wręcz przeciwnie, na co wskazuje jedno ze zdjęć, które przez diagnostyczną przeglądarkę wyświetla się jako uszkodzone. Co może oznaczać, że nikt go nie oglądał, bo wierzyć mi się nie chce, żeby komuś w szpitalu chciało się dokopywać do jpg-a bez opisu, który jednak, choć przez nią niedostępny, istnieje i jest nieuszkodzony. A jeśli nikt go nie widział, oznaczałoby to, że nikt w pełni nie ocenił wyniku operacji.

Sam w sobie uraz, przed zespoleniem, może przerazić. Wyglądał tak:

Zdjęcie połamanego hrefniego odnóża z przodu. Doskonale widać okruchy i odłamki.

Hrefnie odnóże z boku, od zewnątrz. Odłamki widać jeszcze lepiej.

Widać, jak skutecznie i z talentem udało mi się nogę połamać. A właściwie pokruszyć. Zgruchotać. No ale dobrze. Noga została zoperowana, poskładana – i wstępnie założyłam, że zostało to zrobione właściwie. Bo trzeba przecież ufać lekarzom, w których ręce się oddajemy, prawda? Do dzisiaj ufałam. Zwłaszcza, że pooperacyjne zdjęcie zrobione od przodu kończyny wygląda dobrze. Mimo kilkunastu śrub i dwóch płytek. Zdjęcie robi wrażenie, jakby wszystkie kawałki zostały pozbierane jak należy, połączone jak należy i w ogóle trzeba tylko czekać, aż wszystko się zagoi, pozrasta i zacznę nogę rehabilitować, obciążać, uczyć się chodzić. Nawet jeśli miałoby to trwać miesiącami, obrazek sugeruje, że idzie ku dobremu:
Pooperacyjne zdjęcie hrefniego odnóża od przodu, to, które nie budzi żadnych wątpliwości.

Jednak poważny niepokój obudziło zdjęcie drugie. Ujęcie z boku. Bo wygląda naprawdę nieciekawie. Pomijając fakt, że nie otwiera się przez standardowo dołączaną do płyty przeglądarkę diagnostyczną (rzecz sprawdzona, dzieje się tak nie tylko w moim komputerze, ale w każdym, w którym płyta była testowana). W miejscu zespolenia wyświetla się na nim po prostu biały kwadrat, który zasłania najistotniejsze fragmenty obu kości. Co wygląda tak:
Pooperacyjne zdjęcie hrefniego odnóża z boku, tak, jak wyświetla się w przeglądarce diagnostycznej.

Nie byłabym jednak sobą, gdybym ze zwykłej ciekawości nie dobrała się do tego zdjęcia z pominięciem przeglądarki. Czyli nie wydłubała gołego jpg-a. No i po wydłubaniu gapiłam się na nie długo, zamurowana i nie do końca rozumiejąc co widzę. Powiedzenie o ciekawości jako pierwszym stopniu do piekła, nabrało dla mnie nowego znaczenia – ciekawość wywołała piekło niepokoju. Całość wygląda tak:
Zdjęcie hrefniego odnóża z boku, wyciągnięte z zasobów płyty,
z pominięciem rentgenowskiej przeglądarki.

Czyli nieciekawie. Zwracam uwagę na środkowy fragment tej części rentgena, która jest ukryta pod tajemniczym białym kwadratem. I nie wydaje mi się, żeby moja reakcja była paranoiczna. Pusta przestrzeń w piszczeli i sterczący sobie osobno, z niczym nie połączony jej fragment zdają się wskazywać na to, że zespolenie nie zostało zrobione właściwie. Widać to na powiększeniach, które udało się wyciąć ze zdjęcia, które na szczęście ma ogromny rozmiar.
Powiększenie zaskakującego fragmentu bocznego zdjęcia hrefniej kończyny.

Samo to powiększenie bardzo niepokoi. Kość przecież od sześciu tygodni próbuje się zrosnąć. Tam, gdzie została właściwie poskładana i połączona, zapewne już się zrosła. A w tych pozostałych miejscach? Konkretnie tych, które widać na ostatnim obrazku i jego jeszcze bliższym powiększeniu?
Maksymalne zbliżenie niepokojącego fragmentu prześwietlenia.

Mam wrażenie, że nadzieja na to, że za kilka tygodni będę mogła zacząć obciążać nogę i uczyć się chodzić, była płona. Co więcej, wygląda na to, że czeka mnie walka z systemem – przede wszystkim o to, żeby móc w ogóle normalnie chodzić, a w drugiej kolejności o wygląd kończyny (bo po wycięciu martwicy, która się pojawiła w przeciągającym się leczeniu jednej z ran pooperacyjnych, mam teraz dziurę w nodze, wielkości parunastu centymetrów kwadratowych i na dwa głęboką, która, jeśli ma się w ogóle zagoić, kwalifikuje się pod autoprzeszczep skóry (a więc jeszcze jeden zabieg), ale przeszczep będzie mógł zostać zrobiony dopiero, kiedy rana zacznie się porządnie goić, a jej brzegi przestaną martwieć). W ostatniej – o zadośćuczynienie za poniesioną szkodę, wcześniej jednak należy zadbać, żeby nie była to szkoda trwała. W każdym razie to, co dzieje się wewnątrz nogi zdawałoby się wyjaśniać i papranie się rany i ustawicznie podniesioną temperaturę (co tłumaczyłam sobie działaniem niepożądanym jednego ze stosowanych antybiotyków).

Natychmiast po obejrzeniu zdjęć próbowałam skontaktować się z moim lekarzem. Niestety, wizyta będzie możliwa dopiero w poniedziałek. Dzień zwłoki po sześciu tygodniach to niby niewiele. Ale mam wrażenie, że jednak trzeba działać możliwie szybko, jeśli mam wrócić do pełnej sprawności. O utracie stopy, której możliwość przeszła mi poważnie przez myśl, nie wspominając.

Mam nadzieję, że nie jest to wynik niczyjego celowego działania. Wierzyć mi się nie chce, żeby ktokolwiek mógł aż tak źle mi życzyć, choć pewna niepokojąca myśl mi we łbie zaświtała. Odrzuciłam ją jako nonsensowną, ale chwilami wraca i męczy – przypomniał mi się zresztą przy tej okazji pewien daaaawny sen z czerwono świecącą i kilkakrotnie powtórzoną Thurisaz. Miałabym aż tak zaleźć komuś za skórę? Cóż. Nie, jednak nie wierzę. Bo powikłania są po prostu ceną za generalnie pozytywny wydźwięk faktu, że w ogóle wydarzył mi się niepotwornie ciężki wypadek, w czasie, który był ku temu najwłaściwszy, że mam szansę zmienić dzięki niemu bardzo wiele w swoim życiu i że uwolnię się dzięki temu od firmy, a ona będzie musiała przez czas rehabilitacji i rekonwalescencji trzymać mnie na stanie swoich pracowników, a w dodatku wypłacić odszkodowanie za wypadek w drodze do pracy. Gdyby nie było żadnych powikłań, to byłoby za piękne, byłoby za łatwo. Bogowie nade mną czuwają, choć we właściwy sobie, pokrętny sposób... Tym razem chyba ręka Freyi w tym pomieszała, z premedytacją przeze mnie od jakiegoś czasu ignorowanej...

Staram się wspomagać leczenie metodami niekonwencjonalnymi – poczynając od pewnej inskrypcji runicznej od wewnątrz gipsowej szyny, poprzez pisanie bindruny Uruz-Berkano środkiem dezynfekcyjnym przy każdej zmianie opatrunku, ku rozważaniu możliwości samodzielnego zaśpiewania nad własną nogą zaklęcia merseburskiego, które do takich stanów nadaje się doskonale. We wtorek zostaję na kilka godzin sama w domu. Chyba spróbuję, choć nie wiem, czy potrafię zrobić to właściwie – i czy w leczeniu samej siebie sprawdzi się tak, jak miało to miejsce ze złamaną kocią kończyną... w końcu szewc bez butów chodzi (nawet wzmianka o butach powoduje obecnie ciarki).

I mimo wszytko, paradoksalnie wciąż jestem dobrej myśli. Przecież mogło być gorzej, mogłam złamać też rękę. A wtedy o przemieszczaniu się nawet o kulach nie byłoby mowy. Wrócę do pełnej sprawności. Nawet jeśli zostanie nieładna blizna. Cóż, może zbyt byłam dumna ze swoich pęcin, może którejś bogini się to nie spodobało... Za rok pojadę w Tatry. I pójdę przez Zawrat na Pięć Stawów. Kropka. I sama nawet nie będę pamiętała, że miałam z odnóżem jakikolwiek problem. Tego będziemy się trzymać.

Tak czy siak, na własnej skórze odczuwam obecnie prawdziwość powiedzonka, że w tym kraju, żeby się leczyć, trzeba mieć końskie zdrowie. Dotychczas ufałam systemowi. Teraz chyba czas podjąć z nim walkę. Jeśli się zacznie, będę ją tu relacjonować.