niedziela, 21 kwietnia 2013

gdyby...

0 razy skomentowano

...miał zrealizować się najgorszy scenariusz, to chcę taką:




wtorek, 9 kwietnia 2013

słowa stające się ciałem i takie tam
(czyli nie ma tego złego albo dary losu)

3 razy skomentowano

Zdaje się, że przy oka­zji astro­no­micz­no­-ka­len­da­rzo­wo­-ry­tu­al­ne­go koń­ca zimy na­po­mknę­łam coś o tym, że da­ła mi w kość? A czy wspo­mi­na­łam kie­dyś coś o po­tę­dze sło­wa? Mo­że nie­ko­niecz­nie o wy­po­wia­da­niu róż­nych rze­czy, jak to ma­wia­ją, w złą go­dzi­nę czy o sta­wa­niu się słów cia­łem? Albo o dru­idz­kim po­dej­ściu do tej kwe­stii, w bru­tal­nym uprosz­cze­niu wska­zu­ją­cym na to że wszyst­ko, co kie­dy­kol­wiek zo­sta­ło wy­po­wie­dzia­ne, choć­by cał­ko­wi­cie bez­myśl­nie, musi się stać?


Chy­ba nie wspo­mi­na­łam. Za­tem wspo­mnieć wy­pa­da. Al­bo­wiem tym ra­zem sło­wa pa­dły w tę niby złą go­dzi­nę z po­rze­ka­dła, choć wca­le (o czym da­lej) sama jej za złą nie uwa­żam. I zde­cy­do­wa­nie sta­ły się cia­łem... Prze­dłu­ża­ją­ca się i nie­da­ją­ca od­pę­dzić zima za­iste da­ła mi w kość... A na­wet w dwie ko­ści. Kon­kret­nie w strzał­ko­wą i pisz­czel. W le­wym od­nó­żu. So­lid­nie i sku­tecz­nie mi w te ko­ści da­ła, oby­dwie – dość stwier­dzić, że zła­ma­ły się obie wie­lo­odłam­ko­wo, czy­li co­kol­wiek po­kru­szy­ły i mu­sia­ły po zło­że­niu zo­stać po­łą­czo­ne blasz­ka­mi, śrub­ka­mi, płyt­ka­mi i czym nie bądź, mniej wię­cej tak, jak na ob­raz­ku. Mniej wię­cej, bo po­do­bizn wła­snej koń­czy­ny ze­ska­no­wać nie mam tym­cza­sem jak, u mnie kość strzał­ko­wa jest ze­śru­bo­wa­na na krót­szym niż sfo­to­gra­fo­wa­na od­cin­ku, na­to­miast pisz­czel na znacz­nie dłuż­szym. Ilość śru­bek i in­ne­go że­la­stwa w mo­jej ko­st­ce jest jednak zbli­żo­na, to­też ta cu­dza obok do­brze sy­tu­ację ilu­stru­je.

A jak to so­bie zro­bi­łam? W moim sty­lu oczy­wi­ście. Na pro­stej dro­dze, tyle że po­kry­tej so­lid­ną lo­do­wą gla­zu­rą. Się po­śli­zgnę­łam by­łam. Wy­star­czy­ło. Wy­star­czy­ło głów­nie dla­te­go, że to ta sama noga, któ­ra przed trze­ma laty by­ła przez kil­ka mie­się­cy unie­ru­cho­mio­na, w związ­ku z czym gę­stość jej ko­ści w sto­sun­ku do po­zo­sta­łych ele­men­tów href­nie­go rusz­to­wa­nia jest mniej­sza – nie zdą­ży­ła się jesz­cze, mimo in­ten­syw­ne­go tre­nin­gu, zre­ge­ne­ro­wać. Co god­ne uwa­gi, wy­ko­na­łam to w dro­dze do pra­cy, konkretnie o 20 metrów od tylnego wejścia do sklepu – a po­nie­waż obec­ne pra­wo nie od­róż­nia wy­pad­ku w dro­dze do  pra­cy od wy­pad­ku przy niej, na­le­ży mi się po­dwój­ne od­szko­do­wa­nie – od pra­co­daw­cy i od ZUS, niemałe, bo i uszczerbek spory. Trze­cie bę­dzie mu­sia­ła za­pła­cić ad­mi­ni­stra­cja osie­dla, na któ­re­go te­re­nie swój lot or­lo­-kru­czo­-so­ko­lo­-łą­bę­dzi wy­ko­na­łam, bo wpraw­dzie bar­dzo bla­dym świ­tem, ale jed­nak, po­zo­sta­wie­nie ob­lo­dzo­nych ale­jek mię­dzy blo­ka­mi w sta­nie w ża­den spo­sób nie­za­bez­pie­czo­nym, bez po­sy­pa­nia słyn­ną z afe­ry żyw­no­ścio­wej so­lą dro­go­wą lub choć­by zwy­kłym pia­skiem, zwłasz­cza w oko­li­cy za­miesz­ki­wa­nej w 75% przez eme­ry­tów (po­zo­sta­łe 25 sta­no­wią wy­naj­mu­ją­cy tam miesz­ka­nia stu­den­ci, głów­nie me­dy­cy­ny i miej­sco­wi me­ne­le) sta­no­wi­ło wy­raź­ne za­gro­że­nie, co mój wy­pa­dek tyl­ko po­twier­dza. I tu akurat nie ma zna­cze­nia wy­so­kość od­szko­do­wa­nia, w od­róż­nie­niu od tych, któ­re za­mie­rzam wy­rwać z fir­my i ZUS, to po­win­no zo­stać za­są­dzo­ne dla sa­mej za­sa­dy.

Ja­kie są dal­sze i bar­dziej kon­kret­ne efek­ty tego wy­da­rze­nia? Ano ta­kie, że przez naj­bliż­sze 8–10 ty­go­dni ope­ro­wa­nej nogi nie wol­no mi ob­cią­żać. Ni dudu. W związ­ku z czym do­sta­łam, jak stwier­dził trau­ma­to­log, tym­cza­sem trzy mie­sią­ce L4, praw­do­po­dob­nie po nich na­stą­pią dal­sze trzy na re­ha­bi­li­ta­cję i na­ukę cho­dze­nia, po czym że­la­stwo zo­sta­nie z koń­czy­ny usu­nię­te, na­stą­pi ko­lej­ne unie­ru­cho­mie­nie do cza­su za­go­je­nia otwo­rów po śrub­kach i in­nym zło­mie, a po nim następna, pew­nie mie­sięcz­na re­ha­bi­li­ta­cja. Przez ja­kiś czas, przy­naj­mniej do­pó­ki nie bę­dę mo­gła nogi ob­cią­żać, bę­dę miesz­kać poza wła­snym lo­kum, naj­pierw u Ro­dzi­ciel­ki, po­tem u Ro­dzi­cie­la. Do sie­bie nie mo­gła­bym się do­stać, sto wy­śli­zga­nych (la­stry­ko) wy­so­kich stop­ni przed­wo­jen­nych scho­dów, to nie­co za dużo na­wet dla choj­ra­czy­cy ta­kiej jak ja, któ­ra się z so­bą nie pie­ści. Wdra­py­wa­nie się po nich me­to­dą ska­ka­nia na zdro­wej no­dze i scho­dze­nie przez ze­ska­ki­wa­nie, na­wet przy ase­ku­ra­cji po­rę­czą i szwed­ka­mi, mo­gło­by gro­zić upad­kiem i o wie­le po­waż­niej­szym ura­zem. Nie­ste­ty, w pierw­szym okre­sie, czy­li w cza­sie prze­by­wa­nia u Ro­dzi­ciel­ki, mniej wię­cej przez mie­siąc, ja­kie­kol­wiek ży­cie to­wa­rzy­skie, mimo że wreszcie, po półtora roku mam na nie dość czasu, bę­dzie cał­ko­wi­cie wy­klu­czo­ne. Ma­cierz bo­wiem jest isto­tą wie­lo­krot­nie bar­dziej mi­zan­tro­picz­ną ode mnie, sama wi­zyt nie przyj­mu­je żad­nych, od miesz­ka­ją­cej z nią sio­stry wy­ma­ga uspo­łecz­nia­nia się wy­łącz­nie poza do­mem i z gó­ry za­po­wie­dzia­ła, że mo­ich go­ści so­bie pod swo­im da­chem nie ży­czy. Uspo­łecz­niać się za­tem za­cznę do­pie­ro po prze­pro­wadz­ce do Ro­dzi­cie­la, któ­ry spo­ro cza­su spę­dza podróżując, to­też i dłuż­sze wi­zy­ty, kil­ku­dnio­we czy week­en­do­we, sta­ną się moż­li­we. Że go­ści przez ja­kiś czas re­wi­zy­to­wać nie bę­dę mo­gła, ro­zu­mie się chy­ba samo przez się.

Oczy­wi­ście pra­co­daw­ca ze­chce się ze mną w wy­ni­ku tak dłu­giej nie­zdol­no­ści do pra­cy po­że­gnać, nie mam co do tego żad­nych wąt­pli­wo­ści, znaj­dzie ku temu do­wol­ny pre­tekst, mu­szę za­tem pil­no­wać, by w moim zwol­nie­niu nie by­ło ani dnia prze­rwy. Je­den wy­star­czy, by umo­wę o pra­cę roz­wią­zać. Pa­trząc na to przez pry­zmat in­te­re­su fir­my, spra­wa jest cał­ko­wi­cie zro­zu­mia­ła, w związ­ku z czym kie­dy tyl­ko mi­ną naj­bar­dziej przy­kre do­le­gli­wo­ści i bę­dę mo­gła sie­dzieć przy biur­ku, z opusz­czo­ną no­gą, mu­szę do­rwać moż­li­wie du­żą licz­bę fuch, zle­ceń, wszel­kiej ro­bo­ty, któ­rą da się wy­ko­ny­wać zdal­nie. Tym­cza­sem opusz­cze­nie nogi na dłu­żej niż go­dzi­nę owo­cu­je mro­kiem przed oczy­ma i mdło­ścia­mi. Wpi­sik na blo­ga­sia, tekst do ak­tu­ali­za­cji stro­ny, ja­kiś ko­lej­ny ru­nicz­ny mem i inne ta­kie mo­gę so­bie ro­bić po­wo­lut­ku, go­dzi­na­mi, le­żąc i w prze­rwach przy­sy­pia­jąc. Jak ma to miej­sce przy pi­sa­niu ni­niej­szej not­ki. Gdy przyj­dzie do re­ali­za­cji zle­ce­nia, taka for­ma pra­cy z kom­pu­te­rem jest wy­klu­czo­na. To­też przez naj­bliż­sze 2–3 ty­go­dnie bę­dę po pro­stu od­po­czy­wa­ła, szu­ka­jąc moż­li­wo­ści za­ha­cze­nia się przy roz­ma­itych pro­jek­tach. Re­al­ną ro­bo­tę spró­bu­ję za­cząć po upły­wie tego cza­su – przy­naj­mniej po usu­nię­ciu krót­sze­go szwu, tego, któ­ry się nie pa­prze. Więk­szy, nie­co się pa­sku­dzą­cy (co, wraz z to­wa­rzy­szą­cym temu obrzę­kiem, zbi­ja­nym an­ty­bio­ty­ko­te­ra­pią, jest pod­sta­wo­wym po­wo­dem bó­lo­wych do­le­gli­wo­ści) pew­nie bę­dę zmu­szo­na zno­sić dłu­żej, pó­ki się do­brze nie wy­goi.

Przy oka­zji w nie­zbyt mi­łych oko­licz­no­ściach (pierw­sze­go, przed­ope­ra­cyj­ne­go na­sta­wie­nia ko­ści, mimo prób znie­czu­le­nia i w ka­ret­ce i na SOR, wy­ko­na­ne­go na ży­wo – i nie wiem ja­kim cu­dem przy tym nie ze­mdla­łam) oka­za­ło się, że na­le­żę do nie­wiel­kie­go od­set­ka po­pu­la­cji od­por­ne­go na dzia­ła­nie opio­idów. Tra­mal i mo­rfina kom­plet­nie u mnie nie dzia­ła­ją. Po­ope­ra­cyj­ną noc, gdy pró­bo­wa­no znie­czu­lić mnie mo­rfiną za­pa­mię­tam chy­ba na resz­tę ży­cia (zresz­tą tak­że z in­ne­go po­wo­du, o któ­rym być mo­że wspo­mnę w in­nym wpi­sie) Co cie­ka­we, rano (nie­ste­ty, do­pie­ro ra­no­...) to cze­go nie mo­gła zro­bić mo­rfina, mimo że po­da­na kil­ka­krot­nie, zro­bił zwy­kły ke­to­pro­fen. Wy­ja­śnia­ło­by to przy oka­zji, cze­mu szko­da dla mnie naj­lep­sze­go zie­la… je­dy­nym efek­tem ta­kie­go, któ­re jest na­praw­dę do­bre, bywa lek­kie roz­luź­nie­nie i sen­ność… Bo mimo że to kannabinoidy, nie opioidy, z tymi samymi receptorami się wiążą.

Nie­ste­ty, le­ka­rze nie są w sta­nie za­gwa­ran­to­wać (przez co ro­zu­miem obie­cać, za­pew­nić w stu pro­cen­tach) mi, że po zro­śnię­ciu się ko­ści i pra­­wi­d­ło­­wo prze­pro­wa­dzo­nej re­ha­bi­li­ta­cji bę­dę cho­dzi­ła nie uty­ka­jąc. I że moje kost­ki za­cho­wa­ją sy­me­trię je­śli cho­dzi o wy­glą­d i gru­bość. Twier­dzą jed­nak, że naj­lep­sze­go moż­li­we­go sce­na­riu­sza nie mo­gą tak­że wy­klu­czyć... Czy­li na dwo­je bab­ka wró­ży­ła. W tę albo we­wtę z ga­mą od­cie­ni po­śred­nich, wy­ra­ża­ja­cych się przez sto­pień uty­ka­nia – od nie­zau­wa­żal­ne­go po rzu­ca­ją­cy się w oczy, podobnie z pro­centem róż­ni­cy w wiel­ko­ści pę­ci­n. Je­dy­ną – jak są­dzę – gwa­ran­cją stu­pro­cen­to­we­go suk­ce­su le­kar­skich dzia­łań, po­zba­wio­ne­go efek­tu ku­la­wej Href­ny na nie­sy­me­trycz­nych no­gach, by­ło­by za­śpie­wa­nie nad zła­ma­nym od­nó­żem dru­gie­go Za­klę­cia Mer­se­bur­skie­go. Nie­ste­ty, znam tyl­ko jed­ną oso­bę, któ­ra mo­gła­by zro­bić to wła­ści­wie – i tej oso­by zde­cy­do­wa­nie o po­moc po­pro­sić nie mo­gę, zresztą gdybym nawet mogła, byłaby niemożliwa ze względów logistycznych. Trud­no, trze­ba zdać się na los i być do­brej my­śli, o co w su­mie nie­trud­no, bio­rąc pod uwa­gę ge­ne­ral­ny kon­tekst ca­łej tej sy­tu­acji.

Bo ge­ne­ral­ny kon­tekst – jak­by to dzi­wacz­nie nie brzmia­ło, jest po­zy­tyw­ny. Sam wy­pa­dek, czas, kie­dy się wy­da­rzył, dłu­gość re­kon­wa­le­scen­cji i re­ha­bi­li­ta­cji, na­su­wa­ją myśl o nie­spo­dzie­wa­nym pre­zen­cie od Losu. Pre­zen­cie, któ­ry daje mi szan­sę – je­śli bę­dę zdol­na do od­po­wied­niej dys­cy­pli­ny (a cze­mu nie mia­ła­bym być do niej zdol­na?) wpro­wa­dze­nia w ży­ciu kon­kret­nych i ra­dy­kal­nych zmian, wcze­śniej po­zwa­la­jąc od­po­cząć po wy­pa­le­niu nie­lu­bia­ną, cięż­ką fizycz­nie i nie­zmier­nie ob­cią­ża­ją­cą men­tal­nie pra­cą. Sama bym tego le­piej nie za­pla­no­wa­ła. Dla­te­go po­dej­rze­wam, że to zostało za­pla­no­wa­ne, tyle że nie prze­ze mnie. I rzeczywiście jest pre­zen­tem, w do­dat­ku no­szą­cym pięt­no spe­cy­ficz­ne­go po­czu­cia hu­mo­ru pew­ne­go boga… któ­ry za­pła­tę za podarunek, w po­sta­ci cier­pie­nia, krwi i łez, już so­bie z gó­ry ode­brał, a sa­mym tym da­rem pchnął na głę­bo­ką wo­dę – bo je­śli nie zre­ali­zu­ję pla­nu prze­kon­stru­owa­nia ży­cia nie­mal od pod­staw, zwy­czaj­nie za­to­nę. Opcja nie zre­ali­zu­ję jed­nak jest cał­ko­wi­cie wy­klu­czo­na.

Bo czy zbie­giem oko­licz­no­ści jest fakt, że wy­pa­dek na­stą­pił do­kład­nie dzie­więć dni po tym, gdy po­now­nie otwo­rzy­łam się na coś, co moż­na na­zwać moż­li­wo­ścią za­ist­nie­nia di­vi­ne in­te­rven­tion? Że na­stą­pił w dro­dze do pra­cy (a nie na przy­kład po za­ku­py) co daje mi stu­pro­cen­to­wy (a nie osiem­dzie­się­cio) za­si­łek cho­ro­bo­wy, o od­szko­do­wa­niach nie wspo­mi­na­jąc? W dodatku tuż obok jej miejsca, co zapewniło mi pomoc i opiekę współpracowników przed przyjazdem (spieszącej się przez mniej więcej 40 minut) karetki, mimo nieprzyzwoicie wczesnej pory? Że przy­wie­zio­na do szpi­ta­la przez po­go­to­wie, z wy­pad­ku, lą­du­jąc pod no­żem i wier­tar­ką tra­fiłam na jed­ne­go z naj­lep­szych wśród war­szaw­skich trau­ma­to­lo­gów spe­cja­li­stę od kost­nych puz­zli, szcze­gól­nie i z naj­więk­szą sku­tecz­no­ścią lu­bią­ce­go gme­rać w oko­li­cy sta­wów sko­ko­wych? Na­wet to że obrzęk sto­py po­więk­szył się, a szew za­czął fa­flu­nić, co prze­dłu­ży­ło po­byt w szpi­ta­lu o kil­ka dni (cie­ka­we, że do­kład­nie tych kil­ka dni, kie­dy Ro­dzi­ciel aku­rat wy­je­chał i nie mógł­by mnie ze szpi­ta­la ode­brać) na­tych­miast po za­sto­so­wa­niu an­ty­bio­ty­ku, po pierw­szej daw­ce, szew wy­ład­niał, a obrzęk się cof­nął (i zo­sta­łam wy­pi­sa­na pierw­sze­go dnia po ro­dzi­ciel­skim po­wro­cie, co za­pew­ni­ło mi wy­god­ny i bez­stre­so­wy trans­port) nie wy­da­je się być przy­pad­kiem. Zresz­tą zwią­za­nych z tym wy­pad­kiem ko­in­cy­den­cji moż­na by wska­zać wię­cej, tyle że pi­sa­nie o nich by­ło­by już zbęd­nym eks­hi­bi­cjo­ni­zmem. Za du­żo tego na przy­pa­dek. Zde­cy­do­wa­nie za du­żo. Więcej tu szczęścia w nieszczęściu i właściwych rzeczy przytrafiających się w odpowiednim momencie niż samego nieszczęścia.