sobota, 19 stycznia 2013

ezobzdury cd. - rozwój duchowy

26 razy skomentowano

Pi­sząc wczo­raj o po­ku­tu­ją­cych w pol­skim sie­cio­wym świat­ku ezo­te­rycz­nym kre­ty­ni­zmach za­po­mnia­łam o jed­nym z nich, pod­sta­wo­wym w grun­cie rze­czy. O roz­wo­ju du­cho­wym. Nikt nie po­tra­fi udzie­lić zro­zu­mia­łej od­po­wie­dzi na to czym jest ów roz­wój, jed­nak więk­szość „praw­dzi­wych ezo­te­ry­ków” zga­dza się co do tego, że jest pierw­szym i pod­sta­wo­wym obo­wiąz­kiem każ­de­go czło­wie­ka. Obo­wiąz­kiem waż­niej­szym niż wy­ży­wie­nie ro­dzi­ny i chro­nie­nie jej przed wszel­ki­mi nie­szczę­ścia­mi. Ma chy­ba ja­kiś zwią­zek z po­ję­ciem ga­tun­ku ludz­kie­go, po­nie­waż więk­szość ezo­te­ry­ków stwier­dza, że więź czy też przy­na­leż­ność ga­tun­ko­wą sta­wia po­nad wię­za­mi ro­dzin­ny­mi lub ro­do­wy­mi (ab­stra­hu­jąc od kom­plet­ne­go nie­zro­zu­mie­nia po­ję­cia rodu, ród to tyl­ko ci, któ­rzy „ma­ją herb”, za­tem po­tom­ko­wie chło­pów bądź miesz­czan do żad­ne­go rodu nie przy­na­le­żą i od wię­zi ro­do­wych są wol­ni, biedactwa).

Spró­buj­my za­sta­no­wić się, czym ów roz­wój jest – sko­ro nikt nie po­tra­fi go zde­finio­wać, wy­pa­da­ło­by po­sta­rać się o choć­by opi­so­wą de­fini­cję. Nie ma wie­le wspól­ne­go z roz­wo­jem psy­cho­fizycz­nym i emo­cjo­nal­nym, nie­jed­no­krot­nie mo­że to­wa­rzy­szyć fizycz­ne­mu uwstecz­nie­niu. Roz­wi­jać się du­cho­wo mo­że i ezo­te­rycz­ny nerd, wsta­ją­cy sprzed kom­pu­te­ra tyl­ko w celu kon­sump­cji, de­fe­ka­cji, snu i ak­tów sek­su­al­nych. Ob­że­ra­ją­cy się junk food – chip­sa­mi i ba­to­ni­ka­mi, nie miesz­czą­cy swo­je­go tył­ka w sto­ją­cym przed mo­ni­to­rem fo­te­lu. Byle tyl­ko ni­ko­go nie krzyw­dził. Za­tem bę­dą­ca pod­sta­wą jego wy­ży­wie­nia junk food nie mo­że za­wie­rać ele­men­tów zwie­rzę­cych. Je­dze­nie mię­sa jest bo­wiem zwią­za­ne z krzyw­dze­niem bra­ci na­szych mniej­szych.

Roz­wi­ja­ją­cy się du­cho­wo ezo­-nerd ma dysk pe­łen za­pi­ra­co­nych, po­za­sy­sa­nych z róż­nych miejsc sie­ci pdf-ów au­tor­stwa lu­mi­na­rzy świa­to­wej ezo­te­ry­ki, ta­kich jak An­tho­ny de Mel­lo, Osho, Jo­szua ben Jo­sef (ale nie ten hi­sto­rycz­ny, tyl­ko ewan­ge­licz­ny) czy Pau­lo Co­el­ho. I wielu, wieeelu innych, mających tę cechę wspólną, że wszelkie ich te­o­rie u­rą­ga­ją zdro­we­mu ro­zu­mo­wi. Czy­­li au­­to­­rów lub po­s­ta­­ci li­­te­rac­kich opi­su­ją­cych sze­ro­ko po­ję­tą du­cho­wość w wersji ła­two przy­swa­jal­nej i nie wy­ma­ga­ją­cej szcze­gól­nej (gwoli prawdy – zwykle żadnej) re­flek­sji pap­ki. Wy­glą­da bo­wiem na to, że roz­wój du­cho­wy wiąże się z wyłączeniem zdol­no­ści do ja­kie­go­kol­wiek sa­mo­dziel­ne­go osą­du i przy­ję­ciem za swo­je prawd ob­ja­wio­nych przez tych, któ­rzy roz­wi­nę­li się wcze­śniej lub bar­dziej. Ich – lub czer­pią­ce z ich do­rob­ku – wy­po­wie­dzi, za­miesz­cza na roz­ma­itych fo­rach, pod­pi­su­jąc je wła­snym nic­kiem, bądź też bez­re­flek­syj­nie po­wta­rza ich teo­rie wła­sny­mi sło­wa­mi, wcinając się nimi w każdą możliwą dyskusję. Na py­ta­nie, cze­mu uwa­ża tak, nie ina­czej, zwy­kle nie znaj­du­je od­po­wie­dzi. Albo po­da­je ko­lej­ny po­wszech­nie zna­ny cy­tat i ka­że się nad nim za­sta­no­wić. Nie tylko dysk ma pełen „odpowiednich” publikacji, ale i połączenia nerwowe w jego mózgu zostały zastąpione wyrwanymi z kontekstu i wyrywkowo przyswojonymi tych dzieł cytatami.

Siedliskiem emocji osoby rozwijającej się duchowo nie jest mózg, a serce, które zdaje się pełnić u takich ludzi zupełnie inną niż fizjologicznie przypisana rolę. Nie jest pompą ssąco-tłoczącą, utrzymującą krążenie krwi i sprzyjającą wymianie gazowej, jest czymś, czym się „myśli” (choć chyba z procesem myślenia niewiele ma to wspólnego), odczuwa, rozumuje i przeżywa, jakimś całkowicie tajemniczym organem, postrzeganym na poziomie kompletnie niezdrowej i nienaturalnej abstrakcji. Emocje rozwijającej się duchowo osoby nie mają żadnego związku z hormonami i neuroprzekaźnikami, taka osoba na wyższym stopniu rozwoju zapewne wcale tych ostatnich nie produkuje. Prawdopodobnie na wyższych stopniach duchowego rozwoju radośnie nadstawi gardło atakującemu ją bandziorowi z nożem, prosząc by poderżnął je w tak brutalny sposób, jaki całkowicie zaspokoi jego potrzeby. Bo potrzeby innych rzecz jasna są znacznie ważniejsze od potrzeb samego rozwijającego się.

Roz­wój du­cho­wy nie po­zwa­la na oce­nę pre­zen­to­wa­nych przez aktywnie pod­da­ją­ce­go się temu pro­ce­so­wi osob­ni­ka tre­ści – każ­da pró­ba oce­ny wy­po­wie­dzi i po­glą­dów roz­wi­ja­ją­ce­go się bądź już roz­wi­nię­te­go roz­mów­cy pro­wa­dzi do wy­kła­du na te­mat to­le­ran­cji (k­tó­ra to to­le­ran­cja, w jej wer­sji ezo­te­rycz­nej nie­wie­le ma wspól­ne­go ze słow­ni­ko­wą de­fini­cją tego sło­wa, wię­cej natomiast z ak­cep­ta­cją, i to bez­wa­run­ko­wą) i do po­da­nia od­po­wied­nie­go cy­ta­tu za­bra­nia­ją­ce­go oce­nia­nia in­nych. Po­zwa­la za to brutalnie negatywnie oce­niać i kry­ty­ko­wać po­sta­wę i wy­po­wie­dzi każ­dej oso­by, któ­rej zda­nie jest sprzecz­ne z pre­zen­to­wa­nym przez sa­me­go de­li­kwen­ta, zwy­kle w po­sta­ci ar­gu­men­tów ad per­so­nam, bo za­zwy­czaj tych me­ry­to­rycz­nych brak.

Nikt nie może być lepszy niż rozwijający się duchowo egzemplarz. W żadnej dziedzinie. Mieć szerszej wiedzy, więcej rozumieć, lepiej znać mechanizmy funkcjonowania rzeczywistości. Przede wszystkim nie może w życiu opierać się na doświadczeniu i rozsądku, bo oba te źródła (czy też obie metody) poznania są dla rozwijającego się duchowo niskie, niewłaściwe i szkodliwe. Wysokie, właściwe i nieszkodliwe a rozwijające jest jedynie to, co kiedyś napisali inni, uznawani za autorytety. Za to on sam jest lepszy od każdego, kto ma od niego inne zdanie i wyraźnie, na każdym kroku daje to do zrozumienia wszystkim, których to interesuje, a i takim, których nic to nie obchodzi.

Wła­ści­wie roz­wój du­cho­wy obej­mu­je wszyst­kie (o­prócz run) ele­men­ty wy­mie­nio­ne w po­przed­nim wpi­sie. Rozwijający się osobnik musi wierzyć w oksymoron będący osobowym absolutem. Wierzy też w pośmiertną nagrodę lub karę, związaną nie tylko ze sposobem, w jaki w życiu postępuje, ale i z wszelkimi intencjami owego postępowania. W kwestii tej kary zdania są podzielone – jedni uznają, że życie jest jedno, a po nim trafia się w miejsce zależne od owych intencji (ważniejszych w gruncie rzeczy od czynów), inni, że intencjami i postępkami tworzy się coś zwanego „karmą” (ale bliższego raczej pokarmowi dla zwierząt niż hinduskiemu prawu Karmana), którą będzie się z sobą ciągnąć w kole (znów przyswojonej z hinduizmu, a przejętej przez buddyzm, natomiast ezoterycznie kompletnie wypaczonej) samsary, która z prawami samsary nie ma nic zupełnie wspólnego. I zapewne odradzać się aż do skutku, który przy takim pojmowaniu rozwoju nieuchronnie wiązać się musi z samounicestwieniem. W zasadzie zatem popełnia mentalne samobójstwo, rozłożone na liczne wcielenia, o ile w nie wierzy... Zwykle również wierzy w magię, ale taką niewymagającą żadnych działań i niepowodującą żadnych zmian w rzeczywistości, taką, która po prostu jest i przenika wszystko. Ma otwarte i czyste wszystkie siedem czakr, nic nie zaburza przepływu w nich energii, jednak nie potrafi odpowiedzieć, o jaką energię chodzi i co ten przepływ ma powodować.

Podstawą rozwoju duchowego jest także wyłączenie niepożądanych elementów osobowości, jak Cień czy Ego i wymaganie ich wyłączenia od innych. Nieistotne, że prowadzi to do zaburzenia naturalnej równowagi, gdzie są jasne strony, muszą być i ciemne, inaczej cały system legnie w gruzach. Być może zatem rozwój duchowy jest po prostu trwałym owej równowagi zaburzeniem, które musi prowadzić do kompletnego socjalnego nieprzystosowania, a w krańcowych wypadkach do charakteropatii lub paranoidalnej schizofrenii. I może w gruncie rzeczy taki jest jego cel? Lub jest to wynik działania Natury – ezoteryczne oderwanie od rzeczywistości jest być może kolejnym objawem uwsteczniania gatunku – zatem prowadzi do ograniczenia jego liczebności i naprawy naturalnej, zaburzonej przez ten gatunek równowagi – jest kolejnym krokiem do zagłady ludzkości? Choć oczywiście osoba rozwinięta nigdy tego nie przyzna, uzna, że cały otaczający ją świat jest chory, ona jedna zaś błyszczy blaskiem prawdziwego i pełnego oświecenia…


piątek, 18 stycznia 2013

ezobzdury

8 razy skomentowano

Nie jest ta­jem­ni­cą, że prze­sia­dy­wa­łam i spo­ro ostat­ni­mi cza­sy trol­lo­wa­łam na roz­ma­itych fo­rach ezo­te­rycz­nych. Zmę­czy­ło mnie to nie­sa­mo­wi­cie, mam dość, po­trze­bu­ję od­de­chu. Z dru­giej jed­nak stro­ny po­my­śla­łam, że kil­ka po­wszech­nie w śro­do­wi­sku ezo­te­rycz­nym uzna­wa­nych, roz­po­wszech­nia­nych i trak­to­wa­nych jako pod­sta­wo­we za­sa­dy bzdur moż­na­by ob­śmiać i tu­taj. Jak zresz­tą na­pi­sa­łam w od­po­wie­dzi na ma­ila ad­mi­ni­stra­cji jed­ne­go z for (kon­kret­nie nie­zwy­kle roz­ryw­ko­we­go i bę­dą­ce­go ko­pal­nią bzdur tak hor­ren­dal­nych, że na­wet śmiech za­mie­ra ustę­pu­jąc miej­sca po­zba­wio­ne­mu sza­cun­ku po­dzi­wo­wi wo­bec bra­ku ogra­ni­czeń ludz­kiej głu­po­ty ezoforum.pl, pod tym wzglę­dem prze­ra­sta je chy­ba tyl­ko forumezo.pl, na któ­re do­ży­wot­nio nie mam wstę­pu z po­wo­du oso­bi­stej nie­na­wi­ści jego ad­mi­ni­stra­tor­ki, choć nie miałam przykrości w ogóle jej poznać, w ko­re­spon­den­cji z roz­ma­ity­mi ludź­mi na­zy­wa­ją­cej mnie „kur­wą” [cie­ka­we w jaki spo­sób mo­że nią być oso­ba asek­su­al­na, któ­ra od dwóch lat sek­su nie upra­wia­ła i pó­ki co nie planuje wię­cej, bo ją znu­dził, oka­zał się znacz­nie mniej cie­ka­wy i przy­jem­ny niż inne ele­men­ty ży­cia, czy też pojawiły się w jej życiu elementy znacznie od seksu ciekawsze i przyjemniejsze] i po­są­dza­ją­cej o nie­zwy­kłe ta­len­ta ma­gicz­ne bądź in­for­ma­tycz­ne, ob­ja­wia­ją­ce się mię­dzy in­ny­mi spraw­dza­niem z od­le­gło­ści 200 ki­lo­me­trów z ha­kiem ar­chi­wum czy­je­goś gg lub wia­do­mo­ści w te­le­fo­nie, tu­dzież pod­słu­chu roz­mów te­le­fo­nicz­nych), na któ­rym otrzy­ma­łam zu­peł­nie nie­chcia­ny i nie­spo­dzie­wa­ny ty­tuł eks­per­ta w dzie­dzi­nie ma­gii, o jaki się nie ubie­ga­łam, a któ­re­go ode­bra­niem obec­nie mi się gro­zi (jak­by taka groź­ba mo­gła spowodować cokolwiek innego niż wzruszenie ramion) – ezo­te­ry­cy spra­wia­ją wra­że­nie jak­by nie­zwy­kle wy­bu­ja­ła wy­obraź­nia wła­sna lub au­to­rów lek­tur, ja­kie bez­re­flek­syj­nie przy­swo­ili za­stą­pi­ła im ja­ką­kol­wiek rze­tel­ną wie­dzę, a z pew­no­ścią zli­kwi­do­wa­ła po­trze­bę źró­dło­wej we­ry­fika­cji tego, co za wie­dzę uzna­ją i zro­zu­mie­nia, któ­re ele­men­ty ich świa­to­po­glą­du z cze­go wy­ni­ka­ją i do cze­go się od­wo­łu­ją. Po­ni­żej pa­rę bzdur­nych teo­ry­jek.

Ma­gia

To ta­kie coś, co wy­ni­ka z „mo­cy ma­gicz­nej” jed­nost­ki, któ­rą moż­na zwięk­szyć lub utra­cić w wy­ni­ku „niew­ła­ści­wych” dzia­łań. Kie­ru­je się oczy­wi­ście spe­cy­ficz­ną ety­ką, opar­tą na ety­ce chrze­ści­jań­skiej i twar­dym po­dzia­le świa­ta, a tak­że wszel­kich ludz­kich czy­nów i in­ten­cji na do­bro i zło. Tu­dzież pra­wem bez­po­śred­nie­go, zwie­lo­krot­nio­ne­go po­wro­tu. Ozna­cza to mniej wię­cej tyle, że sen­sow­ne jest jej uży­wa­nie tyl­ko w celu po­ma­ga­nia ko­muś, szko­dze­nie bo­wiem nie dość, że po­wró­ci do szko­dzą­ce­go w for­mie zwie­lo­krot­nio­nej (je­śli ma­gicz­nie urwie­my ko­muś no­gę, nam wra­ca­ją­ca ma­gia urwie trzy nogi do dzie­wię­ciu), to jesz­cze mo­że spo­wo­do­wać utra­tę owej „ma­gicz­nej mocy”. Oczy­wi­ście ła­mie pra­wa przy­ro­dy, fizy­ki i na­tu­ry i moż­na za jej po­mo­cą spo­wo­do­wać cuda na kiju, jak bez­kosz­to­we uzdro­wie­nie ko­goś z krań­co­we­go sta­dium raka albo zwa­bie­nie do oso­by nie dba­ją­cej o sie­bie i nie wy­cho­dzą­cej wca­le do lu­dzi mi­ło­ści jej ży­cia, ta­kiej na do­bre i złe i do gro­bo­wej de­ski, któ­ra to mi­łość oczy­wi­ście bę­dzie ry­ce­rzem na bia­łym ko­niu i mi­ste­rem uni­wer­sum czy też, je­śli wabi męż­czy­zna, ko­bie­tą pięk­niej­szą jesz­cze od An­ge­li­ny Jo­lie, wier­ną, świet­nie go­tu­ją­cą, nie­zaz­dro­sną i w do­dat­ku de­mo­nem sek­su. Nie wspo­mi­na­jąc już o ta­kich dro­bia­zgach, jak przy­wa­bie­nie świet­nej pra­cy do ko­goś, kto w ogó­le nie wy­sy­ła ni­gdzie swo­ich cv. Oczy­wi­ście, ma­gia sto­so­wa­na w celu „do­brym” nie po­cią­ga za so­bą żad­nych kosz­tów, nie wią­że się z żad­ną ce­ną, a w do­dat­ku za jej uży­cie jest się na­gra­dza­nym – prze­cież wszyst­ko wra­ca co naj­mniej po­trój­nie. Za­tem je­śli przy­cią­gnie­my do ko­goś ma­gicz­nie mi­łość jego ży­cia – sami spo­tka­my trzy, tyl­ko prze­bie­rać. Je­śli spo­wo­du­je­my, że ktoś do­sta­nie do­brą pra­cę, przyj­dzie do nas dzie­więć zna­ko­mi­tych pro­po­zy­cji, o któ­re wca­le się nie sta­ra­li­śmy, je­śli uzdro­wi­my ko­goś z raka, za­pew­ne uzy­ska­my od razu to co chrze­ści­jań­stwo na­zy­wa cia­łem uwiel­bio­nym i ra­zem z nim pój­dzie­my pro­sto, żyw­cem do nie­ba… Z pra­wa­mi na­tu­ry ma­gia tyle tyl­ko ma wspól­ne­go, zda­niem ezo­te­ry­ków oczy­wi­ście, że je ła­mie i dzia­ła wbrew nim. Ze sta­nu świa­ta czer­pie tyle je­dy­nie, ile moż­na uzy­skać ko­rzy­sta­jąc z faz księ­ży­ca. Pod­sta­wo­we ry­tu­ały ma­gicz­ne po­le­ga­ją oczy­wi­ście wy­łącz­nie na grze wy­obraź­ni, np. na wmó­wie­niu gar­ści zie­mi, że za­wie­ra wszyst­kie na­sze kło­po­ty i pro­ble­my i od­rzu­ce­niu jej za sie­bie… tak czy siak, dane dzia­ła­nie za­wsze przy­no­si po­żą­da­ny sku­tek, chy­ba że zo­sta­ło wy­ko­na­ne źle, a zro­zu­mie­nie za­sa­dy tego dzia­ła­nia jest zu­peł­nie zbęd­ne.

Bóg

Jest kal­ką boga chrze­ści­jań­skie­go, tyle że po od­rzu­ce­niu nie­wy­god­nych dla ezo­chrze­ści­jan za­pi­sów bi­blij­nych i za­sad obo­wią­zu­ją­cych człon­ków da­nej or­ga­ni­za­cji re­li­gij­nej. Je­śli jest wię­cej niż je­den, i tak wszy­scy skła­da­ją się na ten sam ni­by­-be­zo­so­bo­wy, mo­no­te­istycz­ny ab­so­lut, któ­ry w swojej bezosobowości jednak kie­ru­je się ludz­ką lo­gi­ką i ludz­ką ety­ką. Za „do­bre” na­gra­dza, za „złe” ka­rze, za­bie­ra po śmier­ci do nie­ba lub pie­kła lub kształ­tu­je dro­gę re­in­kar­na­cji. Zba­wia od grze­chu pier­wo­rod­ne­go, któ­re­go rzecz ja­sna nie jest twór­cą. Jest za to twór­cą de­ka­lo­gu, mo­ral­no­ści ne­ga­tyw­nej opar­tej na za­ka­zach, jed­nak prze­strze­ga­nie owych za­ka­zów jest trak­to­wa­ne nie­zwy­kle lek­ko, na za­sa­dach men­tal­no­ści Ka­le­go, przy czym nie wy­ni­ka z lę­ku przed po­za­do­cze­sną ka­rą, a tyl­ko z mi­ło­ści… Jest isto­tą trans­cen­dent­ną, stwo­rzył ca­ły wszech­świat, wszyst­ko co ist­nie­je i po dokonaniu aktu stworzenia po­zo­sta­je po­nad tym. Jest oczy­wi­ście po­nad i poza pra­wa­mi na­tu­ry, z któ­ry­mi tyle ma wspól­ne­go, że je stwo­rzył, ale na py­ta­nie w ja­kim celu od­po­wie­dzi nie moż­na uzy­skać. Nic nie dzie­je się na świe­cie wbrew jego woli czy obok niej, jego woli sprze­ci­wić się nie spo­sób, je­śli on cze­goś chce, to się sta­nie i już. Jest wszechwiedzący. Wie, że ktoś będzie potępiony czy zbawiony, ale nie przeszkadza mu to kochać i tego o którego potępieniu z góry wie i na to go przeznaczył; wie jaki będzie przebieg reinkarnacji każdego człowieka, w ogóle wie wszystko o wszystkim i wszystkich. Wy­ma­ga od­wró­ce­nia uwa­gi od ży­cia do­cze­sne­go i sku­pie­nia się na po­śmiert­nej na­gro­dzie lub ka­rze, nie­za­leż­nie od tego, czy owa na­gro­da lub kara bę­dzie wiecz­nym prze­by­wa­niem w ja­kimś miej­scu mi­łym lub nie­mi­łym, czy na­stą­pi w ko­lej­nym wcie­le­niu. Mamy żyć nie dla tu i te­raz, ale dla tej wła­śnie po­śmiert­nej przy­szło­ści – tak nam ka­że ezo­te­rycz­ny bóg i tego od nas ocze­ku­je.

Skła­do­we oso­bo­wo­ści

Dwie są wy­so­ce nie­po­żą­da­ne – to Ego i Cień. Za wszel­ką ce­nę na­le­ży się ich po­zbyć. Nie­waż­ne, że wy­wo­dzą się z róż­nych sys­te­mów, każ­dy je ma, ale ci lep­si i praw­dziw­si ezo­te­ry­cy zdo­ła­li je w so­bie zli­kwi­do­wać lub są ku temu na naj­lep­szej dro­dze. Za­sta­na­wia mnie jed­nak, jaka skła­do­wa oso­bo­wo­ści po wy­łą­cze­niu ego przej­mu­je jego funk­cję – utrzy­ma­nia po­rząd­ku po­mię­dzy in­stynk­tow­ny­mi dzia­ła­nia­mi id a wy­uczo­ny­mi i nie­na­tu­ral­ny­mi za­cho­wa­nia­mi pro­mo­wa­ny­mi przez su­per­ego – za­pew­ne su­per­ego, dla­te­go też ezo­te­ry­cy są tak zu­peł­nie ode­rwa­ni od re­al­ne­go świa­ta. Oczy­wi­ście rzą­dzą­cej nimi cząst­ki za żad­ne skar­by su­per­ego nie na­zwą – za­wie­ra prze­cież człon „e­go” – a skła­do­wa „su­per” wska­zy­wa­ła­by na fakt, że jest nie­zwy­kle wy­bu­ja­łe.

Cza­kry

Jest ich sie­dem. Sie­dem i krop­ka, na py­ta­nie dla­cze­go otrzy­mu­je się zwy­kle od­po­wiedź „bo tak jest i już, nie wie­dzia­ła­ś?”. Mu­szą być otwar­te i czy­ste, co­kol­wiek by to nie mia­ło ozna­czać. Oczysz­czać je moż­na na od­le­głość, np. za po­mo­cą wa­ha­deł­ka i na od­le­głość moż­na rów­nież je dia­gno­zo­wać. Nie­zwy­kle waż­ną do­dat­ko­wą cza­krą jest Kun­da­li­ni, któ­ra otwie­ra bądź oczysz­cza po­zo­sta­łe, jed­nak je­śli cho­dzi o zwią­za­ną z nią ener­gię sek­su­al­ną, ta spra­wa zwy­kle po­mi­ja­na jest wsty­dli­wym mil­cze­niem – seks prze­cież na­le­ży upra­wiać je­dy­nie w sta­łym związ­ku, sko­ki w bok lub seks poza związkiem, dla przyjemności, choćby w relacji typu friendship with benefits, na­zy­wa­ne zdra­dą lub cudzołóstwem są złe i po­tę­pia­ne.

Runy

To peł­ne ko­smicz­nej ener­gii i pro­mie­niu­ją­ce ener­gią kształ­tu kul­tycz­ne zna­ki, nie ma­ją­ce nic wspól­ne­go z rze­czy­wi­stym pi­smem i al­fa­be­tem. Spe­cjal­nie dla lu­dzi zdo­był je Odyn, wi­sząc na drze­wie po­zna­nia do­bra i zła… Nie zmu­sza­ją do dzia­ła­nia ale po­wo­du­ją cuda. Nie mo­gą za­szko­dzić. O dzia­ła­nie na­le­ży je po­pro­sić, a po­tem grzecz­nie za nie po­dzię­ko­wać. Z czu­ło­ścią mó­wi się o nich „run­ki”. Py­ta­nie czy przy­pad­kiem nie na­le­ży ich za coś prze­pra­szać, ma­ją prze­cież wła­sny ro­zum i oso­bo­wość, i jako ca­łość i każ­da po­je­dyn­czo. Mo­gą ko­goś za­wo­łać lub wy­brać…


I moż­na by­ło­by tak da­lej, w nie­skoń­czo­ność. Tyl­ko chy­ba samo my­śle­nie o ta­kim stę­że­niu bzdur i głu­pot zmę­czy­ło mnie i znu­dzi­ło na tyle, że wię­cej już mi się nie chce. Mo­że kie­dyś, kie­dy bę­dzie mi się bar­dzo nu­dzi­ło albo ko­lej­na jat­ka z idio­tą, za któ­rą na do­wol­nym fo­rum otrzy­mam kil­ka ostrze­żeń, a mo­że na­wet bana, za­płod­ni mo­ją wy­obraź­nię i roz­draż­ni mnie na tyle, że ze­chce mi się ob­śmiać ko­lej­ny wy­ci­nek ezo­świa­ta. Do­bra­noc pań­stwu.

czwartek, 10 stycznia 2013

poligamiczne marzenia i inne gadki

4 razy skomentowano

Gdy­bym kie­dy­kol­wiek jesz­cze mia­ła wpa­ko­wać się w kło­po­ty zwa­ne sta­łym związ­kiem (choć mam na­dzie­ję, że pó­ki ży­ję bę­dzie mi się uda­wa­ło ta­kich kło­po­tów uni­kać, zde­cy­do­wa­nie wy­star­czy mi kon­struk­cja mię­dzy­ludz­ka zwa­na friend­ship with be­ne­fits, zwy­kle zresz­tą po mo­jej stro­nie koń­czą­ca się gwał­tow­nie, gdy za­czy­na­ją się owe be­ne­fity, co­raz bar­dziej roz­bu­do­wa­na asek­su­al­ność ka­że mi się wy­co­fy­wać na bez­piecz­ną od­le­głość, gdy tyl­ko do­cho­dzi do bliż­sze­go kon­tak­tu fizycz­ne­go), to ma­rzy mi się du­ża ro­dzi­na po­li­ga­micz­na. Po­li­gy­nicz­na, uści­śla­jąc rzecz. Nie, nie w wy­da­niu is­lam­skim. Zdecydowanie nie. W wy­da­niu zbli­żo­nym do XI­X-wiecz­ne­go roz­wią­za­nia mor­moń­skie­go, a wy­stę­pu­ją­cym na te­re­nie Eu­ro­py już w sta­ro­żyt­no­ści, wy­ku­rzo­nym na do­bre przez chrze­ści­jań­stwo do­pie­ro. Roz­wią­za­nie, któ­re wy­da­je mi się być nie­zwy­kle na­tu­ral­nym – je­den mąż, kil­ka żon, wszy­scy jed­na­ko­wo pra­cu­ją­cy i jed­na­ko­wo skła­da­ją­cy się na utrzy­ma­nie wspól­ne­go go­spo­dar­stwa, któ­rym po­wi­nien być spo­ry dom. Któ­raś z młod­szych żon, lub ze dwie, ro­dzą kil­ko­ro dzie­ci, a ich wy­cho­wa­niem i utrzy­ma­niem zaj­mu­je­my się wszy­scy, dzie­ląc mię­dzy sie­bie wszel­kie obo­wiąz­ki…


I jesz­cze opty­mal­nie by­ło­by, gdy­by taki wspól­ny mąż był ma­ry­na­rzem, pi­lo­tem, in­ży­nie­rem na plat­for­mie wiert­ni­czej – w każ­dym ra­zie kimś, kto służ­bo­wo więk­szość cza­su spę­dza poza do­mem, a dłuż­sze jego po­by­ty w pie­le­szach są czymś od­święt­nym, co­dzien­ny trud ich (pie­le­szy) utrzy­ma­nia spo­czy­wa na­to­miast na nas – trzech, czte­rech, pię­ciu żo­nach. Trzy wy­da­je się być licz­bą naj­ko­rzyst­niej­szą, choć więk­sza wpły­nę­ła­by na zwięk­sze­nie kom­for­tu ży­cia i ja­ko­ści wy­po­sa­że­nia wspól­ne­go go­spo­dar­stwa – i tym więk­sza część za­rob­ków sta­wa­ła­by się za­skór­nia­kiem na wła­sne po­trze­by i za­chcian­ki.


Ech, sie­lan­ka. Zde­cy­do­wa­nie pra­wo po­win­no do­pusz­czać po­li­ga­mię, gdy wszy­scy za­in­te­re­so­wa­ni są zgod­ni co do sen­su jej za­sto­so­wa­nia w da­nym wy­pad­ku. Mam wra­że­nie że przy le­gal­nej po­li­ga­mii w jej po­li­gy­nicz­nej wer­sji licz­ba roz­wo­dów i roz­pa­da­ją­cych się ro­dzin gwał­tow­nie by zma­la­ła. A je­śli ktoś lubi po­lia­mo­rię w dru­gim kie­run­ku, nie wi­dzę też prze­ciw­wska­zań do le­ga­li­za­cji po­lian­drii. Ten po­mysł po­wi­nien spodo­bać się zwłasz­cza pa­niom i pa­nom lu­bią­cym seks typu MMF…



I wła­śnie z ta­kich po­wo­dów nie lu­bię ma­rzyć. Ma­rze­nia są ode­rwa­ne od rze­czy­wi­sto­ści i od niej od­ry­wa­ją, roi się o rze­czach nie­re­al­nych. Wo­lę dą­żyć. A nie­ste­ty do stwo­rze­nia ro­dzi­ny dzia­ła­ją­cej na za­sa­dach XI­X-wiecz­ne­go mo­de­lu mor­moń­skie­go dą­żyć się nie da. Szko­da.



Poza tym po­sta­no­wi­łam so­bie uszyć ger­mań­skie ubran­ko. Nie skan­dy­naw­skie – ger­mań­skie kon­ty­nen­tal­ne, ta­kie, jak opi­su­je je i wy­ko­na­ła Trol­l­ko­na – o tu­taj. Samo uszy­cie bę­dzie mniej­szym kło­po­tem, niż zro­bie­nie wszyst­kich od­po­wied­nich do­dat­ków. Ale już za­czy­nam gro­ma­dzić od­po­wied­nie ma­te­ria­ły. Do lata strój bę­dzie go­tów.