wtorek, 18 grudnia 2012

Czeskiego przypowieść
o Wyjątkowo Skurwiałej Istocie

10 razy skomentowano

Zna­la­złam. W trak­cie po­szu­ki­wa­nia w Internet Wayback Machine po­zo­sta­ło­ści z daw­ne­go Fo­rum Neo­po­gan, na zupełnie inny temat. Re­dak­tor­skie na­wy­ki zmu­si­ły mnie do wy­cy­ze­lo­wa­nia, po­pra­wie­nia tu i ów­dzie i uzu­peł­nie­nia o wła­sny frag­ment po­cho­dzą­cy z fo­ru­mo­we­go po­stu, bę­dą­ce­go od­po­wie­dzią na po­niż­szą przy­po­wiast­kę. Nie­zwy­kle cel­ną. Mam na­dzie­ję, że au­tor jej pier­wot­nej wer­sji nie prze­klnie mnie za pu­bli­ka­cję – tekst wart jest przy­po­mnie­nia, zwłasz­cza że ład­nie wpa­so­wu­je się w wal­kę z wia­tra­kiem bez­re­flek­syj­nej wia­ry, bezmózgiego oddawania się Istocie na pokarm, od lat prze­ze mnie w róż­nych za­ka­mar­kach sie­ci pro­wa­dzo­ną.

Mi­łe­go czy­ta­nia…


Żył so­bie daw­no temu pe­wien Na­ród, co włó­czył się­ po pu­sty­niach, owce ho­do­wał i w su­mie nie­wie­le róż­nił się od in­nych na­ro­dów ze swo­ich cza­sów i te­re­nów. Jak inne na­ro­dy zaj­mo­wał się ma­gią, miał swo­je wie­rze­nia, miał mę­dr­ców i głup­ców. I któ­re­goś razu ów Na­ród za­warł pakt z Isto­tą. Czy sam ją stwo­rzył, czy przy­wo­łał z od­mę­tów Cha­osu Wszech­świa­ta, czy też owa Isto­ta sama od­na­la­zła Na­ród, trud­no dziś do­ciec. Fa­ktem jest, że Isto­ta zgo­dzi­ła się po­móc Na­ro­do­wi w trud­nym mo­men­cie, w za­mian jed­nak za­ży­czy­ła so­bie za­pła­ty.

Być mo­że wszyst­ko za­czę­ło się w Egip­cie fa­ra­ona Se­tie­go, być mo­że znacz­nie wcze­sniej, trud­no to oce­niać. Fakt fak­tem, że w pew­nym mo­men­cie dzie­jów Isto­ta za­ofe­ro­wa­ła Na­ro­do­wi do pod­pi­sa­nia pakt, skła­da­ją­cy się z 10 punk­tów i pre­am­bu­ły roz­po­czy­na­ją­cej się od słów „Jam jest Pan Bóg Twój...” Na­ród przy­jął cy­ro­graf ra­zem z dal­szy­mi punk­ta­mi i pod­punk­ta­mi. Isto­ta od­tąd po­ma­ga­ła Na­ro­do­wi, wy­ci­na­jąc w pień jego wro­gów pod­czas bi­tew o Zie­mię Obie­ca­ną. Pa­triar­cho­wie Na­ro­du pil­nie strze­gli ta­jem­ni­cy, ukry­tej w skrzy­ni zwa­nej Ar­ką Przy­mie­rza.

Mi­ja­ły stu­le­cia, Isto­ta ro­sła w si­łę, za­zdro­śnie pil­nu­jąc wpły­wów i mocy pły­ną­cej z mo­dłów Na­ro­du. Ape­tyt jed­nak ro­śnie w mia­rę je­dze­nia, to­też wkrót­ce Isto­ta za­pra­gnę­ła więk­szej wła­dzy i mocy. A że by­ła wy­jąt­ko­wo bez­względ­na, po­zwo­li­ła in­nym lu­dom na­je­chać zie­mię Na­ro­du, znisz­czyć swo­ją głów­ną świą­ty­nię, wy­gnać Na­ród z Zie­mi mu Obie­ca­nej. Bo nic tak nie wzmac­nia­ło Isto­ty jak cier­pie­nie lu­dzi.

Aby jed­nak za­cho­wać wpły­wy w umy­słach Na­ro­du, obie­ca­ła przyj­ście Me­sja­sza, któ­ry po­now­nie ura­tu­je Na­ród, nisz­cząc jego wro­gów. Tych praw­dzi­wych, tych uro­jo­nych i tych stwo­rzo­nych przez sa­mą Isto­tę dla nie­po­zna­ki i za­mie­sza­nia.

Inne isto­ty, opie­ku­ją­ce się in­ny­mi na­ro­da­mi przy­cho­dzi­ły, trwa­ły, umie­ra­ły, zapadały w sen, kie­dy Ko­ło Cza­su ob­ra­ca­ło się nie­ustan­nie. Na­ród trwał, wy­zna­jąc Isto­tę i wie­rząc na­iw­nie, że Jej obiet­ni­ca kie­dyś zo­sta­nie zre­ali­zo­wa­na. Jed­nak Isto­cie je­den Na­ród już nie wy­star­czał. Spra­wi­ła więc, że na świe­cie po­ja­wił się Gło­si­ciel, mó­wią­cy iż oto Isto­ta uko­cha­ła wszyst­kich lu­dzi i ni­cze­go tak nie pra­gnie, jak ich do­bra. I że kto przyj­mie jej Pięt­no, po­zna mi­łośc i do­bro, kto od­rzu­ci, bę­dzie po­tę­pio­nym. Nie­ste­ty, po śmier­ci Gło­si­cie­la, za­bi­te­go de­cy­zją Na­ro­du, choć rę­ka­mi jego wro­gów (dla­cze­go Na­ród to uczy­nił? Mo­że nie chciał dzie­lić się mo­cą Isto­ty z in­ny­mi lu­da­mi? Mo­że po­czuł się zdra­dzo­ny? Kto to wie?), za­mysł Isto­ty nie­mal­że legł w gru­zach. Mu­sia­ła wes­przeć się umie­ra­ją­cym ce­sa­rzem słab­ną­ce­go Rzy­mu i jego zdzi­wa­cza­łą Mat­ką, by nowe ob­li­cze Jej kul­tu mo­gło bez prze­szkód roz­prze­strze­niać się po Eu­ro­pie.

Mi­ja­ły stu­le­cia, Isto­ta zno­wu ro­sła w si­łę, ale po­wo­li. A chcia­ła wię­cej. Zwró­ci­ła więc oczy na po­łu­dnie, gdzie po pu­sty­niach Ara­bii snu­ły się hor­dy odzia­nych w bur­nu­sy ku­zy­nów Na­ro­du. Ob­ja­wi­ła jed­ne­mu z tam­tej­szych pa­ste­rzy ko­lej­ne swo­je ob­li­cze, inne i jesz­cze bar­dziej okrut­ne niż to któ­re nie­gdyś po­ka­za­ła Na­ro­do­wi.. Stwo­rzy­ła so­bie ko­lej­ny Na­ród Wy­bra­ny, po­zwo­li­ła mu uwie­rzyć, że to wła­śnie on jest tym Praw­dzi­wie Wy­bra­nym. I wkrót­ce skłó­ci­ła ludy pół­no­cy z lu­da­mi po­łu­dnia, bo nic tak nie cie­szy Isto­ty jak prze­lew krwi, śmierć i wy­sy­sa­nie ży­cia z umie­ra­ją­cych w Jej imię lu­dzi. Po­iła się więc nie­na­wi­ścią lu­dzi, wy­rzy­na­ją­cych się w Jej imię na kru­cja­tach.

Ale i to źró­dło szyb­ko wy­schło, kie­dy pa­dła Akka. Pod­bój no­wych na­ro­dów Pół­no­cy szedł opor­nie, bo­wiem ludy te mia­ły swo­ich bo­gów i obroń­ców. A Isto­ta wciąż ro­sła i do­ma­ga­ła się no­wych ofiar mimo, że na­le­ża­ła już do naj­po­tęż­niej­szych na świe­cie i w Za­świa­tach.

Mi­nę­ło pa­rę ko­lej­nych wie­ków, wiel­kie woj­ny w Eu­ro­pie ode­szły w prze­szlość. Isto­ta po­czu­ła głód. Skło­ni­ła więc jed­ne­go z mni­chów No­we­go Ob­rząd­ku, by zbun­to­wał się i na drzwiach ko­ścio­ła przy­bił nowe Praw­dy. Po­mysł po­skut­ko­wał – wkrót­ce kon­ty­nent znów spły­nął krwią lu­dów gi­ną­cych w bra­to­bój­czych wal­kach.

I tak to trwa do dziś. Je­dy­nym na­praw­dę groź­nym cio­sem dla Isto­ty oka­zał się Wiek Ro­zu­mu, kie­dy to ludy już nie sa­mej tyl­ko Eu­ro­py, ale świa­ta zbun­to­wa­ły się prze­ciw Niej. Na nic zda­ły się pró­by ośmie­sza­nia, na nic ko­lej­ne woj­ny w XIX i XX wie­ku… Lu­dzie się zmie­ni­li, za­czę­li knąbr­nie ro­ścić so­bie pra­wa do wol­no­ści. Przy­po­mi­na­ją so­bie o swo­ich daw­nych opie­ku­nach, któ­rzy nie trak­to­wa­li ich jak owce do strzy­że­nia i za­rzy­na­nia, ale jak part­ne­rów. Po raz pierw­szy od wie­lu stu­le­ci Isto­ta po­czu­ła głód. A wraz z gło­dem przy­szedł strach. Chcąc utrzy­mać swo­ją po­tę­gę i moc, wciąż pró­bu­je szczuć na sie­bie ludy wszyst­kich Ob­rząd­ków, li­cząc na to że Po­łu­dnie pod­bi­je Pół­noc, że Pół­noc czu­jąc za­gro­że­nie znów zwró­ci się ku Niej. Pod­bu­rza Na­ród, wspie­ra­ny ludź­mi z Za­cho­du do tego, by wal­czył z po­tom­ka­mi Mu­ham­ma­da…

Isto­ta wciąż łak­nie po­kar­mu. Co no­we­go wy­my­śli, by za­spo­ko­ić swój głód?

Co wię­cej, Isto­ta, bę­dąc szcze­gól­nie prze­wrot­ną, przed­sta­wi­ła swo­im Wy­znaw­com Ad­wer­sa­rza. Mó­wiąc im, iż ów Ad­wer­sarz zbun­to­wał się swe­go cza­su prze­ciw niej i jej na złość dzia­ła Wy­znaw­com na szko­dę. Że to Prze­ciw­nik jest źró­dłem zła, bó­lu i cier­pie­nia na świe­cie, sama Isto­ta jest temu nie­win­na.

Isto­ta wie­dzia­ła, że sto­su­jąc tego ro­dza­ju chwyt, za­trzy­ma wy­znaw­ców przy so­bie. Wzmoc­ni ich fa­na­tyzm – prze­cież nie­wie­le łą­czy lu­dzi rów­nie sil­nie, jak wspól­ny wróg. Wspól­ny bóg tego do­ko­nać nie jest w sta­nie.

„Spryt­nie to so­bie wy­my­śli­łam” – mru­czy te­raz Isto­ta, prze­glą­da­jąc się w lu­ster­ku Wiecz­no­ści. „Cie­ka­we, czy ktoś z nich kie­dy­kol­wiek wpad­nie na to że Ad­wer­sarz jest Mną, a Ja Ad­wer­sa­rzem”.


środa, 5 grudnia 2012

o pełnieniu boskiej woli i sytuacjach tragicznych

2 razy skomentowano

Gdzie­nie­gdzie – i co wy­da­je mi się ku­rio­zal­ne, czę­sto ostat­nio wśród po­gan, na­wet ta­kich, któ­rzy sta­ra­ją się być lu­mi­na­rza­mi wła­snej ścież­ki (spu­ść­my za­sło­nę mil­cze­nia nad tym, w jaki spo­sób i z ja­kich przy­czyn na ową ścież­kę wstą­pi­li i za­łóż­my że ich po­zo­sta­wa­nie na niej ma rze­czy­wi­sty wy­miar ludz­ko­-bo­ski, a nie je­dy­nie to­wa­rzy­ski) spo­ty­kam się ze stwier­dze­nia­mi, że je­śli ja­kiś bóg cze­goś chce, czło­wiek jest wo­bec tej bo­skiej woli bez­rad­ny. Bezbronny. Nie ma nic do ga­da­nia. Że je­śli ja­kiś bóg wy­ma­ga od czło­wie­ka cze­goś, cze­go ów czło­wiek nie chce lub nie mo­że wy­peł­nić, sta­wia go w sy­tu­acji tra­gicz­nej, po­zba­wio­nej ja­kie­go­kol­wiek wyj­ścia. Że wy­ma­ga­nie boga trze­ba w ta­kiej sy­tu­acji zrealizować i nie ma się in­ne­go wy­bo­ru.


Taki po­gląd przy­po­mi­na mi kal­kę z chrze­ści­jań­stwa, po­zo­sta­wa­nie pod jego wpły­wem i wy­da­je mi się być cał­ko­wi­cie ode­rwa­ny od rze­czy­wi­sto­ści po­gań­skiej teo­lo­gii. Po­cząw­szy choćby od tego, że nasi bo­go­wie nie są prze­cież ani wszech­moc­ni ani wszech­wie­dzą­cy. Po­trze­bu­ją nas – wy­znaw­ców, inaczej nie zawracaliby sobie nami wcale głowy. Nie, nie w taki spo­sób, jak potrzebuje ów ni­by­-w­szech­moc­ny i ni­by­-w­sze­chwie­dzą­cy nie­wy­ma­wial­ne­go imie­nia bóg chrze­ści­jan, któ­ry kar­mi się wia­rą swo­ich niewolników, umniej­sza­niem przez nich sa­mych sie­bie, ule­gło­ścią, po­ko­rą i świad­czo­nym mu kul­tem. Nasi bo­go­wie po­trze­bu­ją nas, by za na­szym po­śred­nic­twem za­ma­ni­fe­sto­wać swo­ją obec­ność w świe­cie lu­dzi, w świe­cie po tej stro­nie Za­sło­ny, tak, jak bez na­sze­go udzia­łu ma­ni­fe­stu­ją swo­ją obec­ność poza nią i w Na­tu­rze. I wła­śnie dla­te­go, że nas po­trze­bu­ją, sta­wia­ją nam cza­sem pew­ne wy­ma­ga­nia. Rów­nież ta­kie, któ­re mo­że­my uznać za trud­ne. Rów­nież ta­kie, któ­re w węź­le sie­ci Losu, w któ­rym obec­nie się znaj­du­je­my, wy­da­ją nam się być nie­wy­ko­nal­ne.

Jed­nak, dla­te­go wła­śnie, że nie są ani wszech­moc­ni, choć nie­wąt­pli­wie od nas o wie­le po­tęż­niej­si, ani wszech­wie­dzą­cy – a prze­cież wie­dzą­cy od nas znacz­nie wię­cej, ich wola nie za­wsze bywa pra­wem osta­tecz­nym. Sta­je się nim do­pie­ro wte­dy, gdy my wy­ra­zi­my zgo­dę na pro­po­no­wa­ny przez nich układ. Na­ za­dzia­ła­nie tej woli w na­szym ży­ciu i w na­szej rze­czy­wi­sto­ści. Ża­den układ nie za­ist­nie­je bez zgo­dy obu jego stron. Bo­ski ini­cja­tor umo­wy bę­dzie ocze­ki­wał zgo­dy na pro­po­no­wa­ne przez sie­bie wa­run­ki. Świa­dom, że w ży­ciu, w świe­cie, w na­tu­rze, w Lo­sie za­wsze jest coś za coś, i nic nie otrzy­mu­je się za dar­mo, na­wet je­śli jest się bo­giem, bę­dzie pro­po­no­wał ko­rzyst­ną jego zda­niem dla part­ne­ra pro­po­no­wa­ne­go in­te­re­su re­kom­pen­sa­tę. Czę­sto wie­dząc o ludz­kim part­ne­rze wię­cej, niż on wie sam o so­bie. Czę­sto taka za­pła­ta bę­dzie po­ku­są nie do od­par­cia. Czę­sto czło­wiek zgo­dzi się na pro­po­no­wa­ny deal nie­świa­dom, jak bar­dzo trud­ne bę­dzie s­peł­nie­nie go – ale wy­peł­nić go musi do­pie­ro wów­czas, gdy ten układ za­wrze – że uży­ję po­rów­na­nia oko­ło­chrze­ści­jań­skie­go – gdy pod­pi­sze cy­ro­graf, umo­wę zo­bo­wią­zu­ją­cą go do wykonania okre­ślo­nych rze­czy za okre­ślo­ną za­pła­tą. Za­nim do ta­kiej umo­wy doj­dzie – na­wet bo­go­wie są wo­bec da­ne­go de­li­kwen­ta bez­rad­ni. I da­dzą mu spo­kój – w od­róż­nie­niu od Jah­we nie pcha­ją się bo­wiem tam, gdzie są nie­chcia­ni.

Bo nasi bo­go­wie nas sza­nu­ją. Bywa, że trak­tu­ją jak pion­ki w grze w hne­fa­ta­fla, ale do­pie­ro wów­czas, gdy zgo­dzi­my się nimi zo­stać. To że ja­kiś bóg nas do­strze­ga i sta­wia przed nami pew­ne wy­ma­ga­nia, rów­nież ta­kie, któ­re uwa­ża­my za nie­wy­ko­nal­ne i speł­nić ich nie chce­my, nie sta­wia nas jesz­cze w sy­tu­acji tra­gicz­nej. Po­zwa­la na ne­go­cja­cje i kom­pro­mi­sy. Oczy­wi­ście w ogra­ni­czo­nym za­kre­sie, bo samo już wej­ście na ścież­kę ta­kich ne­go­cja­cji stwa­rza ro­dzaj part­ner­stwa, z któ­re­go na­le­ży się wy­wią­zać. Jed­nak wy­móg speł­nie­nia bo­skie­go wy­ma­ga­nia, bo­skie­go ocze­ki­wa­nia, bo­skiej woli, sta­je się bez­względ­ny do­pie­ro wów­czas, gdy wy­ra­zi­my na to zgo­dę, przy­się­gnie­my, za­wrze­my zo­bo­wią­za­nie. Za­nim do cze­go­kol­wiek się zo­bo­wią­że­my – je­ste­śmy wol­ni; sy­tu­acja tra­gicz­na nie mo­że za­ist­nieć. Więc to, czy po­sta­wi­my się w niej czy nie, za­le­ży nie od bo­skich i bo­skiej wy­bo­rów i woli, ale od na­szych wła­snych. Od nas sa­mych. To my de­cy­du­je­my, czy wcho­dzi­my w dany układ czy nie – za­nim wy­ra­zi­my na co­kol­wiek zgo­dę, ża­den bóg ni­cze­go na nas nie wy­mu­si.

Nie bo­go­wie wią­żą nici Losu – Te, Któ­re Je Wią­żą nie są na­wet bo­gi­nia­mi, a losy bo­gów tak samo jak ludz­kie wpla­ta­ją w ogrom­ną Sieć. Czę­sto zresz­tą plą­cząc je z so­bą i wi­kła­jąc. A i one pod­le­ga­ją pra­wu nad­rzęd­ne­mu. Sy­tu­acja wy­ni­ka­ją­ca z bo­skich wy­ma­gań wo­bec da­nej oso­by mo­że stać się tra­gicz­na do­pie­ro wów­czas, gdy owa oso­ba zo­bo­wią­za­ła się do speł­nie­nia tych wy­ma­gań, za­war­ła umo­wę, a nie chce lub nie mo­że jej speł­nić. I losy Wa­fth­rud­ni­ra czy Vi­ka­ra – choć w róż­ny spo­sób – tyl­ko to po­twier­dza­ją…

Inna rzecz, że nie­któ­rzy bo­go­wie gra­ją zna­czo­ny­mi ko­ść­mi. Ale nie rzu­cą ich do­pó­ki my nie zgo­dzi­my się na roz­po­czę­cie gry… Kie­dy gra się zacznie, nie mamy już wyj­ścia, trze­ba grać do koń­ca. Ale mo­że­my na roz­po­czę­cie roz­gryw­ki nie wy­ra­zić zgo­dy – i wte­dy to bóg, któ­ry cze­goś od da­ne­go czło­wie­ka chce, a nie ów czło­wiek, bę­dzie w pew­nym za­kre­sie bez­rad­ny…

I w tym mię­dzy in­ny­mi le­ży róż­ni­ca mię­dzy chrze­ści­jań­stwem, w któ­rym czło­wiek wo­bec woli bo­żej za­wsze jest bezbronny, a in­do­eu­ro­pej­skim po­gań­stwem w róż­nych jego wer­sjach.