poniedziałek, 6 sierpnia 2012

"Popieraj swoje!"...

6 razy skomentowano

Zasta­na­wiam się, w jaki spo­sób moż­na za­in­te­re­so­wać sze­ro­ką opi­nię pu­blicz­ną po­li­ty­ką per­so­nal­ną Pew­nej Fir­my (re­kla­mu­ją­cej się ha­słem „po­pie­raj swo­je!” i usta­wicz­nie re­kru­tu­ją­cej — prze­cież jest jed­nym z li­de­rów ak­tyw­nej wal­ki z bez­ro­bo­ciem). Przed­mio­to­we trak­to­wa­nie do­ty­czy nie tyl­ko sze­re­go­wych pra­cow­ni­ków ale i ka­dry kie­row­ni­czej do śred­nie­go szcze­bla (po­ni­żej kie­row­ni­ka re­gio­nal­ne­go) włącz­nie.

Pro­blem w tym, że więk­szość za­in­te­re­so­wa­nych (czy też ofiar tej po­li­ty­ki) mo­że nie od­wa­żyć się na udzie­le­nie szcze­re­go wy­wia­du czy w ogó­le otwar­tą roz­mo­wę na te­mat ich trak­to­wa­nia w oba­wie przed bo­le­snym ze­tknię­ciem się z bru­kiem. Bo ry­nek pra­cy jest jaki jest, a więk­szość tych lu­dzi, za­rów­no sza­racz­ków, jak i kie­row­ni­ków, ni­gdy nie pra­co­wa­ła poza han­dlem, za­tem przyj­mu­je swój los z nie­po­god­nym fa­ta­li­zmem. Ja w so­bie ta­kie­go fa­ta­li­zmu nie wy­kształ­ci­łam. I nie chcę. Ale jed­na oso­ba nie mo­że nic prze­ciw­ko sil­nej choć bied­nie­ją­cej sie­ci z rad­ca­mi praw­ny­mi i po­dob­ny­mi per­so­na­mi na do­brze płat­nych eta­tach.



Nie, nie chcę zba­wiać świa­ta. Jed­nak tego ro­dza­ju po­dej­ście do czło­wie­ka, nie­waż­ne czy na kie­row­ni­czym sta­no­wi­sku, czy na koń­cu łań­cu­cha po­kar­mo­we­go, wy­my­ka się wszel­kiej kry­ty­ce… a ja w za­sa­dzie tak­że je­stem jego ofia­rą. Z Bie­dron­ką się uda­ło, cze­mu nie mia­ło­by udać się z sie­cią o czy­sto pol­skim ka­pi­ta­le? Nie mam po­czu­cia mi­sji, ale to w czym uczest­ni­czę, kłó­ci się z ja­kim­kol­wiek moim po­ję­ciem mo­ral­no­ści, sza­cun­ku wo­bec czło­wie­ka­-pra­cow­ni­ka i w su­mie ludz­kiej god­no­ści jako ta­kiej.

Ow­szem, część prak­tyk jest wspól­na dla sie­ci mar­ke­tów. Jed­nak to co dzie­je się w Tej Fir­mie prze­ra­sta wszyst­ko, z czym spo­tka­łam się do­tych­czas. Przy­kład? Jed­na z pla­có­wek cier­pi na usta­wicz­ne nie­do­bo­ry ka­dro­we, co owo­cu­je od­bie­ra­niem wol­nych dni pra­cow­ni­kom i kie­row­nic­twu. Re­kor­dzi­ści ma­ją do ode­bra­nia kil­ka­set nad­go­dzin, któ­re oczy­wi­ście są nie­płat­ne. O nie­zgod­no­ści obo­wią­zu­ją­cych list obec­no­ści z prze­ka­zy­wa­nym cen­tra­li gra­fikiem (we­dług któ­re­go dzi­siaj mia­łam wol­ne i mam je ju­tro, gdy­by nie uda­ło mi się zu­peł­nie przy­pad­kiem wy­rwać wol­nej nie­dzie­li, któ­rą od­pra­co­wu­ję w na­stęp­ną, dzię­ki cze­mu praw­do­po­dob­nie od ubie­głe­go po­nie­dział­ku z jed­nym dniem prze­rwy cze­ka mnie naj­dłuż­szy w ży­ciu ciąg prze­pra­co­wa­nych dni — łącz­nie 21 — słow­nie dwa­dzie­ścia je­den) nie ma na­wet po co wspo­mi­nać. W tym ty­go­dniu po­now­nie do­bi­jam do je­de­na­stu dni za­le­głe­go wol­ne­go, w przy­szłym zro­bi się ich trzy­na­ście, a wy­glą­da na to że to nie ko­niec. Pla­ców­ce od­bie­ra się dwa eta­ty…

Przy­kład nu­mer dwa — je­dy­ne oso­by, któ­re oprócz kie­row­nic­twa są ob­cią­żo­ne od­po­wie­dzial­no­ścią finan­so­wą — ka­sje­rzy, są koń­cem łań­cu­cha po­kar­mo­we­go — są sprzą­ta­cza­mi, po­my­wa­cza­mi, pra­cow­ni­ka­mi sali i ma­ga­zy­nie­ra­mi — wszyst­ko w jed­nym. Oczy­wi­ście każ­dy grosz bra­ku­ją­cy pod ko­niec zmia­ny w Ma­gicz­nej Ka­set­ce jest im z pen­sji po­trą­ca­ny. A pen­sja gło­do­wa — pod­sta­wa to naj­niż­sza kra­jo­wa (1500 brut­to obec­nie, 1100 netto jak dobrze pójdzie, resz­tę nad­ra­bia się pre­mia­mi, któ­rych nikt prak­tycz­nie ni­gdy nie wi­dział, a po­noć są).

Przy­kład nu­mer trzy — praktycznie brak fun­du­szu strat — za (co w han­dlu nor­mal­ne) to­war tzw. ze­zło­mo­wa­ny — uszko­dzo­ny (ry­ba po­kry­ta na­lo­tem, śli­skie mię­so, pod­gni­łe owo­ce lub wa­rzy­wa), a przy­naj­mniej znacz­ną jego część od­po­wia­da ka­dra kie­row­ni­cza z wła­sne­go wy­na­gro­dze­nia (słyn­ne „ku­po­wa­nie” kil­ku­dzie­się­ciu pęcz­ków nie­ist­nie­ją­cych już rzod­kie­wek itp.). Nie dziw­ne za­tem, choć mo­ral­nie śmier­dzą­ce, że wie­lu jej przed­sta­wi­cie­li pró­bu­je wła­sne stra­ty mi­ni­ma­li­zo­wać, zwykle kosz­tem pod­wład­nych…

Przy­kład nu­mer czte­ry — nikt nie pa­mię­ta, nawet weterani, by kto­kol­wiek w sie­ci — a przy­naj­mniej poza jej cen­tra­lą — kie­dy­kol­wiek do­stał w cią­gu roku wię­cej urlo­pu niż wy­ma­ga­ne ko­dek­sem pra­cy jed­no­ra­zo­we 10 dni ro­bo­czych w ko­lej­no­ści. Ekwi­wa­len­ty urlo­po­we nie są wy­pła­ca­ne, re­kor­dzi­ści ma­ją za­tem na­wet do 100 i wię­cej dni za­le­głe­go urlo­pu.

Przy­kład nu­mer pięć — dal­sze ła­ma­nie Ko­dek­su Pra­cy — na­gmin­ne w gra­fiku za­pi­sy­wa­nie ko­goś do pra­cy na pierw­szą zmia­nę po dru­giej — czy­li na dniów­kę za­czy­na­ją­cą się o 6. po po­przed­niej koń­czą­cej się o 21. (a de fac­to naj­wcze­śniej o 21.30 — o 21. za­my­ka się pla­ców­kę, wszel­kie po­rząd­ki i roz­li­cze­nia na­stę­pu­ją do­pie­ro po jej za­mknię­ciu) — bez prze­pi­so­wych 12. go­dzin dzie­lą­cych za­koń­cze­nie pra­cy od jej po­now­ne­go roz­po­czę­cia…

Przy­kła­dy moż­na mno­żyć. Ale za­miast je mno­żyć, na­le­ża­ło­by ra­czej za­in­te­re­so­wać nimi me­dia. I to w taki spo­sób, by nie po­wtó­rzył się cas­sus po­znań­skie­go Te­sco, z gdzie kar­nie wy­da­lo­no z pracy ka­sjer­kę, któ­ra zgło­si­ła do Pań­stwo­wej In­spek­cji Pra­cy przy­pa­dek ła­ma­nia jej praw pra­cow­ni­czych, po­nie­waż z roz­li­czeń wy­ni­ka­ło, że by­ła za­lo­go­wa­na na sta­no­wi­sku w dniach, kie­dy we­dług gra­fiku nie by­ła w pra­cy obec­na…

Po­li­ty­ka cen­tra­li to jed­no. Po­li­ty­ka po­szcze­gól­nych pla­có­wek to dru­gie. Ale cen­tra­la nie jest nie­świa­do­ma tego, co dzie­je się w te­re­nie, prze­ciw­nie, musi być świa­do­ma wszel­kich wy­kro­czeń, sko­ro np. otrzy­mu­je roz­li­cze­nia sy­gno­wa­ne lo­gi­nem pra­cow­ni­ka, cał­ko­wi­cie nie­zgod­ne z gra­fika­mi, któ­re rów­nież otrzy­mu­je… Cen­tra­la za­chę­ca pla­ców­ki do pro­wa­dze­nia ta­kiej wła­śnie po­li­ty­ki, w któ­rej kie­row­ni­cy po­no­szą od­po­wie­dzial­ność finan­so­wą za wszel­kie stra­ty sie­ci, a sze­re­go­wi pra­cow­ni­cy są ma­szy­na­mi, cy­bor­ga­mi, któ­rym nie przy­słu­gu­ją dni wy­po­czyn­ku… Swe­go cza­su sze­ro­ko użalano się nad (niewątpliwie) dra­ma­tycz­nym lo­sem ka­sje­rek z wiel­kich sie­ci mię­dzy­na­ro­do­wych, któ­rym w cza­sie zmia­ny nie wol­no by­ło zejść ze sta­no­wi­ska na­wet za po­trze­bą fizjo­lo­gicz­ną… ale taka zmia­na trwa­ła 8 lub 12 go­dzin, a licz­ba wol­nych dni zwy­kle by­ła za­cho­wa­na…

Ach, oczy­wi­ście za­ło­że­nie związ­ku za­wo­do­we­go wy­ma­ga­ło­by zgo­dy wła­ści­cie­la sie­ci. Więc taki krok, któ­ry po­waż­nie roz­wa­ża­łam, za­sta­na­wia­jąc się nad afilia­cją przy naj­sen­sow­niej­szym ru­chu związ­ko­wym (czy też wy­bo­rem ta­kie­go, któ­ry na naj­sen­sow­niej­szy wy­glą­da) od­pa­da. A jed­nak sy­tu­ację na­le­ży zmie­nić — po­dob­no mamy wiek XXI a nie czas ma­szyn pa­ro­wych i dzi­kie­go ka­pi­ta­li­zmu. Na ta­kie, jak opi­sa­ne po­wy­żej prak­ty­ki w cy­wi­li­zo­wa­nym świe­cie miej­sca być nie po­win­no.

Tyl­ko nie wi­dzę moż­li­wo­ści dzia­ła­nia — bo blo­ku­je je tak­że in­er­cja ofiar. Ja­kieś pro­po­zy­cje?