poniedziałek, 23 kwietnia 2012

o internetowym ekshibicjonizmie (własnym) refleksja

3 razy skomentowano

Wie­lo­krot­nie za­da­wa­no mi py­ta­nie, cze­mu w swo­ich roz­ma­itych in­ter­ne­to­wych pa­mięt­ni­kach tak się ob­na­żam. Lub wy­ra­ża­no zdzi­wie­nie, że o swo­ich in­tym­nych spra­wach, uczu­ciach i prze­ży­ciach mo­gę gro­nu przy­pad­ko­wych czy­tel­ni­ków mó­wić tak otwar­cie. Ba, sta­łam się na­wet bo­ha­ter­ką pew­ne­go, nie­daw­no w pew­nym miej­scu in­ter­ne­tu przy­po­mnia­ne­go, prze­śmiew­cze­go tek­stu, któ­ry, wy­mie­rzo­ny zde­cy­do­wa­nie prze­ciw mnie, w grun­cie rze­czy ani ze mną, ani z mo­ją sie­cio­wą po­sta­wą nic wspól­ne­go nie ma (o czym mo­że świad­czyć i od­blo­ko­wa­ny sta­ry fejs­bu­ko­wy pro­fil, w od­róż­nie­niu od prze­ciw­ni­ka w pew­nej nie­daw­nej, choć zda­wa­ło­by się, że tak daw­nej, sie­cio­wej za­wie­ru­sze, ni­cze­go w nim nie cię­łam ani nie usu­wa­łam — tyle że au­to­rów wspo­mnia­ne­go tek­stu wśród zna­jo­mych wła­ści­ciel­ki owe­go pro­filu już nie ma — inna rzecz, że wo­bec to­wa­rzy­szą­cych przy­po­mnie­niu ko­men­ta­rzy, wia­ra w praw­dzi­wość za­pew­nień o obec­nym bra­ku kie­ro­wa­nych w mo­ją stro­nę drwin i po­gar­dy oka­zu­je się ko­lej­nym błę­dem — cóż, trust is we­ak­ness, za­wsze, bez żadnych wyjątków, a lu­dzie, któ­rzy zda­wa­li się być naj­uczciw­szy­mi, w pra­niu i na­wet po nim, wciąż pach­ną naj­obrzy­dliw­szą hi­po­kry­zją).

Wie­lo­krot­nie pró­bo­wa­łam na to py­ta­nie — i na owo zdzi­wio­ne unie­sie­nie brwi — od­po­wie­dzieć. Sama so­bie na­wet. Zwy­kle bez­sku­tecz­nie. Fakt fak­tem, że o rze­czach za­pi­sy­wa­nych w blo­gach, nie­jed­no­krot­nie, a le­piej chy­ba po­wie­dzieć, że zwy­kle, za­pi­sy­wa­nych w spo­sób prze­ry­so­wa­ny i prze­ko­lo­ry­zo­wa­ny, choć wśród barw do­mi­no­wa­ła zwy­kle czerń, tak otwar­cie nie roz­ma­wia­łam z ni­kim. Ni­gdy. Wy­cho­dząc z za­ło­że­nia, że zna­jo­mym swo­imi spra­wa­mi gło­wy za­wra­cać nie na­le­ży — i in­ne­go — że pi­sa­nie blo­ga jest jak roz­mo­wa z przy­pad­ko­wym współ­to­wa­rzy­szem dłu­giej a jed­no­ra­zo­wej po­dró­ży, któ­re­go po do­tar­ciu do jej celu nie spo­tka się ni­gdy wię­cej. Po­mi­ja­łam w su­mie oczy­wi­sty fakt, że pi­sa­nie blo­ga, je­śli jest jak roz­mo­wa z ob­cym, to jed­nak ob­cym w środ­ku ko­mu­ni­ka­cji miej­skiej, któ­rym wie­lo­krot­nie prze­mie­rza się tę sa­mą tra­sę, o sta­łych go­dzi­nach, wśród tych sa­mych pa­sa­że­rów, któ­rzy chcąc nie chcąc owej roz­mo­wy słu­cha­ją (o tym mo­że świad­czyć choć­by i obec­ność — i tu i w gu­ślar­ko­wych za­pi­skach — pew­ne­go sta­łe­go, nie­zmier­nie draż­nią­ce­go mnie i nic z tego co mam do po­wie­dze­nia ani z rze­czy wy­po­wia­da­nych po­mię­dzy wier­sza­mi nie poj­mu­ją­ce­go ko­men­ta­to­ra).

Do tej pory pró­bu­ję zna­leźć od­po­wiedź na owe py­ta­nia i za­dzi­wie­nie. I od­po­wiedź po­ja­wi­ła się na tacy. Udzie­lił mi jej nie­ja­ki Max Frisch, w pew­nej swo­jej po­wie­ści, któ­rą so­bie ostat­nio przy­po­mnia­łam (w abo­mi­na­cji do kul­tu­ry ma­so­wej za­czę­łam za­głę­biać się w po­waż­ną i sen­sow­ną li­te­ra­tu­rę — i choć cza­su mam nie­wie­le — co­dzien­ne, dość dłu­gie po­dró­że miej­ską ko­mu­ni­ka­cją, dwu­krot­nie w cią­gu dnia i wciąż na tej sa­mej tra­sie, co ład­nie ko­re­lu­je z wcze­śniej­szą me­ta­fo­rą, są oko­licz­no­ścią lek­tu­rze sprzy­ja­ją­cą). Swo­ją dro­gą Czy­tel­ni­ka, któ­ry ową po­wieść roz­po­zna bez uży­cia wy­szu­ki­wa­rek, po pro­stu dla­te­go, że ją zna i pa­mię­ta, za­pra­szam na piwo, uczy­nię dla nie­go wy­łom w swo­im wciąż na­ra­sta­ją­cym sa­mot­nic­twie.

Cóż za­tem na­pi­sał pan Frisch? Na­pi­sał otóż:

No tak: kto wła­ści­wie ma czy­tać to co w tych ze­szy­tach za­pi­su­ję! A jed­nak, tak przy­naj­mniej są­dzę, każ­dy, kto coś pi­sze, wy­obra­ża so­bie, że ktoś to prze­czy­ta, na­wet gdy­by tym kimś miał być tyl­ko sam pi­szą­cy. Poza tym za­da­ję so­bie jesz­cze i ta­kie py­ta­nie: czy moż­na pi­sać, nie gra­jąc ja­kiejś roli? Czło­wiek chce by­ć ob­cy so­bie sa­me­mu. Nie w roli, ale chy­ba w pod­świa­do­mej de­cy­zji, ja­kie­go ro­dza­ju ro­lę ­so­bie przy­pi­szę, tkwi moja rze­czy­wi­stość. Chwi­la­mi mam uczu­cie, że czło­wiek wy­cho­dzi z tego, co na­pi­sał, jak wąż ze swo­jej skó­ry. Otóż to: nie moż­na wy­ra­zić ­sie­bie pi­smem, moż­na je­dy­nie zrzu­cić skó­rę. Ale kogo ma ta mar­twa skó­ra in­te­re­so­wać! Raz po raz wy­ła­nia­ją­ce się py­ta­nie, czy czy­tel­nik kie­dy­kol­wiek po­tra­fi od­czy­tać coś poza so­bą sa­mym, jest zbęd­ne: pi­sa­nie to nie ko­mu­ni­ko­wa­nie się z czy­tel­ni­ka­mi ani z so­bą sa­mym, lecz ko­mu­ni­ko­wa­nie się z tym, co się nie da wy­po­wie­dzieć. Im wy­raź­niej czło­wiek po­tra­fił­by się wy­po­wie­dzieć, tym czyst­sze oka­za­ło­by się to co nie­wy­po­wie­dzia­ne, to zna­czy rze­czy­wi­stość, któ­ra pi­szą­ce­go drę­czy i po­ru­sza. Po­sia­da­my mo­wę, że­by być nie­mi. Ten, kto mil­czy, nie jest głu­pi. Ten, kto mil­czy, na­wet się nie do­my­śla, jaki nie jest. 
I w tym cy­ta­cie za­wie­ra się kwin­te­sen­cja sen­su i celu mo­ich roz­ma­itych za­pi­sków. Nie­uświa­da­mia­na wcze­śniej na­wet prze­ze mnie. Pi­sa­łam roz­ma­ite, nie­jed­no­krot­nie dzi­wacz­ne lub zda­ją­ce się na­gi­mi rze­czy nie po to, że­by rze­szy ob­cych po­wie­dzieć, kim i jaka je­stem. Pi­sa­łam je po to że­by po­wie­dzieć sama so­bie, ja­ką oso­bą nie je­stem. Że­by to sa­mej so­bie („na­wet gdy­by tym kimś miał być tyl­ko sam pi­szą­cy­”) uświadomić. Nie­ła­two bylo to zro­zu­mieć, trud­niej jesz­cze by­ło­by sa­mo­dziel­nie wy­ar­ty­ku­ło­wać. Frisch zro­bił to za mnie w spo­sób do­sko­na­ły, choć nie spo­dzie­wam się zro­zu­mie­nia jego my­śli przez tych lu­dzi, któ­rzy na pod­sta­wie pre­zen­to­wa­ne­go w sie­ci wi­ze­run­ku stwo­rzy­li so­bie mój „nie ule­ga­ją­cy wąt­pli­wo­ści i oczy­wi­sty” ob­raz.

A pro­pos ob­ra­zu — ten sam au­tor i w tej sa­mej po­wie­ści mó­wi:
...o­zna­ką bra­ku sza­cun­ku, a więc grze­chem, jest kształ­to­wa­nie so­bie go­to­we­go ob­ra­zu ko­goś naj­bliż­sze­go lub w ogó­le czło­wie­ka, twier­dze­nie: je­steś taki a taki i ba­sta!
Do­świad­czy­łam tego, owe­go kształ­to­wa­nia go­to­we­go ob­ra­zu i bra­ku ja­kich­kol­wiek prób przy­ję­cia do wia­do­mo­ści, że rze­czy­wi­stość w ja­kim­kol­wiek stop­niu od takiego „portretu” mo­że od­bie­gać, w cią­gu ostat­nie­go roku bar­dzo do­tkli­wie. I sta­ło się­ to dla mnie na­ucz­ką pro­wa­dzą­cą do wzmoc­nie­nia przekonania, że trust is we­ak­ness. Mimo to przy­cho­dzi mi do gło­wy pro­sta, je­śli nie pro­sta­cka w swo­im tru­izmie re­flek­sja: któż z nas jest od tego „grze­chu” (swo­ją dro­gą wdzięcz­na by­ła­bym za sy­no­nim tego sło­wa, nie­na­ce­cho­wa­ny re­li­gij­nie, sama go w tej chwi­li zna­leźć nie po­tra­fię) wol­ny? Na­wet ja, sta­ra­ją­ca się nie stwa­rzać so­bie ob­ra­zów zna­nych mi lu­dzi, przyj­mu­ją­ca ich z chwi­li na chwi­lę, z mo­men­tu na mo­ment i pró­bu­ją­ca nie umiesz­czać w za­pro­jek­to­wa­nych z gó­ry szu­flad­kach, nie opra­wiać w przy­go­to­wa­ne wcze­śniej ram­ki, nie je­stem w sta­nie, mimo naj­szczer­szej chę­ci, tego unik­nąć. Cóż do­pie­ro mó­wić o lu­dziach, któ­rzy ta­kie­go tru­du nie pró­bu­ją na­wet pod­jąć — czy ra­czej pod­świa­do­me­go tru­du ka­te­go­ry­zo­wa­nia unik­nąć. I tak po­wsta­ją i idą po­mię­dzy lu­dzi wi­ze­run­ki nie­wie­le z rze­czy­wi­sto­ścią ma­ją­ce wspól­ne­go. Co prze­sta­ło mnie już mar­twić, nie­po­ko­ić, a na­wet ba­wić. Czy­je­kol­wiek zda­nie na mój te­mat nie ma dla mnie naj­mniej­sze­go zna­cze­nia — chy­ba na­wet moje wła­sne zda­nie.

czwartek, 5 kwietnia 2012

o miłości

16 razy skomentowano

Kiedy minął mi młodzieńczy romantyzm, ze zdumieniem odkrywam, że nie związałabym się na dłużej niż parę nocy z człowiekiem, z którym łączyłaby mnie hormonalno-neuroprzekaźnikowa choroba zwana zakochaniem. A jedynie z kimś, z kim połączyłyby mnie wspólne cele, pasje, założenia i plany — no i nie odrzucałoby mnie od niego fizycznie. Małżeństwa czy związki zawierane z rozsądku, zaaranżowane przez samych delikwentów, nie odgórnie, mają większy sens, cel i trwałość  a w ich trakcie wytwarza się więź o wiele silniejsza niż ta powstała pod wpływem buzujących emocji... Wtedy miłość rodzi się po trochu, w życiu, sprawdza w praniu, a nie jest efemerycznym błyskiem uczuć, który mija i prowadzi do rozwodu i wzajemnego niesmaku.

Tę miłość emocjonalną, która trwa zwykle kilka lat tylko, można mieć obok i poza małżeństwem, można wpisać ją w łączącą dwoje ludzi umowę, jako element higieny każdej ze stron stadła, w żaden sposób na jego jakość i trwałość niewpływający...