wtorek, 18 grudnia 2012

Czeskiego przypowieść
o Wyjątkowo Skurwiałej Istocie

10 razy skomentowano

Zna­la­złam. W trak­cie po­szu­ki­wa­nia w Internet Wayback Machine po­zo­sta­ło­ści z daw­ne­go Fo­rum Neo­po­gan, na zupełnie inny temat. Re­dak­tor­skie na­wy­ki zmu­si­ły mnie do wy­cy­ze­lo­wa­nia, po­pra­wie­nia tu i ów­dzie i uzu­peł­nie­nia o wła­sny frag­ment po­cho­dzą­cy z fo­ru­mo­we­go po­stu, bę­dą­ce­go od­po­wie­dzią na po­niż­szą przy­po­wiast­kę. Nie­zwy­kle cel­ną. Mam na­dzie­ję, że au­tor jej pier­wot­nej wer­sji nie prze­klnie mnie za pu­bli­ka­cję – tekst wart jest przy­po­mnie­nia, zwłasz­cza że ład­nie wpa­so­wu­je się w wal­kę z wia­tra­kiem bez­re­flek­syj­nej wia­ry, bezmózgiego oddawania się Istocie na pokarm, od lat prze­ze mnie w róż­nych za­ka­mar­kach sie­ci pro­wa­dzo­ną.

Mi­łe­go czy­ta­nia…


Żył so­bie daw­no temu pe­wien Na­ród, co włó­czył się­ po pu­sty­niach, owce ho­do­wał i w su­mie nie­wie­le róż­nił się od in­nych na­ro­dów ze swo­ich cza­sów i te­re­nów. Jak inne na­ro­dy zaj­mo­wał się ma­gią, miał swo­je wie­rze­nia, miał mę­dr­ców i głup­ców. I któ­re­goś razu ów Na­ród za­warł pakt z Isto­tą. Czy sam ją stwo­rzył, czy przy­wo­łał z od­mę­tów Cha­osu Wszech­świa­ta, czy też owa Isto­ta sama od­na­la­zła Na­ród, trud­no dziś do­ciec. Fa­ktem jest, że Isto­ta zgo­dzi­ła się po­móc Na­ro­do­wi w trud­nym mo­men­cie, w za­mian jed­nak za­ży­czy­ła so­bie za­pła­ty.

Być mo­że wszyst­ko za­czę­ło się w Egip­cie fa­ra­ona Se­tie­go, być mo­że znacz­nie wcze­sniej, trud­no to oce­niać. Fakt fak­tem, że w pew­nym mo­men­cie dzie­jów Isto­ta za­ofe­ro­wa­ła Na­ro­do­wi do pod­pi­sa­nia pakt, skła­da­ją­cy się z 10 punk­tów i pre­am­bu­ły roz­po­czy­na­ją­cej się od słów „Jam jest Pan Bóg Twój...” Na­ród przy­jął cy­ro­graf ra­zem z dal­szy­mi punk­ta­mi i pod­punk­ta­mi. Isto­ta od­tąd po­ma­ga­ła Na­ro­do­wi, wy­ci­na­jąc w pień jego wro­gów pod­czas bi­tew o Zie­mię Obie­ca­ną. Pa­triar­cho­wie Na­ro­du pil­nie strze­gli ta­jem­ni­cy, ukry­tej w skrzy­ni zwa­nej Ar­ką Przy­mie­rza.

Mi­ja­ły stu­le­cia, Isto­ta ro­sła w si­łę, za­zdro­śnie pil­nu­jąc wpły­wów i mocy pły­ną­cej z mo­dłów Na­ro­du. Ape­tyt jed­nak ro­śnie w mia­rę je­dze­nia, to­też wkrót­ce Isto­ta za­pra­gnę­ła więk­szej wła­dzy i mocy. A że by­ła wy­jąt­ko­wo bez­względ­na, po­zwo­li­ła in­nym lu­dom na­je­chać zie­mię Na­ro­du, znisz­czyć swo­ją głów­ną świą­ty­nię, wy­gnać Na­ród z Zie­mi mu Obie­ca­nej. Bo nic tak nie wzmac­nia­ło Isto­ty jak cier­pie­nie lu­dzi.

Aby jed­nak za­cho­wać wpły­wy w umy­słach Na­ro­du, obie­ca­ła przyj­ście Me­sja­sza, któ­ry po­now­nie ura­tu­je Na­ród, nisz­cząc jego wro­gów. Tych praw­dzi­wych, tych uro­jo­nych i tych stwo­rzo­nych przez sa­mą Isto­tę dla nie­po­zna­ki i za­mie­sza­nia.

Inne isto­ty, opie­ku­ją­ce się in­ny­mi na­ro­da­mi przy­cho­dzi­ły, trwa­ły, umie­ra­ły, zapadały w sen, kie­dy Ko­ło Cza­su ob­ra­ca­ło się nie­ustan­nie. Na­ród trwał, wy­zna­jąc Isto­tę i wie­rząc na­iw­nie, że Jej obiet­ni­ca kie­dyś zo­sta­nie zre­ali­zo­wa­na. Jed­nak Isto­cie je­den Na­ród już nie wy­star­czał. Spra­wi­ła więc, że na świe­cie po­ja­wił się Gło­si­ciel, mó­wią­cy iż oto Isto­ta uko­cha­ła wszyst­kich lu­dzi i ni­cze­go tak nie pra­gnie, jak ich do­bra. I że kto przyj­mie jej Pięt­no, po­zna mi­łośc i do­bro, kto od­rzu­ci, bę­dzie po­tę­pio­nym. Nie­ste­ty, po śmier­ci Gło­si­cie­la, za­bi­te­go de­cy­zją Na­ro­du, choć rę­ka­mi jego wro­gów (dla­cze­go Na­ród to uczy­nił? Mo­że nie chciał dzie­lić się mo­cą Isto­ty z in­ny­mi lu­da­mi? Mo­że po­czuł się zdra­dzo­ny? Kto to wie?), za­mysł Isto­ty nie­mal­że legł w gru­zach. Mu­sia­ła wes­przeć się umie­ra­ją­cym ce­sa­rzem słab­ną­ce­go Rzy­mu i jego zdzi­wa­cza­łą Mat­ką, by nowe ob­li­cze Jej kul­tu mo­gło bez prze­szkód roz­prze­strze­niać się po Eu­ro­pie.

Mi­ja­ły stu­le­cia, Isto­ta zno­wu ro­sła w si­łę, ale po­wo­li. A chcia­ła wię­cej. Zwró­ci­ła więc oczy na po­łu­dnie, gdzie po pu­sty­niach Ara­bii snu­ły się hor­dy odzia­nych w bur­nu­sy ku­zy­nów Na­ro­du. Ob­ja­wi­ła jed­ne­mu z tam­tej­szych pa­ste­rzy ko­lej­ne swo­je ob­li­cze, inne i jesz­cze bar­dziej okrut­ne niż to któ­re nie­gdyś po­ka­za­ła Na­ro­do­wi.. Stwo­rzy­ła so­bie ko­lej­ny Na­ród Wy­bra­ny, po­zwo­li­ła mu uwie­rzyć, że to wła­śnie on jest tym Praw­dzi­wie Wy­bra­nym. I wkrót­ce skłó­ci­ła ludy pół­no­cy z lu­da­mi po­łu­dnia, bo nic tak nie cie­szy Isto­ty jak prze­lew krwi, śmierć i wy­sy­sa­nie ży­cia z umie­ra­ją­cych w Jej imię lu­dzi. Po­iła się więc nie­na­wi­ścią lu­dzi, wy­rzy­na­ją­cych się w Jej imię na kru­cja­tach.

Ale i to źró­dło szyb­ko wy­schło, kie­dy pa­dła Akka. Pod­bój no­wych na­ro­dów Pół­no­cy szedł opor­nie, bo­wiem ludy te mia­ły swo­ich bo­gów i obroń­ców. A Isto­ta wciąż ro­sła i do­ma­ga­ła się no­wych ofiar mimo, że na­le­ża­ła już do naj­po­tęż­niej­szych na świe­cie i w Za­świa­tach.

Mi­nę­ło pa­rę ko­lej­nych wie­ków, wiel­kie woj­ny w Eu­ro­pie ode­szły w prze­szlość. Isto­ta po­czu­ła głód. Skło­ni­ła więc jed­ne­go z mni­chów No­we­go Ob­rząd­ku, by zbun­to­wał się i na drzwiach ko­ścio­ła przy­bił nowe Praw­dy. Po­mysł po­skut­ko­wał – wkrót­ce kon­ty­nent znów spły­nął krwią lu­dów gi­ną­cych w bra­to­bój­czych wal­kach.

I tak to trwa do dziś. Je­dy­nym na­praw­dę groź­nym cio­sem dla Isto­ty oka­zał się Wiek Ro­zu­mu, kie­dy to ludy już nie sa­mej tyl­ko Eu­ro­py, ale świa­ta zbun­to­wa­ły się prze­ciw Niej. Na nic zda­ły się pró­by ośmie­sza­nia, na nic ko­lej­ne woj­ny w XIX i XX wie­ku… Lu­dzie się zmie­ni­li, za­czę­li knąbr­nie ro­ścić so­bie pra­wa do wol­no­ści. Przy­po­mi­na­ją so­bie o swo­ich daw­nych opie­ku­nach, któ­rzy nie trak­to­wa­li ich jak owce do strzy­że­nia i za­rzy­na­nia, ale jak part­ne­rów. Po raz pierw­szy od wie­lu stu­le­ci Isto­ta po­czu­ła głód. A wraz z gło­dem przy­szedł strach. Chcąc utrzy­mać swo­ją po­tę­gę i moc, wciąż pró­bu­je szczuć na sie­bie ludy wszyst­kich Ob­rząd­ków, li­cząc na to że Po­łu­dnie pod­bi­je Pół­noc, że Pół­noc czu­jąc za­gro­że­nie znów zwró­ci się ku Niej. Pod­bu­rza Na­ród, wspie­ra­ny ludź­mi z Za­cho­du do tego, by wal­czył z po­tom­ka­mi Mu­ham­ma­da…

Isto­ta wciąż łak­nie po­kar­mu. Co no­we­go wy­my­śli, by za­spo­ko­ić swój głód?

Co wię­cej, Isto­ta, bę­dąc szcze­gól­nie prze­wrot­ną, przed­sta­wi­ła swo­im Wy­znaw­com Ad­wer­sa­rza. Mó­wiąc im, iż ów Ad­wer­sarz zbun­to­wał się swe­go cza­su prze­ciw niej i jej na złość dzia­ła Wy­znaw­com na szko­dę. Że to Prze­ciw­nik jest źró­dłem zła, bó­lu i cier­pie­nia na świe­cie, sama Isto­ta jest temu nie­win­na.

Isto­ta wie­dzia­ła, że sto­su­jąc tego ro­dza­ju chwyt, za­trzy­ma wy­znaw­ców przy so­bie. Wzmoc­ni ich fa­na­tyzm – prze­cież nie­wie­le łą­czy lu­dzi rów­nie sil­nie, jak wspól­ny wróg. Wspól­ny bóg tego do­ko­nać nie jest w sta­nie.

„Spryt­nie to so­bie wy­my­śli­łam” – mru­czy te­raz Isto­ta, prze­glą­da­jąc się w lu­ster­ku Wiecz­no­ści. „Cie­ka­we, czy ktoś z nich kie­dy­kol­wiek wpad­nie na to że Ad­wer­sarz jest Mną, a Ja Ad­wer­sa­rzem”.


środa, 5 grudnia 2012

o pełnieniu boskiej woli i sytuacjach tragicznych

2 razy skomentowano

Gdzie­nie­gdzie – i co wy­da­je mi się ku­rio­zal­ne, czę­sto ostat­nio wśród po­gan, na­wet ta­kich, któ­rzy sta­ra­ją się być lu­mi­na­rza­mi wła­snej ścież­ki (spu­ść­my za­sło­nę mil­cze­nia nad tym, w jaki spo­sób i z ja­kich przy­czyn na ową ścież­kę wstą­pi­li i za­łóż­my że ich po­zo­sta­wa­nie na niej ma rze­czy­wi­sty wy­miar ludz­ko­-bo­ski, a nie je­dy­nie to­wa­rzy­ski) spo­ty­kam się ze stwier­dze­nia­mi, że je­śli ja­kiś bóg cze­goś chce, czło­wiek jest wo­bec tej bo­skiej woli bez­rad­ny. Bezbronny. Nie ma nic do ga­da­nia. Że je­śli ja­kiś bóg wy­ma­ga od czło­wie­ka cze­goś, cze­go ów czło­wiek nie chce lub nie mo­że wy­peł­nić, sta­wia go w sy­tu­acji tra­gicz­nej, po­zba­wio­nej ja­kie­go­kol­wiek wyj­ścia. Że wy­ma­ga­nie boga trze­ba w ta­kiej sy­tu­acji zrealizować i nie ma się in­ne­go wy­bo­ru.


Taki po­gląd przy­po­mi­na mi kal­kę z chrze­ści­jań­stwa, po­zo­sta­wa­nie pod jego wpły­wem i wy­da­je mi się być cał­ko­wi­cie ode­rwa­ny od rze­czy­wi­sto­ści po­gań­skiej teo­lo­gii. Po­cząw­szy choćby od tego, że nasi bo­go­wie nie są prze­cież ani wszech­moc­ni ani wszech­wie­dzą­cy. Po­trze­bu­ją nas – wy­znaw­ców, inaczej nie zawracaliby sobie nami wcale głowy. Nie, nie w taki spo­sób, jak potrzebuje ów ni­by­-w­szech­moc­ny i ni­by­-w­sze­chwie­dzą­cy nie­wy­ma­wial­ne­go imie­nia bóg chrze­ści­jan, któ­ry kar­mi się wia­rą swo­ich niewolników, umniej­sza­niem przez nich sa­mych sie­bie, ule­gło­ścią, po­ko­rą i świad­czo­nym mu kul­tem. Nasi bo­go­wie po­trze­bu­ją nas, by za na­szym po­śred­nic­twem za­ma­ni­fe­sto­wać swo­ją obec­ność w świe­cie lu­dzi, w świe­cie po tej stro­nie Za­sło­ny, tak, jak bez na­sze­go udzia­łu ma­ni­fe­stu­ją swo­ją obec­ność poza nią i w Na­tu­rze. I wła­śnie dla­te­go, że nas po­trze­bu­ją, sta­wia­ją nam cza­sem pew­ne wy­ma­ga­nia. Rów­nież ta­kie, któ­re mo­że­my uznać za trud­ne. Rów­nież ta­kie, któ­re w węź­le sie­ci Losu, w któ­rym obec­nie się znaj­du­je­my, wy­da­ją nam się być nie­wy­ko­nal­ne.

Jed­nak, dla­te­go wła­śnie, że nie są ani wszech­moc­ni, choć nie­wąt­pli­wie od nas o wie­le po­tęż­niej­si, ani wszech­wie­dzą­cy – a prze­cież wie­dzą­cy od nas znacz­nie wię­cej, ich wola nie za­wsze bywa pra­wem osta­tecz­nym. Sta­je się nim do­pie­ro wte­dy, gdy my wy­ra­zi­my zgo­dę na pro­po­no­wa­ny przez nich układ. Na­ za­dzia­ła­nie tej woli w na­szym ży­ciu i w na­szej rze­czy­wi­sto­ści. Ża­den układ nie za­ist­nie­je bez zgo­dy obu jego stron. Bo­ski ini­cja­tor umo­wy bę­dzie ocze­ki­wał zgo­dy na pro­po­no­wa­ne przez sie­bie wa­run­ki. Świa­dom, że w ży­ciu, w świe­cie, w na­tu­rze, w Lo­sie za­wsze jest coś za coś, i nic nie otrzy­mu­je się za dar­mo, na­wet je­śli jest się bo­giem, bę­dzie pro­po­no­wał ko­rzyst­ną jego zda­niem dla part­ne­ra pro­po­no­wa­ne­go in­te­re­su re­kom­pen­sa­tę. Czę­sto wie­dząc o ludz­kim part­ne­rze wię­cej, niż on wie sam o so­bie. Czę­sto taka za­pła­ta bę­dzie po­ku­są nie do od­par­cia. Czę­sto czło­wiek zgo­dzi się na pro­po­no­wa­ny deal nie­świa­dom, jak bar­dzo trud­ne bę­dzie s­peł­nie­nie go – ale wy­peł­nić go musi do­pie­ro wów­czas, gdy ten układ za­wrze – że uży­ję po­rów­na­nia oko­ło­chrze­ści­jań­skie­go – gdy pod­pi­sze cy­ro­graf, umo­wę zo­bo­wią­zu­ją­cą go do wykonania okre­ślo­nych rze­czy za okre­ślo­ną za­pła­tą. Za­nim do ta­kiej umo­wy doj­dzie – na­wet bo­go­wie są wo­bec da­ne­go de­li­kwen­ta bez­rad­ni. I da­dzą mu spo­kój – w od­róż­nie­niu od Jah­we nie pcha­ją się bo­wiem tam, gdzie są nie­chcia­ni.

Bo nasi bo­go­wie nas sza­nu­ją. Bywa, że trak­tu­ją jak pion­ki w grze w hne­fa­ta­fla, ale do­pie­ro wów­czas, gdy zgo­dzi­my się nimi zo­stać. To że ja­kiś bóg nas do­strze­ga i sta­wia przed nami pew­ne wy­ma­ga­nia, rów­nież ta­kie, któ­re uwa­ża­my za nie­wy­ko­nal­ne i speł­nić ich nie chce­my, nie sta­wia nas jesz­cze w sy­tu­acji tra­gicz­nej. Po­zwa­la na ne­go­cja­cje i kom­pro­mi­sy. Oczy­wi­ście w ogra­ni­czo­nym za­kre­sie, bo samo już wej­ście na ścież­kę ta­kich ne­go­cja­cji stwa­rza ro­dzaj part­ner­stwa, z któ­re­go na­le­ży się wy­wią­zać. Jed­nak wy­móg speł­nie­nia bo­skie­go wy­ma­ga­nia, bo­skie­go ocze­ki­wa­nia, bo­skiej woli, sta­je się bez­względ­ny do­pie­ro wów­czas, gdy wy­ra­zi­my na to zgo­dę, przy­się­gnie­my, za­wrze­my zo­bo­wią­za­nie. Za­nim do cze­go­kol­wiek się zo­bo­wią­że­my – je­ste­śmy wol­ni; sy­tu­acja tra­gicz­na nie mo­że za­ist­nieć. Więc to, czy po­sta­wi­my się w niej czy nie, za­le­ży nie od bo­skich i bo­skiej wy­bo­rów i woli, ale od na­szych wła­snych. Od nas sa­mych. To my de­cy­du­je­my, czy wcho­dzi­my w dany układ czy nie – za­nim wy­ra­zi­my na co­kol­wiek zgo­dę, ża­den bóg ni­cze­go na nas nie wy­mu­si.

Nie bo­go­wie wią­żą nici Losu – Te, Któ­re Je Wią­żą nie są na­wet bo­gi­nia­mi, a losy bo­gów tak samo jak ludz­kie wpla­ta­ją w ogrom­ną Sieć. Czę­sto zresz­tą plą­cząc je z so­bą i wi­kła­jąc. A i one pod­le­ga­ją pra­wu nad­rzęd­ne­mu. Sy­tu­acja wy­ni­ka­ją­ca z bo­skich wy­ma­gań wo­bec da­nej oso­by mo­że stać się tra­gicz­na do­pie­ro wów­czas, gdy owa oso­ba zo­bo­wią­za­ła się do speł­nie­nia tych wy­ma­gań, za­war­ła umo­wę, a nie chce lub nie mo­że jej speł­nić. I losy Wa­fth­rud­ni­ra czy Vi­ka­ra – choć w róż­ny spo­sób – tyl­ko to po­twier­dza­ją…

Inna rzecz, że nie­któ­rzy bo­go­wie gra­ją zna­czo­ny­mi ko­ść­mi. Ale nie rzu­cą ich do­pó­ki my nie zgo­dzi­my się na roz­po­czę­cie gry… Kie­dy gra się zacznie, nie mamy już wyj­ścia, trze­ba grać do koń­ca. Ale mo­że­my na roz­po­czę­cie roz­gryw­ki nie wy­ra­zić zgo­dy – i wte­dy to bóg, któ­ry cze­goś od da­ne­go czło­wie­ka chce, a nie ów czło­wiek, bę­dzie w pew­nym za­kre­sie bez­rad­ny…

I w tym mię­dzy in­ny­mi le­ży róż­ni­ca mię­dzy chrze­ści­jań­stwem, w któ­rym czło­wiek wo­bec woli bo­żej za­wsze jest bezbronny, a in­do­eu­ro­pej­skim po­gań­stwem w róż­nych jego wer­sjach.

piątek, 28 września 2012

Bogowie i ja - czyli biuletyn informacyjny - Hrefna żyje...

1 razy skomentowano

Skom­pli­ko­wa­ło się tro­chę w moim ży­ciu. Na­stą­pi­ło kil­ka za­gęsz­czeń wy­da­rzeń, po­zy­tyw­nych i ne­ga­tyw­nych, na roz­ma­itych fron­tach. Tym ra­zem dziel­nie z nimi wal­czę i nie za­mie­rzam się pod­da­wać. A że (i ta no­tat­ka peł­na bę­dzie kre­dy­tów dla pew­ne­go Zna­jo­me­go) bar­dzo wy­raź­nie daje o so­bie znać coś, co zo­sta­ło przez nie­go na­zwa­ne „ka­ra­lu­szym ge­nem nie­znisz­czal­no­ści” — mia­ła­bym cze­goś nie osią­gnąć? Cze­goś nie wy­pro­sto­wać? Sa­mo­dziel­nie? Bez ni­czy­jej po­mo­cy? To nie ja…

Po­ja­wi­ła się chwi­lo­wa po­ku­sa — po­ku­sa za­wie­rze­nia swo­je­go losu — w pew­nym przy­naj­mniej za­kre­sie — Bo­gom. Bo do­wio­dłam im już swo­jej war­to­ści i do­świad­czam ich wspar­cia. Cho­ler­nie moc­ne­go wspar­cia. Jed­nak­że… by­ła tyl­ko chwi­lo­wa.



No wła­śnie, jed­nak­że ma tu­taj ogrom­ne zna­cze­nie. W cza­sie Rów­no­no­cy — ze sta­re­go dru­idz­kie­go przy­zwy­cza­je­nia — w jej kul­mi­na­cyj­nym astro­no­micz­nie punk­cie — po po­dzię­ko­wa­niu Star­szym za mi­nio­ny rok i wszyst­ko do­bre, co mnie w nim spo­tka­ło, po ze­bra­niu Plo­nu i ofia­ro­wa­niu Im jego od­po­wied­niej czę­ści — po­pro­si­łam o coś. Z gó­ry coś za to ofia­ro­wu­jąc. Coś bar­dzo istot­ne­go. I nie by­ła to proś­ba o po­moc. O dal­sze wspar­cie. Prze­ciw­nie.

Naj­pierw ja by­łam w ja­kiś spo­sób spraw­dza­na. Test naj­wy­raź­niej zda­łam. Ale wiem, że w zda­niu tego eg­za­mi­nu do­świad­czy­łam po­mo­cy, o któ­rą nie pro­si­łam i któ­rej się nie spo­dzie­wa­łam, za to cho­ler­nie moc­nej. I to rani mo­ją am­bi­cję. A jak po­wie­dział Zna­jo­my, ten, któ­re­go ni­niej­szą not­ką obficie kre­dy­tu­ję, „na­rząd od­po­wie­dzial­ny u mnie za am­bi­cję ma prze­rost jak mu­rzyń­ska (e­xcu­se le mot) pyta. I w do­dat­ku te­raz do­stał wzwo­du”.

Przed­tem mia­łam cze­goś do­wieść Bo­gom. I do­wio­dłam. Te­raz chcę do­wieść sama so­bie. Jest jesz­cze spo­ro rze­czy do osią­gnię­cia. I chcę je osią­gnąć cał­ko­wi­cie sa­mo­dziel­nie. Bez żad­nej, ludz­kiej, ani bo­skiej po­mo­cy. Sama. I tego wła­śnie do­ty­czy­ła moja proś­ba — pro­si­łam Ich, by nie rzu­ca­jąc mi kłód pod nogi, za­prze­sta­li swo­jej po­mo­cy i wspar­cia. Na pół roku. Do wio­sen­ne­go Zrów­na­nia. Je­śli uda mi się do tego cza­su osią­gnąć to co za­mie­rzam, bę­dę wie­dzia­ła, że ni­ko­mu poza sa­mą so­bą tego nie za­wdzię­czam. I wte­dy po­dzię­ku­ję za po­zo­sta­wie­nie mnie sa­mej so­bie wiel­kim i cen­nym, peł­nym wdzięcz­no­ści da­rem… Tak musi być.

Przy oka­zji kre­dy­to­wa­ne­mu Zna­jo­me­mu tym sa­mym po­ka­żę, że god­na je­stem po­zy­cji „oj­ca” któ­rą mi nadał… Href­na mat­ką — to już by­ło… ale oj­cem — jesz­cze nie… to po­waż­ne wy­zwa­nie, któ­re­mu za­mie­rzam spro­stać naj­le­piej, jak po­tra­fię.

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

"Popieraj swoje!"...

6 razy skomentowano

Zasta­na­wiam się, w jaki spo­sób moż­na za­in­te­re­so­wać sze­ro­ką opi­nię pu­blicz­ną po­li­ty­ką per­so­nal­ną Pew­nej Fir­my (re­kla­mu­ją­cej się ha­słem „po­pie­raj swo­je!” i usta­wicz­nie re­kru­tu­ją­cej — prze­cież jest jed­nym z li­de­rów ak­tyw­nej wal­ki z bez­ro­bo­ciem). Przed­mio­to­we trak­to­wa­nie do­ty­czy nie tyl­ko sze­re­go­wych pra­cow­ni­ków ale i ka­dry kie­row­ni­czej do śred­nie­go szcze­bla (po­ni­żej kie­row­ni­ka re­gio­nal­ne­go) włącz­nie.

Pro­blem w tym, że więk­szość za­in­te­re­so­wa­nych (czy też ofiar tej po­li­ty­ki) mo­że nie od­wa­żyć się na udzie­le­nie szcze­re­go wy­wia­du czy w ogó­le otwar­tą roz­mo­wę na te­mat ich trak­to­wa­nia w oba­wie przed bo­le­snym ze­tknię­ciem się z bru­kiem. Bo ry­nek pra­cy jest jaki jest, a więk­szość tych lu­dzi, za­rów­no sza­racz­ków, jak i kie­row­ni­ków, ni­gdy nie pra­co­wa­ła poza han­dlem, za­tem przyj­mu­je swój los z nie­po­god­nym fa­ta­li­zmem. Ja w so­bie ta­kie­go fa­ta­li­zmu nie wy­kształ­ci­łam. I nie chcę. Ale jed­na oso­ba nie mo­że nic prze­ciw­ko sil­nej choć bied­nie­ją­cej sie­ci z rad­ca­mi praw­ny­mi i po­dob­ny­mi per­so­na­mi na do­brze płat­nych eta­tach.



Nie, nie chcę zba­wiać świa­ta. Jed­nak tego ro­dza­ju po­dej­ście do czło­wie­ka, nie­waż­ne czy na kie­row­ni­czym sta­no­wi­sku, czy na koń­cu łań­cu­cha po­kar­mo­we­go, wy­my­ka się wszel­kiej kry­ty­ce… a ja w za­sa­dzie tak­że je­stem jego ofia­rą. Z Bie­dron­ką się uda­ło, cze­mu nie mia­ło­by udać się z sie­cią o czy­sto pol­skim ka­pi­ta­le? Nie mam po­czu­cia mi­sji, ale to w czym uczest­ni­czę, kłó­ci się z ja­kim­kol­wiek moim po­ję­ciem mo­ral­no­ści, sza­cun­ku wo­bec czło­wie­ka­-pra­cow­ni­ka i w su­mie ludz­kiej god­no­ści jako ta­kiej.

Ow­szem, część prak­tyk jest wspól­na dla sie­ci mar­ke­tów. Jed­nak to co dzie­je się w Tej Fir­mie prze­ra­sta wszyst­ko, z czym spo­tka­łam się do­tych­czas. Przy­kład? Jed­na z pla­có­wek cier­pi na usta­wicz­ne nie­do­bo­ry ka­dro­we, co owo­cu­je od­bie­ra­niem wol­nych dni pra­cow­ni­kom i kie­row­nic­twu. Re­kor­dzi­ści ma­ją do ode­bra­nia kil­ka­set nad­go­dzin, któ­re oczy­wi­ście są nie­płat­ne. O nie­zgod­no­ści obo­wią­zu­ją­cych list obec­no­ści z prze­ka­zy­wa­nym cen­tra­li gra­fikiem (we­dług któ­re­go dzi­siaj mia­łam wol­ne i mam je ju­tro, gdy­by nie uda­ło mi się zu­peł­nie przy­pad­kiem wy­rwać wol­nej nie­dzie­li, któ­rą od­pra­co­wu­ję w na­stęp­ną, dzię­ki cze­mu praw­do­po­dob­nie od ubie­głe­go po­nie­dział­ku z jed­nym dniem prze­rwy cze­ka mnie naj­dłuż­szy w ży­ciu ciąg prze­pra­co­wa­nych dni — łącz­nie 21 — słow­nie dwa­dzie­ścia je­den) nie ma na­wet po co wspo­mi­nać. W tym ty­go­dniu po­now­nie do­bi­jam do je­de­na­stu dni za­le­głe­go wol­ne­go, w przy­szłym zro­bi się ich trzy­na­ście, a wy­glą­da na to że to nie ko­niec. Pla­ców­ce od­bie­ra się dwa eta­ty…

Przy­kład nu­mer dwa — je­dy­ne oso­by, któ­re oprócz kie­row­nic­twa są ob­cią­żo­ne od­po­wie­dzial­no­ścią finan­so­wą — ka­sje­rzy, są koń­cem łań­cu­cha po­kar­mo­we­go — są sprzą­ta­cza­mi, po­my­wa­cza­mi, pra­cow­ni­ka­mi sali i ma­ga­zy­nie­ra­mi — wszyst­ko w jed­nym. Oczy­wi­ście każ­dy grosz bra­ku­ją­cy pod ko­niec zmia­ny w Ma­gicz­nej Ka­set­ce jest im z pen­sji po­trą­ca­ny. A pen­sja gło­do­wa — pod­sta­wa to naj­niż­sza kra­jo­wa (1500 brut­to obec­nie, 1100 netto jak dobrze pójdzie, resz­tę nad­ra­bia się pre­mia­mi, któ­rych nikt prak­tycz­nie ni­gdy nie wi­dział, a po­noć są).

Przy­kład nu­mer trzy — praktycznie brak fun­du­szu strat — za (co w han­dlu nor­mal­ne) to­war tzw. ze­zło­mo­wa­ny — uszko­dzo­ny (ry­ba po­kry­ta na­lo­tem, śli­skie mię­so, pod­gni­łe owo­ce lub wa­rzy­wa), a przy­naj­mniej znacz­ną jego część od­po­wia­da ka­dra kie­row­ni­cza z wła­sne­go wy­na­gro­dze­nia (słyn­ne „ku­po­wa­nie” kil­ku­dzie­się­ciu pęcz­ków nie­ist­nie­ją­cych już rzod­kie­wek itp.). Nie dziw­ne za­tem, choć mo­ral­nie śmier­dzą­ce, że wie­lu jej przed­sta­wi­cie­li pró­bu­je wła­sne stra­ty mi­ni­ma­li­zo­wać, zwykle kosz­tem pod­wład­nych…

Przy­kład nu­mer czte­ry — nikt nie pa­mię­ta, nawet weterani, by kto­kol­wiek w sie­ci — a przy­naj­mniej poza jej cen­tra­lą — kie­dy­kol­wiek do­stał w cią­gu roku wię­cej urlo­pu niż wy­ma­ga­ne ko­dek­sem pra­cy jed­no­ra­zo­we 10 dni ro­bo­czych w ko­lej­no­ści. Ekwi­wa­len­ty urlo­po­we nie są wy­pła­ca­ne, re­kor­dzi­ści ma­ją za­tem na­wet do 100 i wię­cej dni za­le­głe­go urlo­pu.

Przy­kład nu­mer pięć — dal­sze ła­ma­nie Ko­dek­su Pra­cy — na­gmin­ne w gra­fiku za­pi­sy­wa­nie ko­goś do pra­cy na pierw­szą zmia­nę po dru­giej — czy­li na dniów­kę za­czy­na­ją­cą się o 6. po po­przed­niej koń­czą­cej się o 21. (a de fac­to naj­wcze­śniej o 21.30 — o 21. za­my­ka się pla­ców­kę, wszel­kie po­rząd­ki i roz­li­cze­nia na­stę­pu­ją do­pie­ro po jej za­mknię­ciu) — bez prze­pi­so­wych 12. go­dzin dzie­lą­cych za­koń­cze­nie pra­cy od jej po­now­ne­go roz­po­czę­cia…

Przy­kła­dy moż­na mno­żyć. Ale za­miast je mno­żyć, na­le­ża­ło­by ra­czej za­in­te­re­so­wać nimi me­dia. I to w taki spo­sób, by nie po­wtó­rzył się cas­sus po­znań­skie­go Te­sco, z gdzie kar­nie wy­da­lo­no z pracy ka­sjer­kę, któ­ra zgło­si­ła do Pań­stwo­wej In­spek­cji Pra­cy przy­pa­dek ła­ma­nia jej praw pra­cow­ni­czych, po­nie­waż z roz­li­czeń wy­ni­ka­ło, że by­ła za­lo­go­wa­na na sta­no­wi­sku w dniach, kie­dy we­dług gra­fiku nie by­ła w pra­cy obec­na…

Po­li­ty­ka cen­tra­li to jed­no. Po­li­ty­ka po­szcze­gól­nych pla­có­wek to dru­gie. Ale cen­tra­la nie jest nie­świa­do­ma tego, co dzie­je się w te­re­nie, prze­ciw­nie, musi być świa­do­ma wszel­kich wy­kro­czeń, sko­ro np. otrzy­mu­je roz­li­cze­nia sy­gno­wa­ne lo­gi­nem pra­cow­ni­ka, cał­ko­wi­cie nie­zgod­ne z gra­fika­mi, któ­re rów­nież otrzy­mu­je… Cen­tra­la za­chę­ca pla­ców­ki do pro­wa­dze­nia ta­kiej wła­śnie po­li­ty­ki, w któ­rej kie­row­ni­cy po­no­szą od­po­wie­dzial­ność finan­so­wą za wszel­kie stra­ty sie­ci, a sze­re­go­wi pra­cow­ni­cy są ma­szy­na­mi, cy­bor­ga­mi, któ­rym nie przy­słu­gu­ją dni wy­po­czyn­ku… Swe­go cza­su sze­ro­ko użalano się nad (niewątpliwie) dra­ma­tycz­nym lo­sem ka­sje­rek z wiel­kich sie­ci mię­dzy­na­ro­do­wych, któ­rym w cza­sie zmia­ny nie wol­no by­ło zejść ze sta­no­wi­ska na­wet za po­trze­bą fizjo­lo­gicz­ną… ale taka zmia­na trwa­ła 8 lub 12 go­dzin, a licz­ba wol­nych dni zwy­kle by­ła za­cho­wa­na…

Ach, oczy­wi­ście za­ło­że­nie związ­ku za­wo­do­we­go wy­ma­ga­ło­by zgo­dy wła­ści­cie­la sie­ci. Więc taki krok, któ­ry po­waż­nie roz­wa­ża­łam, za­sta­na­wia­jąc się nad afilia­cją przy naj­sen­sow­niej­szym ru­chu związ­ko­wym (czy też wy­bo­rem ta­kie­go, któ­ry na naj­sen­sow­niej­szy wy­glą­da) od­pa­da. A jed­nak sy­tu­ację na­le­ży zmie­nić — po­dob­no mamy wiek XXI a nie czas ma­szyn pa­ro­wych i dzi­kie­go ka­pi­ta­li­zmu. Na ta­kie, jak opi­sa­ne po­wy­żej prak­ty­ki w cy­wi­li­zo­wa­nym świe­cie miej­sca być nie po­win­no.

Tyl­ko nie wi­dzę moż­li­wo­ści dzia­ła­nia — bo blo­ku­je je tak­że in­er­cja ofiar. Ja­kieś pro­po­zy­cje?

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

o internetowym ekshibicjonizmie (własnym) refleksja

3 razy skomentowano

Wie­lo­krot­nie za­da­wa­no mi py­ta­nie, cze­mu w swo­ich roz­ma­itych in­ter­ne­to­wych pa­mięt­ni­kach tak się ob­na­żam. Lub wy­ra­ża­no zdzi­wie­nie, że o swo­ich in­tym­nych spra­wach, uczu­ciach i prze­ży­ciach mo­gę gro­nu przy­pad­ko­wych czy­tel­ni­ków mó­wić tak otwar­cie. Ba, sta­łam się na­wet bo­ha­ter­ką pew­ne­go, nie­daw­no w pew­nym miej­scu in­ter­ne­tu przy­po­mnia­ne­go, prze­śmiew­cze­go tek­stu, któ­ry, wy­mie­rzo­ny zde­cy­do­wa­nie prze­ciw mnie, w grun­cie rze­czy ani ze mną, ani z mo­ją sie­cio­wą po­sta­wą nic wspól­ne­go nie ma (o czym mo­że świad­czyć i od­blo­ko­wa­ny sta­ry fejs­bu­ko­wy pro­fil, w od­róż­nie­niu od prze­ciw­ni­ka w pew­nej nie­daw­nej, choć zda­wa­ło­by się, że tak daw­nej, sie­cio­wej za­wie­ru­sze, ni­cze­go w nim nie cię­łam ani nie usu­wa­łam — tyle że au­to­rów wspo­mnia­ne­go tek­stu wśród zna­jo­mych wła­ści­ciel­ki owe­go pro­filu już nie ma — inna rzecz, że wo­bec to­wa­rzy­szą­cych przy­po­mnie­niu ko­men­ta­rzy, wia­ra w praw­dzi­wość za­pew­nień o obec­nym bra­ku kie­ro­wa­nych w mo­ją stro­nę drwin i po­gar­dy oka­zu­je się ko­lej­nym błę­dem — cóż, trust is we­ak­ness, za­wsze, bez żadnych wyjątków, a lu­dzie, któ­rzy zda­wa­li się być naj­uczciw­szy­mi, w pra­niu i na­wet po nim, wciąż pach­ną naj­obrzy­dliw­szą hi­po­kry­zją).

Wie­lo­krot­nie pró­bo­wa­łam na to py­ta­nie — i na owo zdzi­wio­ne unie­sie­nie brwi — od­po­wie­dzieć. Sama so­bie na­wet. Zwy­kle bez­sku­tecz­nie. Fakt fak­tem, że o rze­czach za­pi­sy­wa­nych w blo­gach, nie­jed­no­krot­nie, a le­piej chy­ba po­wie­dzieć, że zwy­kle, za­pi­sy­wa­nych w spo­sób prze­ry­so­wa­ny i prze­ko­lo­ry­zo­wa­ny, choć wśród barw do­mi­no­wa­ła zwy­kle czerń, tak otwar­cie nie roz­ma­wia­łam z ni­kim. Ni­gdy. Wy­cho­dząc z za­ło­że­nia, że zna­jo­mym swo­imi spra­wa­mi gło­wy za­wra­cać nie na­le­ży — i in­ne­go — że pi­sa­nie blo­ga jest jak roz­mo­wa z przy­pad­ko­wym współ­to­wa­rzy­szem dłu­giej a jed­no­ra­zo­wej po­dró­ży, któ­re­go po do­tar­ciu do jej celu nie spo­tka się ni­gdy wię­cej. Po­mi­ja­łam w su­mie oczy­wi­sty fakt, że pi­sa­nie blo­ga, je­śli jest jak roz­mo­wa z ob­cym, to jed­nak ob­cym w środ­ku ko­mu­ni­ka­cji miej­skiej, któ­rym wie­lo­krot­nie prze­mie­rza się tę sa­mą tra­sę, o sta­łych go­dzi­nach, wśród tych sa­mych pa­sa­że­rów, któ­rzy chcąc nie chcąc owej roz­mo­wy słu­cha­ją (o tym mo­że świad­czyć choć­by i obec­ność — i tu i w gu­ślar­ko­wych za­pi­skach — pew­ne­go sta­łe­go, nie­zmier­nie draż­nią­ce­go mnie i nic z tego co mam do po­wie­dze­nia ani z rze­czy wy­po­wia­da­nych po­mię­dzy wier­sza­mi nie poj­mu­ją­ce­go ko­men­ta­to­ra).

Do tej pory pró­bu­ję zna­leźć od­po­wiedź na owe py­ta­nia i za­dzi­wie­nie. I od­po­wiedź po­ja­wi­ła się na tacy. Udzie­lił mi jej nie­ja­ki Max Frisch, w pew­nej swo­jej po­wie­ści, któ­rą so­bie ostat­nio przy­po­mnia­łam (w abo­mi­na­cji do kul­tu­ry ma­so­wej za­czę­łam za­głę­biać się w po­waż­ną i sen­sow­ną li­te­ra­tu­rę — i choć cza­su mam nie­wie­le — co­dzien­ne, dość dłu­gie po­dró­że miej­ską ko­mu­ni­ka­cją, dwu­krot­nie w cią­gu dnia i wciąż na tej sa­mej tra­sie, co ład­nie ko­re­lu­je z wcze­śniej­szą me­ta­fo­rą, są oko­licz­no­ścią lek­tu­rze sprzy­ja­ją­cą). Swo­ją dro­gą Czy­tel­ni­ka, któ­ry ową po­wieść roz­po­zna bez uży­cia wy­szu­ki­wa­rek, po pro­stu dla­te­go, że ją zna i pa­mię­ta, za­pra­szam na piwo, uczy­nię dla nie­go wy­łom w swo­im wciąż na­ra­sta­ją­cym sa­mot­nic­twie.

Cóż za­tem na­pi­sał pan Frisch? Na­pi­sał otóż:

No tak: kto wła­ści­wie ma czy­tać to co w tych ze­szy­tach za­pi­su­ję! A jed­nak, tak przy­naj­mniej są­dzę, każ­dy, kto coś pi­sze, wy­obra­ża so­bie, że ktoś to prze­czy­ta, na­wet gdy­by tym kimś miał być tyl­ko sam pi­szą­cy. Poza tym za­da­ję so­bie jesz­cze i ta­kie py­ta­nie: czy moż­na pi­sać, nie gra­jąc ja­kiejś roli? Czło­wiek chce by­ć ob­cy so­bie sa­me­mu. Nie w roli, ale chy­ba w pod­świa­do­mej de­cy­zji, ja­kie­go ro­dza­ju ro­lę ­so­bie przy­pi­szę, tkwi moja rze­czy­wi­stość. Chwi­la­mi mam uczu­cie, że czło­wiek wy­cho­dzi z tego, co na­pi­sał, jak wąż ze swo­jej skó­ry. Otóż to: nie moż­na wy­ra­zić ­sie­bie pi­smem, moż­na je­dy­nie zrzu­cić skó­rę. Ale kogo ma ta mar­twa skó­ra in­te­re­so­wać! Raz po raz wy­ła­nia­ją­ce się py­ta­nie, czy czy­tel­nik kie­dy­kol­wiek po­tra­fi od­czy­tać coś poza so­bą sa­mym, jest zbęd­ne: pi­sa­nie to nie ko­mu­ni­ko­wa­nie się z czy­tel­ni­ka­mi ani z so­bą sa­mym, lecz ko­mu­ni­ko­wa­nie się z tym, co się nie da wy­po­wie­dzieć. Im wy­raź­niej czło­wiek po­tra­fił­by się wy­po­wie­dzieć, tym czyst­sze oka­za­ło­by się to co nie­wy­po­wie­dzia­ne, to zna­czy rze­czy­wi­stość, któ­ra pi­szą­ce­go drę­czy i po­ru­sza. Po­sia­da­my mo­wę, że­by być nie­mi. Ten, kto mil­czy, nie jest głu­pi. Ten, kto mil­czy, na­wet się nie do­my­śla, jaki nie jest. 
I w tym cy­ta­cie za­wie­ra się kwin­te­sen­cja sen­su i celu mo­ich roz­ma­itych za­pi­sków. Nie­uświa­da­mia­na wcze­śniej na­wet prze­ze mnie. Pi­sa­łam roz­ma­ite, nie­jed­no­krot­nie dzi­wacz­ne lub zda­ją­ce się na­gi­mi rze­czy nie po to, że­by rze­szy ob­cych po­wie­dzieć, kim i jaka je­stem. Pi­sa­łam je po to że­by po­wie­dzieć sama so­bie, ja­ką oso­bą nie je­stem. Że­by to sa­mej so­bie („na­wet gdy­by tym kimś miał być tyl­ko sam pi­szą­cy­”) uświadomić. Nie­ła­two bylo to zro­zu­mieć, trud­niej jesz­cze by­ło­by sa­mo­dziel­nie wy­ar­ty­ku­ło­wać. Frisch zro­bił to za mnie w spo­sób do­sko­na­ły, choć nie spo­dzie­wam się zro­zu­mie­nia jego my­śli przez tych lu­dzi, któ­rzy na pod­sta­wie pre­zen­to­wa­ne­go w sie­ci wi­ze­run­ku stwo­rzy­li so­bie mój „nie ule­ga­ją­cy wąt­pli­wo­ści i oczy­wi­sty” ob­raz.

A pro­pos ob­ra­zu — ten sam au­tor i w tej sa­mej po­wie­ści mó­wi:
...o­zna­ką bra­ku sza­cun­ku, a więc grze­chem, jest kształ­to­wa­nie so­bie go­to­we­go ob­ra­zu ko­goś naj­bliż­sze­go lub w ogó­le czło­wie­ka, twier­dze­nie: je­steś taki a taki i ba­sta!
Do­świad­czy­łam tego, owe­go kształ­to­wa­nia go­to­we­go ob­ra­zu i bra­ku ja­kich­kol­wiek prób przy­ję­cia do wia­do­mo­ści, że rze­czy­wi­stość w ja­kim­kol­wiek stop­niu od takiego „portretu” mo­że od­bie­gać, w cią­gu ostat­nie­go roku bar­dzo do­tkli­wie. I sta­ło się­ to dla mnie na­ucz­ką pro­wa­dzą­cą do wzmoc­nie­nia przekonania, że trust is we­ak­ness. Mimo to przy­cho­dzi mi do gło­wy pro­sta, je­śli nie pro­sta­cka w swo­im tru­izmie re­flek­sja: któż z nas jest od tego „grze­chu” (swo­ją dro­gą wdzięcz­na by­ła­bym za sy­no­nim tego sło­wa, nie­na­ce­cho­wa­ny re­li­gij­nie, sama go w tej chwi­li zna­leźć nie po­tra­fię) wol­ny? Na­wet ja, sta­ra­ją­ca się nie stwa­rzać so­bie ob­ra­zów zna­nych mi lu­dzi, przyj­mu­ją­ca ich z chwi­li na chwi­lę, z mo­men­tu na mo­ment i pró­bu­ją­ca nie umiesz­czać w za­pro­jek­to­wa­nych z gó­ry szu­flad­kach, nie opra­wiać w przy­go­to­wa­ne wcze­śniej ram­ki, nie je­stem w sta­nie, mimo naj­szczer­szej chę­ci, tego unik­nąć. Cóż do­pie­ro mó­wić o lu­dziach, któ­rzy ta­kie­go tru­du nie pró­bu­ją na­wet pod­jąć — czy ra­czej pod­świa­do­me­go tru­du ka­te­go­ry­zo­wa­nia unik­nąć. I tak po­wsta­ją i idą po­mię­dzy lu­dzi wi­ze­run­ki nie­wie­le z rze­czy­wi­sto­ścią ma­ją­ce wspól­ne­go. Co prze­sta­ło mnie już mar­twić, nie­po­ko­ić, a na­wet ba­wić. Czy­je­kol­wiek zda­nie na mój te­mat nie ma dla mnie naj­mniej­sze­go zna­cze­nia — chy­ba na­wet moje wła­sne zda­nie.

czwartek, 5 kwietnia 2012

o miłości

16 razy skomentowano

Kiedy minął mi młodzieńczy romantyzm, ze zdumieniem odkrywam, że nie związałabym się na dłużej niż parę nocy z człowiekiem, z którym łączyłaby mnie hormonalno-neuroprzekaźnikowa choroba zwana zakochaniem. A jedynie z kimś, z kim połączyłyby mnie wspólne cele, pasje, założenia i plany — no i nie odrzucałoby mnie od niego fizycznie. Małżeństwa czy związki zawierane z rozsądku, zaaranżowane przez samych delikwentów, nie odgórnie, mają większy sens, cel i trwałość  a w ich trakcie wytwarza się więź o wiele silniejsza niż ta powstała pod wpływem buzujących emocji... Wtedy miłość rodzi się po trochu, w życiu, sprawdza w praniu, a nie jest efemerycznym błyskiem uczuć, który mija i prowadzi do rozwodu i wzajemnego niesmaku.

Tę miłość emocjonalną, która trwa zwykle kilka lat tylko, można mieć obok i poza małżeństwem, można wpisać ją w łączącą dwoje ludzi umowę, jako element higieny każdej ze stron stadła, w żaden sposób na jego jakość i trwałość niewpływający...


piątek, 30 marca 2012

religijnie-areligijnie

5 razy skomentowano

Istnieją religie, które opierają się na wierze. Właściwie większość z nich się na niej opiera. Czyżbym w takim razie była osobą areligijną? Skoro nie wierzę w nic, czego nie doświadczę? Skoro w swoich rytuałach, jeśli nie ma takiej bezwzględnej potrzeby, unikam kontaktu z bogami, dążąc do chwiejnej równowagi opartej na wzajemnym niewchodzeniu sobie w drogę i odwołując się raczej do natury (bądź Natury) jako takiej, jako samego po prostu istnienia, pozbawionego jakiejkolwiek inteligencji, jakiejkolwiek osobowości, jakichkolwiek cech ludzkich? I to mimo że na mocy pewnego Układu, konkretnemu panteonowi przysięgałam wyłączność?

Szkoda tylko, że owego dążenia do wzajemnego niewchodzenia sobie w drogę nie chcą uszanować bogowie, mieszając się w moje życie i stawiając zadania, które zdają sie być niewykonalnymi... Czasem płacą z góry, czasem nie...


czwartek, 29 marca 2012

i znowu wspomnieniowo...

0 razy skomentowano

...i znów nikt nie zrozumie. I dobrze.


Ech, gdybym ja tak jeszcze umiała pić do lustra... sama ze sobą. Ale w tym, zupełnie zresztą jak w magii — działa wewnętrzny ogranicznik. Sama z sobą i dla siebie — nie.

Więc — żeby się dobić:




A bardziej jeszcze się dobiję jadąc tam. Chociaż na urlop. Może już w tym roku. Bo w sumie żadnych innych planów urlopowych nie mam. A czas, Kosowo woła głośniej i boleśniej niż kiedykolwiek. Czas — bo i niewiele go już, a trzeba zdążyć.



niedziela, 4 marca 2012

i znowu muzycznie

0 razy skomentowano

...a tak mnie rozklejawczo dopadło. Chyba nie zagląda tu nikt, kto wiedziałby, czemu. I dobrze.




sobota, 25 lutego 2012

urzekło mnie

0 razy skomentowano


...i znów - nie patrzeć na marny obrazek. Zamknąć oczy i słuchać.

piątek, 17 lutego 2012

powój

0 razy skomentowano

Zakwitł. W samą ostatnią pełnię mi zakwitł. Kiedy miałam parę Złych Guseł do zrobienia. Już drugi raz, poprzednio różowe, delikatne kwiaty pojawiły się na sypialnianej toaletce w sam Vetrablot. A trzymają się tylko przez jeden dzień. Cóż, taka wiedźma ze mnie, jak z koziej dupy trąba przecież. Jak widać.



Tak, to zwyczajny polny powój. Który nie miał prawa — bo niby skąd — znaleźć się w mojej doniczce z gruboszem, na IV piętrze śródmiejskiej kamienicy, w której okolicach powoju nie uświadczysz — najbliższy może rośnie w parku na Morskim Oku, ale nigdy go tam nie widziałam, więc pewnie nie rośnie. W doniczce, w której nie zmieniałam ziemi od nie wiadomo jak dawna, zatem sama tego nasionka też przywlec nie mogłam. Wziął się znikąd. Rozpoznałam go dopiero gdy zakwitł pierwszy raz, w samo święto przodków i cieni. Wtedy nie zdążyłam sfotografować, tym razem mi się udało.  Ma już nowe pączki, ciekawe jakie święto wybierze sobie na kolejne kwitnienie. Bo mam wrażenie, że nie zakwitnie byle kiedy, znów trafi we właściwy Czas. Może wtedy uda mi się choć jeden kwiat zapylić i dochować się nasion. Tymczasem doświetlam halogenem, dbam by nie było mu za mokro ani za sucho i od czasu do czasu — tuż przed rozwinięciem pąków — dokarmiam kilkoma kroplami własnej krwi.

Z (być może znaczących) ciekawostek:
Hedge Bindweed’s magic lays in the places in between — thresholds and doorways — openings to the otherworld. It is a good ally for hedgecrossers and spirit workers. Its persistent vines creating a connection or bridge to both worlds one is travelling between giving the safety of a return route.

Właściwy kwiat u właściwej osoby? I jeszcze we właściwych chwilach zakwitający? Cóż, życie. Zaprzeczanie temu, kim się jest nic w nim nie zmienia, a może tylko zaszkodzić.

środa, 8 lutego 2012

gdyby tak...

11 razy skomentowano

Gdyby tak przyjąć robocze, heretyckie założenie, że Ragnaroku nie będzie? Bo już był? Że wszystkie eddaiczne zapowiedzi już się kiedyś spełniły? Że nasi rodzice, to nie Askr i Embla, ale Lif i Lifthrasil? Że eschatologiczne wizje to nie zapowiedzi, a rodzaj wspomnień? Zakodowanej głęboko pamięci tego, co już się stało? Że bogowie, ci, którzy w Ostaniej Bitwie padli, powracają — bo i martwi bogowie dokądś idą i stamtąd wracają, jak Baldr wrócił z domeny Hel? Że mają nowe cele i Cele, nowe plany i Plany — i do ich realizacji potrzebują ludzi — jak potrzebowali zawsze i zawsze będą potrzebować? I handlują z ludźmi by ich pomoc otrzymać? A te plany nie są nam znane, są zupełnie inne niż te, które przodkowie sobie opowiadali, aż w końcu ktoś je spisał i opisał? Tych nie opowiedział i nie spisał nikt...



Gdyby przyjąć takie założenie — czyż nie trzeba by na nowo opisać kształtu świata? I zamiast opierać się na tym, co już kiedyś zostało opowiedziane, snuć zupełnie nową, nigdy nie zapisaną jeszcze opowieść?

Niezmienne — w swojej ustawicznej zmienności — pozostały tylko Orlog i Wyrd. W Orlog wszystko się wpisuje, a Wyrd drży od każdej naszej myśli, każdego wyboru i kroku, jak Sieć Życia drżała zawsze i jak zawsze będzie drżeć i pulsować od każdej myśli i wszystkich poczynań naszych potomków...

Może wśród heathen również potrzebni są heretycy, zupełnie inaczej postrzegający świat i jego historię...