czwartek, 15 grudnia 2011

co słychać

5 razy skomentowano

Pogoda całkowicie zwariowała. Zimy ani widu ani słychu. I zaczynam węszyć jedną z możliwych przyczyn tego stanu rzeczy. Jeśli węszę prawidłowo, zima przyjdzie najwcześniej pod koniec roku. Jeżeli nie w połowie stycznia dopiero... Udało nam się z Młodą cofnąć czas. Może nie do końca osiągając efekt, który planowałyśmy, jednak w Naturze efekty tego działania są wyraźnie widoczne... może staną się i w tym, do czego podejmując działanie dążyłyśmy.



Biegnąc do pracy na drugą zmianę, codziennie spotykam młodego kruka. Idąc na pierwszą nie spotykam nic żywego poza ludźmi, którzy jak ja na szóstą pędzą do roboty. Ptak jest ewidentnie krukiem — czarny, opierzony dziób nie pozostawia wątpliwości. Z gawronem nie do pomylenia. Przez chwilę, ze względu na drobną budowę podejrzewałam go o bycie czarnowronem, ale te, jeśli nawet występują w Polsce, zdecydowanie nie przebywają w miastach. To młody kruk, prawdopodobnie z tegorocznego lęgu. W ogóle się mnie nie boi, przygląda mi się co rano to jednym, to drugim okiem, w pewien sposób natarczywie — a może tylko ja odbieram jego spojrzenie jako natarczywe. Pozwala podejść bardzo blisko, raz frunął mi dosłownie spod stóp. Mam wrażenie, że patrzy nagląco. Oczekuje. Być może wykonania tego zadania, które tymczasem wydaje się być niewykonalne. Jeśli rzeczywiście tak jest, jeśli pewne przesłanie było prawdziwe i kruk ma mi o nim przypominać, co zdaje się robić, niech Ci, którzy to zadanie na mnie nałożyli, spowodują również taki splot okoliczności, bym mogła je wykonać. Inaczej byłoby to z ich strony zwyczajnie nie fair. Choć przecież wiadomo, że Pan Kruków nigdy nie gra fair, mimo wszystko nie podejrzewam go o to, by wymagał ode mnie czegoś, czego zrobić się zwyczajne nie da.



Od wakacji schudłam prawie 20 kilo. Nic w tym kierunku praktycznie nie robiąc. I chudnę nadal. I nadal nie sypiam. Przed pierwszą zmianą, kiedy muszę wstać o czwartej, udaje mi się zasnąć po drugiej dopiero. Ciekawe ile jeszcze tak pociągnę, kiedy zacznę popełniać jakieś nieobliczalne błędy.



Poza tym życie się toczy. Raz lepiej, raz gorzej, ale do przodu, zdecydowanie. Czasu brakuje mi na wszystko, ale ten stan bardzo mi odpowiada. Sploty pozytywnych okoliczności nie osłabły. Większość rzeczy dzieje się zdecydowanie po mojej myśli. Inne wymagają małej modyfikacji w Losie i po niej również układają się w sposób dla mnie bardzo korzystny. Jednak przy tym uświadomiłam sobie, że nie znoszę głupawego hurra-optymizmu, stwierdzeń typu „jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej”. Jest jak jest. Bez własnej ingerencji w Los będzie zwyczajnie, przeciętnie. O to, żeby było „dobrze”, a później było „jeszcze lepiej”, zdecydowanie trzeba się postarać. Więc nawet jeśli jest „dobrze”, „jeszcze lepiej” będzie jedynie wtedy, gdy o to zadbamy, nie pozostawiając bez kontroli żadnej okoliczności. Życie trzymane na krótkiej smyczy staje się bardzo potulne i posłuszne...



No i tymczasem byłoby na tyle. Żyję, układa mi się coraz lepiej, bo o to dbam i ustawicznie walczę. I będzie lepiej. Tylko lepiej. Na każdym kroku i w każdej dziedzinie. Będzie nie dlatego, że „ma” tak być, ale dlatego, że nie przepuszczę żadnej okazji, by to „lepiej” osiągnąć. Sama kształtuję swój los i dostanę wszystko, co chcę dostać. Z czasem. Do następnego napisania zatem.

wtorek, 6 grudnia 2011

Jak to jest?

0 razy skomentowano

W związku z dzisiejszymi Mikolajkami myśl mnie taka naszła. Oderwana. Jak to jest, że w Mikołaja przestajemy wierzyć stosunkowo wcześnie, uświadomieni przez starsze rodzeństwo lub odkrywając mikołajowe prezenty w rodzicielskim schowku, a w równie mityczne jak ów Mikołaj sprawy i historie niektórzy z nas nie przestają wierzyć nigdy? Nie przestajemy wierzyć w szczerą i bezinteresowną ludzką życzliwość, w miłość będącą czymś więcej od połączenia gry hormonów i partnerskiego układu dwojga ludzi, trwającego tylko tyle, ile trwa wzajemna wymiana korzyści. Dlaczego?

Czemu z jednymi bajkami łatwo nam się pożegnać, jeszcze w dzieciństwie, a innych trzymamy się kurczowo póki życia?

W to drugie wierzyć niestety nie przestałam. Dlatego miejsca na miłość ze swojego życia pozbyłam się raz a dobrze, na zawsze. Nie życzę sobie, żeby kiedykolwiek jeszcze życie mi komplikowała, bez niej mi zdecydowanie lepiej. Zresztą przecież nie istnieje, tak samo jak nie istnieje Mikołaj inny niż obleśny i spasiony kokakolowy krasnal. Trzeba tylko w końcu przyjąć to do wiadomości, ot i tyle.

Owszem, podobno zdarzają się cuda. Ale jak sama definicja cudu wskazuje, to zjawiska niezwykle rzadkie i głupotą jest wierzyć, że przytrafią się akurat nam.



A to coś, co dzisiaj na sieci wykopałam, z miejsca się w tym zakochawszy. Zakochałam się w tym zresztą nie tylko ja, moja ulubiona artystka, Rima Staines też to w sieci poleca.

Dia de los Muertos; Our Lady of Eternal Love Merges with Raven
do nabycia tutaj.

Podobieństwo uchwycone znakomicie, ot i cała Hrefna w swej hrefniej okazałości, lepiej jej jeszcze nie sportretowano.

niedziela, 4 grudnia 2011

Náströnd…

2 razy skomentowano

Lorenz Frølich (1895), Náströnd.

…pełen jest takich, którzy przez całe życie byli przekonani, że trafią do Walhalli.

Wolałabym nie widzieć tego, co dziś zobaczyłam. To dlatego nie chcę śnić. A udawanie, że nigdy nie znało się kogoś, wobec kogo postąpiło się niegodnie, Losu nie zmieni. Tę nić Sieci może inaczej związać jedynie ten, którego skrzywdzono. Ten, wobec którego postąpiono podle. Tylko pytanie czy zechce… i chyba dlatego jedno z zadań — to, które zdaje się dziś być niewykonalnym — jest właśnie takie. Dziwnie Norny plotą, bardzo dziwnie.

Sal sá hón standa
sólo fiarri,
Nástrǫndu á,
norðr horfa dyrr.
Fello eitrdropar
inn um lióra.
Sá er undinn salr
orma hryggiom.
Sá hón þar vaða
þunga strauma
menn meinsvara
ok morðvarga
ok þannz annars glepr
eyrarúno.
Þar saug Níðhǫggr
nái framgengna,
sleit vargr vera.
Vitoð ér enn, eða hvat?

Völuspá 38-39