wtorek, 29 listopada 2011

życie…

1 razy skomentowano

Ży­cie to pod­stęp­ny wróg. Prze­ciw­nik, któ­ry tyl­ko czy­ha na okazję, by nas znisz­czyć i złamać, na każ­dym kro­ku rzu­ca­jąc kło­dy pod nogi. I sko­ro nie da się go zli­kwi­do­wać nie ani­hi­lu­jąc przy tym sie­bie, trze­ba z nim wal­czyć. Nie­ustan­nie, bez chwi­li wytchnienia, upo­rczy­wie, za­ja­dle, jak i ono wal­czy z nami, ni­gdy w tej wal­ce nie usta­jąc. Trze­ba chwy­cić je moc­no za gar­dło, a gdy tyl­ko spró­bu­je wy­rwać się spod kon­tro­li, zacieśniać uścisk. Lub przy­naj­mniej znie­wo­lić je, za­ło­żyć na szy­ję kol­czat­kę i szar­pać łań­cuch przy każ­dym ru­chu wska­zu­ją­cym na pró­bę uciecz­ki.

Ży­cie nas nie­na­wi­dzi. Jest pod­łe i pod­stęp­ne. Dzikie i nieposkromione. Nie da się go oswoić. Nie da się z nim dogadać. Nie wol­no mu się dać podejść, nie można pozwolić się wy­ki­wać, trze­ba od­no­sić się do nie­go z nie­ mniej­szą agre­sją niż ta, któ­rą ono prze­ja­wia, a jest to agre­sja gi­gan­tycz­na i nieujarzmiona.

Pod­stęp za pod­stęp, nie­na­wiść za nie­na­wiść… i ni­gdy nie wol­no po­zwo­lić mu nad so­bą za­try­um­fo­wać. Trze­ba wciąż je kon­tro­lo­wać, trzy­mać pod bu­tem i trak­to­wać tak okrut­nie, jak ono jest okrut­ne, gdy tyl­ko za­sma­ku­je odro­bi­ny wol­no­ści. Nigdy mu tej wolności nie dać.

Rze­kłam.


niedziela, 27 listopada 2011

Stalkerka
(czyli nie gadaj z dupą, bo cię osra)

0 razy skomentowano

Aj… od cze­go by tu za­cząć? Mo­że od tego, że mia­ła być dziś zu­peł­nie inna not­ka, o ce­chach kon­sty­tu­ują­cych wiedź­mę, cza­row­ni­cę, se­idhr­ko­nę i in­sze tego fa­chu sy­no­ni­my i jej miej­scu w ży­ciu, a nade wszyst­ko wśród ludz­kich grup. Ale ta not­ka bę­dzie mu­sia­ła po­cze­kać na na­stęp­ną dłuż­szą wol­ną chwi­lę. A mo­że od tego (w ra­mach biu­le­ty­nu in­for­ma­cyj­ne­go dla zna­jo­mych, z któ­rych czę­ścią z po­wo­du swo­jej mi­zan­tro­pii mam kon­takt tyl­ko tę­dy) że się wresz­cie wy­spa­łam, prze­spaw­szy cię­giem — po trzech z ha­kiem mie­sią­cach spa­nia po 2–3 go­dzi­ny na do­bę mak­sy­mal­nie, z ma­ły­mi po­al­ko­ho­lo­wy­mi wy­jąt­ka­mi, zwy­kle drzemiąc w ko­mu­ni­ka­cji miej­skiej albo w domu mamy w cza­sie ja­kie­goś se­ria­lu — 17 go­dzin. I te­raz pew­nie zno­wu za­cznie się nie­spa­nie. Swo­ją dro­gą nie­spa­nie ma sens i cel, ale i o tym kie­dy in­dziej (mo­że) bę­dzie.

A mo­że po pro­stu za­cząć od po­cząt­ku? Ech, jak ma­wia Zna­jo­my — „nie ga­daj z du­pą, bo cię osra”. I trze­ba by­ło mieć tę zło­tą mak­sy­mę na uwa­dze, za­nim wda­łam się w zbęd­ną i idio­tycz­ną dys­ku­sję na pew­nym fo­rum, któ­re­mu zresz­tą wów­czas współ­go­spo­da­rzy­łam. Cóż, wte­dy jesz­cze nie wie­dzia­łam z kim mam do czy­nie­nia, za­tem w do­brej wie­rze pi­sa­łam co my­ślę, cho­ciaż re­ak­cja in­ter­lo­ku­tor­ki na moje wy­po­wie­dzi, bra­nie wszyst­kie­go per­so­nal­nie i gwał­tow­ne obu­rza­nie się o nie­mal każ­de sło­wo po­win­ny mi już wów­czas za­świe­cić czer­wo­ną ża­rów­ką albo za­dzwo­nić dzwon­kiem alar­mo­wym. Nie za­świe­ci­ły. Nie za­dzwo­ni­ły. Bo nie je­stem ty­pem prze­wraż­li­wień­ca, któ­ry wszę­dzie wo­kół wę­szy ata­ki, wi­dzi wro­ga za każ­dym krza­kiem i wszyst­kich wo­kół (po­za so­bą oczy­wi­ście) uwa­ża za wa­ria­tów. Ca­ła nic dla mnie wów­czas nie zna­czą­ca awan­tur­ka za­czę­ła jednak z czasem za­ta­czać co­raz szer­sze krę­gi, obec­nie ro­snąc do wy­mia­rów wręcz ku­rio­zal­nych a przy tym po­ma­łu ro­bią­cych wra­że­nie nie­bez­piecz­nych.

Obiek­tem nę­ka­nia w wy­ko­na­niu pani, o której tu mowa, nie je­stem tyl­ko ja. Wiem o przy­naj­mniej jed­nym jesz­cze obiek­cie, z tym że ów obiekt jest nę­ka­ny po­zy­tyw­nie i za­le­wa­ny mo­rzem nie­wcze­snej mi­ło­ści, choć na­sza bo­ha­ter­ka bez więk­sze­go wy­sił­ku mo­gła­by być jego bab­cią, a i orien­ta­cja sek­su­al­na obiek­tu nie­po­skro­mio­nych uczuć ra­czej nie sprzy­ja­ła­by kon­su­ma­cji (nie my­lić — co po­wszech­nie ro­bią na­wet dzien­ni­ka­rze — z kon­sump­cją) te­goż afektu. Ja dla od­mia­ny je­stem obiek­tem nę­ka­nia ne­ga­tyw­ne­go, w któ­re zresz­tą za­mie­sza­ny jest i bied­ny ofiar gnębiącej mi­ło­ści, do­sta­ją­cy róż­ny­mi dro­ga­mi, od pry­wat­nych wia­do­mo­ści na fo­rach roz­ma­itych do ese­me­sów (fakt że so­bie żad­nej ko­re­spon­den­cji ani ja­kie­go­kol­wiek kon­tak­tu z za­le­wa­ją­cą go uczu­cia­mi da­mą nie ży­czy nie ma tu oczy­wi­ście żad­ne­go zna­cze­nia, kto by się przej­mo­wał tym, cze­go ży­czy so­bie, a cze­go nie, obiekt cho­rej mi­ło­ści, nie­praw­da­ż?) in­for­ma­cje na te­mat każ­de­go mo­je­go do­strze­gal­ne­go pu­blicz­nie czknię­cia (to­też ostat­nio sta­ram się ta­kie czknię­cia pro­du­ko­wać ce­lo­wo, bez ja­kie­go­kol­wiek związ­ku z jakąkolwiek rzeczywistością, bo ca­ła sy­tu­acja do­star­cza mi zna­ko­mi­tej roz­ryw­ki, a prze­wi­dy­wa­nie ko­lej­nych ru­chów cho­rej ko­bie­ty, któ­rej w wy­ni­ku mo­jej wro­dzo­nej pod­ło­ści nie żal mi ani tro­chę, przy­po­mi­na nie­co wy­cze­ki­wa­nie na ko­lej­ny od­ci­nek ulu­bio­ne­go se­ria­lu) z od­po­wied­nim oczy­wi­ście ko­men­ta­rzem, w któ­rym to ko­men­ta­rzu ostat­nio za­war­te są co­raz mniej wy­bred­ne groź­by pod moim ad­re­sem. Wy­glą­da za­tem na to że nę­ka­nie mnie sta­ło się skład­ni­kiem nę­ka­nia in­nej oso­by. I vice ver­sa.

Tak czy siak, wszystko zaczęło się pró­bą grzecz­ne­go, spo­koj­ne­go, kompletnie nieosobistego  i w spo­sób moż­li­wie naj­ła­god­niej­szy, na jaki mnie stać (a ci co mnie zna­ją wie­dzą do­sko­na­le, że do ła­god­no­ści mi da­le­ko) wy­ja­śnie­nia, że oso­ba skła­nia­ją­ca się ku ezo­te­ry­ce, ma­gii, dłu­bią­ca w rze­czach nie­wy­ja­śnio­nych, a przy tym na­zy­wa­ją­ca się chrze­ści­jan­ką (i swoje chrześcijaństwo publicznie gdzie się da podkreślająca), nie dość że po­peł­nia grzech cięż­ki, przy oka­zji sie­bie oszu­ku­jąc wma­wia­niem so­bie, że go wca­le nie po­peł­nia, to jesz­cze jest hi­po­kry­tą­. Pa­ni (nota bene o zasadach wiary, pod którą się podpisuje mająca bardzo mizerne pojęcie) wzię­ła to do sie­bie (widać zadziałał tu mechanizm nożyc dźwięczących po uderzeniu w stół), personalnie, w swo­im ku­rzym móżdż­ku zakarbowała sobie, że je­stem jej oso­bi­stym wro­giem (co z praw­dą nie­wie­le ma wspól­ne­go, bo ma­ło kto jest mi tak do­sko­na­le obo­jęt­ny, na­wet moja agre­sja wo­bec głup­ców, hi­po­kry­tów i kre­ty­nów wszel­kiej ma­ści jej nie obej­mu­je — że­by ko­goś agre­syw­nie ata­ko­wać, trze­ba go naj­pierw do­strzec, a przy tym uznać, że wart jest ata­ku — w tym wy­pad­ku pierwszy o tyle o ile, natomiast drugi wa­ru­nek zdecydowanie nie zo­sta­je speł­nio­ny i sko­ro wda­wa­nie się w awan­tu­ry nie sta­no­wi­ło­by choć­by de­li­kat­nej gim­na­sty­ki dla in­te­lek­tu, szko­da nim po­ru­szać), a następnie w owym przekonaniu się zafiksowała, utrwalając je i umacniając.

Heca na­stęp­nie prze­no­si­ła się w inne miej­sca sie­ci, oczy­wi­ście z każ­dym po­now­nym wy­stą­pie­niem na­ra­sta­jąc. Nie była zresztą inicjowana przeze mnie — mój błąd, że dawałam się sprowokować, wdając się w pyskusje rozpoczynane zwykle tyle złośliwym, co durnowatym czepnięciem się jakiegoś mojego, ku zupełnie innej osobie kierowanego, słówka.  Każ­da nie­mal moja wy­po­wiedź, łącz­nie z tymi tu­taj, nadal jest nie dość że od­bie­ra­na jako per­so­nal­ny atak na pa­nią, o któ­rej na co dzień, je­śli nie wy­ko­na ja­kie­goś ko­lej­ne­go mo­no­dra­mu, w ogó­le nie my­ślę, bra­na ewi­dent­nie do sie­bie, to jesz­cze prze­in­ter­pre­to­wy­wa­na na naj­róż­niej­sze spo­so­by — i co ma­szy­ne­ria uszko­dzo­nej mó­zgow­ni­cy uwa­ża­ją­cej się za ofia­rę prze­śla­dow­czy­ni wy­rzu­ca, to bywa w od­po­wie­dzi rozsyłane do rozmaitych adresatów, niezależnie od ich zainteresowania czy raczej braku zainteresowania tematem. Lub prowokuje do kolejnych na moją skromną osóbkę napaści. Na­le­ży zresz­tą wspo­mnieć przy oka­zji, że umysł na­szej bo­ha­ter­ki nie na­le­ży do szcze­gól­nie lot­nych, za­tem wszel­kie pró­by ata­ku oka­zu­ją się zwy­kle tak ża­ło­sne, że aż w swo­jej ża­ło­sno­ści roz­bra­ja­ją­co za­baw­ne.

Chy­ba trze­ba by­ło­by — przy oka­zji ana­li­zy oma­wia­ne­go przy­pad­ku nad­mie­nić — że na­sza bo­ha­ter­ka jest w świat­ku ezo­te­rycz­nym po­wszech­nie zna­na. Jako de­li­kat­nie mó­wiąc oso­ba myślowo cokolwiek ocię­ża­ła. I jako taka zwy­kle jest wy­kpi­wa­na, smut­ne zresz­tą i symptomatyczne, że czę­ści tych kpin zu­peł­nie nie do­strze­ga lub wręcz bie­rze je za kom­ple­men­ty. W każ­dym ra­zie, gna­na tę­sk­no­tą, by w ezo­świat­ku zaistnieć, choć raz przez osiadłych w nim konhabitantów zo­stać po­trak­to­wa­ną po­waż­nie, na­by­ła so­bie jed­no z for ezo­te­rycz­nych. Na któ­rym, nie ma­jąc zresz­tą wów­czas po­ję­cia, do kogo na­le­ży, nie­daw­no re­je­stro­wa­łam się po­now­nie, pod no­wym nic­kiem, bo sko­ro pod daw­nym nic nie na­pi­sa­łam, za­glą­da­jąc w ten za­ką­tek sie­ci je­dy­nie w celu po­śmia­nia się, szkoda było administracji tyłek prośbą o zmianę loginu zawracać. Ta­kich zresztą bredni, ja­kie tam są wy­pi­sy­wa­ne (je­śli oczy­wi­ście wła­ści­ciel­ka fo­rum nie po­peł­nia ko­lej­nej kra­dzie­ży in­te­lek­tu­al­nej, za­miesz­cza­jąc w swo­ich po­stach cu­dze wy­po­wie­dzi, bez po­da­nia au­to­ra i źró­dła i bez wie­dzy i zgo­dy au­to­rów — bo w tych kra­dzio­nych tekstach treści in­for­ma­cyj­nych jak najbardziej moż­na się do­pa­trzeć) na­praw­dę trud­no szu­kać… a tam są jesz­cze po­da­ne na tacy, w so­lid­nym stę­że­niu… do­sko­na­ła rozrywka w ponure je­sien­ne wie­czo­ry. Po re­je­stra­cji wy­mie­ni­łam zresz­tą kil­ka pry­wat­nych wia­do­mo­ści z wła­ści­ciel­ką owe­go cyr­ku — i znów po­peł­ni­łam błąd. Gna­na prze­ko­na­niem o tym, że lu­dzie się zmie­nia­ją i Háva­málo­wą mą­dro­ścią, że „nie ma tego mą­dre­go, co by błę­du nie miał, ni ta­kie­go złe­go, by nic nie był wart” nie­mal uwie­rzy­łam, że mam do czy­nie­nia z czło­wie­kiem nor­mal­nym, z któ­rym moż­na — je­śli nie uło­żyć ja­koś sto­sun­ki — to przy­naj­mniej za­wrzeć pakt o nie­agre­sji. Nie­ste­ty, oka­za­ło się, że się my­li­łam, i to my­li­łam gru­bo… Dziś po­pro­szo­na o do­bro­wol­ne nie­za­glą­da­nie do źró­dła nie­usta­ją­cej roz­ryw­ki, cze­mu oczy­wi­ście od­mó­wi­łam, zo­sta­łam z te­goż za­baw­ne­go fo­rum wy­wa­lo­na z ba­nem na lo­gin. Co nie zmie­nia fak­tu, że już zna­la­złam inny spo­sób na za­glą­da­nie w to żałośnie zabawne miej­sce… jak­by by­ło gdzie i po co zer­kać. Cóż, są gu­sta i gu­ści­ki, mnie ple­cio­ne przez idio­tów dyr­dy­ma­ły zwy­kle ba­wią… pó­ki nie znu­dzą… A miej­sce to z ta­kich, w któ­rych rozpaczliwie żenujące „Gwiaz­dy mó­wią” jest uwa­ża­ne za cza­so­pi­smo zna­ko­mi­te i źródło miarodajnej informacji, więc sami ro­zu­mie­cie…

Tak czy siak, ana­li­za przy­pad­ku, po omó­wie­niu za­cho­wa­nia stal­ker­ki z za­przy­jaź­nio­nym psy­chia­trą (i po wła­snym zba­da­niu umy­słu rze­czo­nej pani me­to­da­mi sza­mań­sko­-wiedź­mi­mi, co z jed­nej stro­ny by­ło ła­twe, bo ni­czym się, bie­dac­two, nie chro­ni, a z dru­giej wy­jąt­ko­wo obrzy­dli­we — jak wpad­nię­cie do miej­skiej ka­na­li­za­cji mniej wię­cej, bo w sła­woj­ce stę­że­nie kupy zde­cy­do­wa­nie mniej­sze, a i za­pach mniej draż­nią­cy) wy­cho­dzi na to że owa bied­na ko­bie­ta ma ewi­dent­ne ob­ja­wy za­bu­rzeń ob­se­syj­no­-pa­ra­no­idal­nych. Bez do­kład­niej­szych ba­dań (a ja w tej klo­acz­nej łe­pe­ty­nie grze­bać wię­cej nie za­mie­rzam, zbyt tam śmier­dzi) trud­no okre­ślić, o ja­kiej etio­lo­gii, sta­wia­ła­bym na efekt kli­mak­te­rium… Sko­ro jest cho­ro­ba, są po­wo­dy do obaw — pa­ra­no­iko­wi w fa­zie ob­se­syj­nej wszyst­ko mo­że przyjść do gło­wy, a i od­zyw­ki typu „za­mknij jej mor­dę, bo miar­ka się prze­bra­ła” za­czy­na­ją po­ma­leń­ku przy­bie­rać kształt gróźb ka­ral­nych.

Do­wie­dzia­łam się też, oczywiście okrężną drogą, bo grozić i straszyć pani potrafi tylko za plecami, nie umiejąc nic powiedzieć w twarz (jakież to zresztą dla niektórych schorzeń symptomatyczne, typowe przy tym również dla hipokrytów), że je­stem prze­klę­ta za łzy, któ­re bo­ha­ter­ka ni­niej­szej not­ki prze­ze mnie prze­la­ła. A ktoś jej, prze­pra­szam, ka­zał owe łzy wy­le­wać? Brać każ­de moje bek­nię­cie i pierd­nię­cie do sie­bie? W ogóle o mnie myśleć? Bo nie ja… A i z tym prze­kleń­stwem spra­wa wca­le nie jest tak zu­peł­nie oczy­wi­sta i prze­są­dzo­na… bo je­że­li się wie, jak wy­ko­rzy­stać sa­mą moc emo­cji ku nam kie­ro­wa­nych, ich za­bar­wie­nie prze­sta­je mieć ja­ki­kol­wiek na to wpływ — wszyst­ko moż­na prze­fil­tro­wać, uży­wa­jąc tego następnie na wła­sną ko­rzyść i dla wła­sne­go wzmoc­nie­nia. Albo i prze­kie­ro­wać da­lej, nie mó­wiąc już o od­bi­ciu… I bez zna­cze­nia, czy bę­dzie to mi­łość i sym­pa­tia, czy żal i nie­na­wiść… wszyst­kie kar­mią rów­nie moc­no, a że te dru­gie osła­bia­ją przy oka­zji oso­bę je ży­wią­cą, to już inna kwe­stia… i kom­plet­nie nie mój pro­blem. Nikt jej chyba o tym nie powiedział, natychmiast przestałaby mnie nienawidzić, wiedząc, że jej nienawiść daje mi moc. Umna cza­row­ni­ca i z nie­na­wi­ści ku niej kie­ro­wa­nej ko­rzyść wy­cią­gnie, a bied­na, po­szko­do­wa­na na umy­śle ko­bie­ci­na chy­ba nie do koń­ca zda­je so­bie spra­wę z tego, z kim (i z czym przy oka­zji) za­dar­ła… Pó­ki co, jej co­raz bar­dziej de­spe­rac­kie i co­raz sil­niej zna­mio­nu­ją­ce za­ostrze­nie cho­ro­by umy­sło­wej dzia­ła­nia przyj­mu­ję z peł­nym po­li­to­wa­nia roz­ba­wie­niem… je­śli je na­si­li, trze­ba bę­dzie jednak w koń­cu za­dzia­łać… choć tymczasem szko­da na to ener­gii. Niech so­bie zresztą mnie nie­na­wi­dzi, skoro jej to sprawia przyjemność, po ma­łym prze­fil­tro­wa­niu tak moc­ną nie­na­wiść moż­na skie­ro­wać na re­ali­za­cję mo­ich wła­snych ce­lów, a je­den taki już mam na oku…

„Nie ga­daj z du­pą, bo cię osra” — pa­mię­taj­cie o tej mak­sy­mie, dro­dzy Czy­ta­cze. Bo ma­ło co w ży­ciu spraw­dza się, jak ona…


niedziela, 20 listopada 2011

wnioski postweekendowe

6 razy skomentowano

Wniosek numer jeden:
Nigdy nie rozpijaj pół litra na troje przez dziewięć godzin. To złe. Tylko szybkie dwa piwa ratują później sytuację.
Wiosek numer dwa:
Nigdy nie zadawaj po pijaku trudnych pytań pijanemu tarociście. Bo możesz dowiedzieć się rzeczy, których nie chcesz wiedzieć a wygląda na to, że są prawdą...
Wniosek numer trzy:
Ugryź się w język, zanim nazwiesz kogoś swoim dzieckiem. Bo może się okazać, że jest w tym więcej prawdy, niż ci się wydawało.

(Na końcu palców mam zakończenie tej notki krótką partykułą wzmacniającą - i... [cztery litery]. Ale w paluchy też się ugryzę.


środa, 16 listopada 2011

Dwie metody przekraczania miedzy
czyli wędrówka między światami - prywatny
punkt widzenia

3 razy skomentowano

Wę­drów­ki mię­dzy świa­ta­mi, obec­ne za­rów­no w sta­rych in­do­eu­ro­pej­skich tra­dy­cjach ma­gicz­nych, jak i w prak­ty­kach sza­mań­skich, sta­no­wią­ce tak­że część eu­ro­pej­skich re­li­gii po­gań­skich, są sta­re jak świat. Tru­izm. Nie na­le­ży ich my­lić z pa­th­wor­kin­giem, kie­ro­wa­ną me­dy­ta­cją, czy wi­zu­ali­za­cją, ani na­wet z ezo­po­pu­lar­nym oobe. To zdol­ność, któ­rą się ma lub nie, moim zda­niem nie moż­na się jej ot-tak, po pro­stu od ko­goś na­uczyć czy wy­tre­no­wać. Do­ty­czy to przede wszyst­kim dru­gie­go z opi­sa­nych ni­żej spo­so­bów. Zdol­ność do prze­kra­cza­nia mie­dzy — bo ta­kie­go ter­mi­nu po­zwo­lę so­bie użyć jako tłu­ma­cze­nia an­giel­skie­go sło­wa hed­ge­cros­sing mo­że być wro­dzo­na lub „w­ła­czyć się” w wy­ni­ku róż­nych ży­cio­wych do­świad­czeń, czę­sto trau­ma­tycz­nych albo z po­gra­ni­cza śmier­ci. I bywa po­twier­dzo­na w do­świad­cze­niu sza­mań­skiej ini­cja­cji, któ­re zwy­kle wią­że się z kom­plet­ną dez­in­te­gra­cją, do­świad­cze­niem śmier­ci i — cza­sem dłu­go­trwa­łym i mo­zol­nym — od­bu­do­wa­niem wła­sne­go „ja” na nowo. Nie­kie­dy bywa tak, że ktoś po­dró­żu­je nie­świa­dom tego, że za­glą­da lub wcho­dzi za Za­sło­nę Świa­tów. Co oczy­wi­ście nie jest dla nie­go bez­piecz­ne.

Prze­kra­cza­nie mie­dzy jest moż­li­we na­wet wów­czas, gdy żad­na z czę­ści du­szy nie od­ry­wa się od na­szej ca­ło­ści. Jest to zresz­tą naj­czę­ściej sto­so­wa­na me­to­da kon­tak­tu z Za­świa­ta­mi, zde­cy­do­wa­nie bez­piecz­niej­sza niż wy­sy­ła­nie za mie­dzę jednej z czę­ści siebie. Ten spo­sób zresz­tą do pew­ne­go stop­nia mo­że być wy­ćwi­czo­ny i moż­na go prak­ty­ko­wać pod kon­tro­lą czy opie­ką in­nych, bar­dziej od nas do­świad­czo­nych. Wy­ma­ga to umie­jęt­no­ści wcho­dze­nia w trans, a spo­so­bów na jego osią­gnię­cie jest wie­le. Trans otwie­ra na­sze cie­le­sne zmy­sły na rze­czy­wi­stość spo­za Za­sło­ny, po­zwa­la na jed­no­cze­sne prze­by­wa­nie w dwóch miej­scach — jed­ną no­gą tu, dru­gą w Za­świa­tach. Me­to­da trans­owa bywa przy­dat­na do ko­mu­ni­ka­cji z bo­ga­mi, z przod­ka­mi, z na­szy­mi opie­ku­na­mi, go­spo­da­rza­mi­-du­cha­mi miejsc czy róż­ny­mi isto­ta­mi róż­nie na­zy­wa­ny­mi w róż­nych tra­dy­cjach re­li­gij­nych bądź kul­tu­rach, a jed­nak ma­ją­cy­mi z so­bą wie­le wspól­ne­go i praw­do­po­dob­nie z so­bą toż­sa­my­mi. Moż­na ją tak­że wy­ko­rzy­stać — i zwy­kle jest wy­ko­rzy­sty­wa­na w pra­cy dy­wi­na­cyj­nej, wi­zjo­ner­skiej albo ma­gicz­nej. Nie jest to jed­nak po­dróż bar­dzo da­le­ka — wła­ści­wie nie wcho­dzi­my wte­dy za Za­sło­nę, a je­dy­nie uno­si­my jej rąb­ka i za­glą­da­my za nią, co bywa przy­dat­ne do roz­ma­itych dal­szych — nazwijmy to — czynności, sta­no­wiąc wpro­wa­dze­nie i przy­go­to­wa­nie do kon­kret­ne­go, skie­ro­wa­ne­go na osią­gnię­cie da­ne­go celu dzia­ła­nia.

Po­dró­żo­wa­niu bez roz­dzie­la­nia czę­ści du­szy sprzy­ja­ją miej­sca gra­nicz­ne. Mo­że to być gra­ni­ca pola i lasu, brzeg rze­ki, strumienia czy mo­rza, roz­staj­ne dro­gi. Na­wet drzwi wła­sne­go domu albo wręcz po­ło­wicz­ne wy­łą­cze­nie świa­do­mo­ści, przez np. za­mknię­cie jed­ne­go oka czy jed­no­stron­ne wy­ci­sze­nie od­bio­ru zmy­sło­we­go. Pa­ra­dok­sal­nie, rów­nież, a wręcz zwłasz­cza, peł­na syn­chro­ni­za­cja wszyst­kich zmy­słów temu sta­no­wi sprzy­ja. Naj­pow­szech­niej­szą i bar­dzo sku­tecz­ną me­to­dą na roz­po­czę­cie po­dró­ży jest wów­czas wsłu­cha­nie się w ota­cza­ją­cy świat, zjed­no­cze­nie z nim, otwar­cie na wszyst­ko, co dzie­je się wo­kół w na­tu­rze, z jed­no­cze­snym wy­ci­sze­niem wła­snych my­śli i wła­sne­go ja. Otwar­cie na spo­tka­nie z każ­dą ota­cza­ją­cą nas obec­no­ścią po­przez zjed­no­cze­nie z da­nym miej­scem — a przez nie z ca­łym świa­tem. Wy­ma­ga to umie­jęt­no­ści „ro­zmy­cia” się w otoczeniu, w świecie — a do tego pro­wa­dzi wie­le me­tod — cel­tyc­ka me­to­da z uży­ciem sys­te­mu Du­ile czy ger­mań­ska uti­se­ta, ma­ją­ce z so­bą wie­le wspól­ne­go, to bar­dzo sku­tecz­ne sposoby osią­ga­nia tego sta­nu. Je­śli ko­muś wy­ci­sze­nie się spra­wia trud­ność, mo­że sto­so­wać me­to­dy czy­sto fi­zycz­ne, czę­sto po­le­ca­ne po­cząt­ku­ją­cym po­dróż­ni­kom, do któ­rych na­le­żą ryt­micz­ne bęb­nie­nie, du­ży wy­si­łek fi­zycz­ny, aż po kra­niec wy­dol­no­ści wła­sne­go or­ga­ni­zmu (ek­sta­tycz­ny ta­niec lub bieg w miej­scu) czy hi­per­wen­ty­la­cja.

Bywa tak­że, że ów stan roz­my­cia, zjed­no­cze­nia, czy jak­kol­wiek ina­czej to na­zwać, in­du­ku­je się sam, co czę­sto zda­rza się dzie­ciom. Me­to­dy „far­ma­ko­lo­gicz­ne”, uży­cie „w­spo­ma­ga­czy” tu­taj po­miń­my.

Wią­że się to oczy­wi­ście z pew­ny­mi za­gro­że­nia­mi — zer­ka­jąc za Za­sło­nę ła­two zwró­cić na sie­bie uwa­gę miesz­kań­ców Za­świa­tów, wśród któ­rych zde­cy­do­wa­nie wię­cej jest istot ego­istycz­nych, mo­gą­cych pró­bo­wać wy­ko­rzy­stać po­dróż­ni­ka jako trans­por­ter do na­sze­go świa­ta lub do naj­roz­ma­it­szych wła­snych ce­lów, czy wręcz pró­bo­wać go na sta­łe „za­sie­dlić”, „za­miesz­kać”.

O wie­le trud­niej­szą i bar­dziej nie­bez­piecz­ną me­to­dą po­dró­ży, zde­cy­do­wa­nie głęb­szej i dal­szej jest „wy­cho­dze­nie z sie­bie” czyli wy­sy­ła­nie poza mie­dzę jed­nej z czę­ści skła­da­ją­cych się na na­szą ca­łość. Naj­czę­ściej/zwykle prze­bie­ga ono na za­sa­dzie pew­ne­go ro­dza­ju czę­ścio­we­j/du­cho­wej zmien­no­kształt­no­ści. Po­dró­żu­je zwy­kle ta część du­szy czy skład­nik ca­ło­ści, ja­ką sta­no­wi­my, któ­ry w an­giel­skich i cel­tyc­kich z po­cho­dze­nia tra­dy­cjach jest na­zy­wa­ny fetch, a w tej, z któ­rą ja sama je­stem zwią­za­na naj­bliż­szym jej i naj­le­piej ją opi­su­ją­cym okre­śle­niem jest chy­ba fyl­gja. Zwy­kle owa część nas, wy­bie­ra­jąc się za mie­dzę, przy­bie­ra po­stać zwie­rzę­cia, kon­kret­ne­go, tego sa­me­go we wszyst­kich po­dró­żach, choć nie za­wsze w ten spo­sób to od­bie­ra­my. Sami nie mo­że­my jej do­strzec, na­to­miast moż­na w pew­nym sen­sie do­świad­czać rze­czy­wi­sto­ści spo­za Za­sło­ny Świa­tów jej „zmy­sła­mi” jest to zresz­tą ta sama część nas, któ­ra ko­mu­ni­ku­je się z tym bó­stwem, isto­tą, czy opie­ku­nem, któ­re jest nam naj­bliż­sze, któ­re­mu je­ste­śmy w szcze­gól­ny spo­sób od­da­ni czy od­czu­wa­my z nim naj­moc­niej­szą więź. Bądź z któ­rą to ono się ko­mu­ni­ku­je. I cza­sem — wła­śnie w wy­ni­ku po­sia­da­nia wro­dzo­nej zdol­no­ści albo prze­ży­cia trau­ma­tycz­nych do­świad­czeń, mo­że ona wy­brać się w po­dróż bez na­szej kon­tro­li, zresz­tą zwy­kle na­szej kon­tro­li nie do koń­ca pod­le­ga. Bywa cza­sem, że odłą­cza się od nas w wy­ni­ku bar­dzo sil­nych, zazwyczaj bo­le­snych do­świad­czeń emo­cjo­nal­nych, jak utra­ta ko­goś bar­dzo bli­skie­go, komu pod­świa­do­mie nie po­zwa­la­my odejść i „wy­sy­ła­my” ją za nim. Nie­umie­jęt­ność pa­no­wa­nia nad włą­cza­ją­cy­mi się au­to­ma­tycz­nie sta­na­mi „po­dróż­ni­czy­mi” tego ro­dza­ju, nie­zdol­ność do utrzy­ma­nia swo­ich skład­ni­ków w in­te­gra­cji jest bar­dzo nie­bez­piecz­na; mo­że do­pro­wa­dzić do tego, że ta część nas po­zo­sta­nie od nas oderwana, na ja­kiś czas lub na sta­łe, co mo­że za­owo­co­wać tym, że bę­dzie­my nie­peł­ni, utra­tą ży­cio­we­go szczę­ścia i po­wo­dze­nia — cza­so­wą lub nie­od­wra­cal­ną, a jej od­zy­ska­nie i po­now­ne sca­le­nie z resz­tą ca­ło­ści bę­dzie wy­ma­ga­ło dłu­gich i trud­nych sta­rań, któ­re mo­gą oka­zać się bez­sku­tecz­ne lub za­koń­czyć się po pro­stu śmier­cią lub sza­leń­stwem w wy­ni­ku kom­plet­ne­go roz­bi­cia.

Tej me­to­dzie po­dró­ży sprzy­ja stan „ma­łej śmier­ci” — mię­dzy snem a ja­wą. Na­le­ży jed­nak zde­cy­do­wa­nie od­róż­nić ją od snu jako ta­kie­go; czę­sto wy­znacz­ni­kiem jej rze­czy­wi­sto­ści­/praw­dzi­wo­ści jest bar­dzo gwał­tow­ne za­pa­da­nie w fa­zę REM, tuż po za­mknię­ciu oczu lub śnie­nie od chwi­li za­śnię­cia do prze­bu­dze­nia po­wta­rza­ją­cych się snów, zwy­kle nie ma­ją­cych nic wspól­ne­go z co­dzien­no­ścią i zna­ną nam rze­czy­wi­sto­ścią, bądź roz­wi­ja­ją­cych się i roz­bu­do­wa­nych sen­nych hi­sto­rii, w któ­rych obec­ni i ak­tyw­ni są bo­go­wie, przod­ko­wie, opie­ku­no­wie, du­chy; w któ­rych sta­je­my się uczest­ni­kiem mi­tycz­nych albo escha­to­lo­gicz­nych zda­rzeń… choć nie za­wsze w taki spo­sób to po po­wro­cie roz­po­zna­je­my. Czę­sto zro­zu­mie­nie tego, cze­go do­świad­czy­li­śmy w po­dró­ży przy­cho­dzi z cza­sem, czę­sto rów­nież wy­ma­ga rady ko­goś, kto wie o Za­świa­tach wię­cej od nas. Nie moż­na jed­nak za­po­mi­nać o tym, że na­sza pod­świa­do­mość ma bar­dzo bo­ga­tą wy­obraź­nię i do­pie­ro po wie­lu po­wtór­kach nie­zro­zu­mia­łych a po­wra­ca­ją­cych sen­nych wy­da­rzeń lub po prze­ży­ciu roz­wi­ja­ją­cej się ze snu na sen roz­bu­do­wa­nej hi­sto­rii moż­na uznać po­dróż za rze­czy­wi­stą. Nie wszyst­ko, co brą­zo­we i le­ży pod krza­kiem to bu­tel­ka po pi­wie… a sny z tak zwa­nych Tych by­wa­ją przez pod­świa­do­mość „po­dra­bia­ne” Wią­że się z to zresz­tą z pew­ny­mi me­cha­ni­zma­mi zwią­za­ny­mi z pod­świa­do­mym „ch­ciej­stwem” ale o tym mo­że kie­dyś, kie­dy in­dziej.

W po­dróż dru­gą me­to­dą, o ile nie na­stę­pu­je ona sa­mo­ist­nie, nie na­le­ży wy­bie­rać się bez wy­raź­nej i bar­dzo po­waż­nej po­trze­by. I do­ty­czy to rów­nież osób uwa­ża­ją­cych się za do­świad­czo­nych prak­ty­ków. To nie za­ba­wa. Wią­że się bo­wiem ze wspo­mnia­nym wy­żej ry­zy­kiem dez­in­te­gra­cji, któ­ra mo­że być nie­od­wra­cal­na. A je­śli ta­kie „wy­ciecz­ki” na­stę­pu­ją sa­mo­ist­nie, bez udzia­łu na­szej woli, bez­względ­ną ko­niecz­no­ścią jest na­ucze­nie się ich blo­ko­wa­nia, na­wet po­przez uni­ka­nie snu tak dłu­go, jak to ko­niecz­ne, by zmę­czo­na „ca­łość” nie by­ła w sta­nie po za­pad­nię­ciu w sen się roz­dzie­lić…

Tyle pry­wat­ne­go, po­par­te­go dość trud­ny­mi prze­ży­cia­mi z nie­daw­ne­go cza­su, zwią­za­ny­mi z „me­to­dą nu­mer dwa”, po­łą­czo­ny­mi z ce­lo­wą bez­sen­no­ścią, któ­rej i ni­niej­szy tekst jest owo­cem, spoj­rze­nia na tę spra­wę — być mo­że ktoś uzna je za przy­dat­ne dla sie­bie…


wtorek, 15 listopada 2011

Sigrid Wyniosła - polski ślad w sagach?

1 razy skomentowano

Sigrid Wy­nio­sła, zna­na tak­że jako Si­gríð Stor­råda, wy­stę­pu­je w sa­gach jako kró­lew­ska mał­żon­ka — jej pierw­szym mę­żem był Eryk Zwy­cię­ski, wład­ca Szwe­cji, dru­gim duń­ski król Sweyn Wi­dło­bro­dy. Mimo że sagi przy­pi­su­ją jej skandynawską ge­ne­alo­gię, ist­nie­je du­że praw­do­po­do­bień­stwo, że w rze­czy­wi­sto­ści by­ła z po­cho­dze­nia Po­lan­ką. Au­ten­tycz­ność jej po­sta­ci, po­dob­nie jak rze­czy­wi­sty ro­do­wód, są dziś obiek­tem ba­dań i dys­ku­sji.

Si­grid wy­stę­pu­je w licz­nych sa­gach, któ­re zo­sta­ły spi­sa­ne w kilka po­ko­leń po opi­sy­wa­nych w nich wy­da­rze­niach, nie ma jed­nak żad­nych do­wo­dów na to że rze­czy­wi­ście by­ła ta­ką oso­bą, ja­kiej ob­raz wy­ła­nia się ze źró­deł. Ba, nie ma pew­no­ści, że w ogó­le ist­nia­ła — być mo­że wy­zie­ra­ją­ca spo­mię­dzy wier­szy sag ko­bie­ta jest kon­glo­me­ra­tem, zło­że­niem hi­sto­rii i czy­nów kil­ku roz­ma­itych osób. A mo­że po­sta­cią cał­ko­wi­cie fik­cyj­ną…

Si­grid w He­im­skrin­gla

He­im­skrin­gla opi­su­je na­szą bo­ha­ter­kę jako pięk­ną lecz mści­wą cór­kę Sko­gul­la­-To­stie­go, wpły­wo­we­go szwedz­kie­go szlach­ci­ca. Jako wdo­wa po Ery­ku Zwy­cię­skim odzie­dzi­czy­ła licz­ne po­sia­dło­ści i ży­ła sa­mot­nie z sy­nem, Ola­fem Szwe­dem, gdy jej przy­bra­ny brat, Ha­rald Gren­ske, król Ve­st­fold za­czął sta­rać się o jej rę­kę. Za­rów­no on, jak i inny kró­lew­ski kon­ku­rent — Vis­sa­vald z Gar­da­rik, zo­sta­li na jej roz­kaz spa­le­ni w wiel­kiej hal­li, do któ­rej dum­na i mi­zo­an­drycz­na pani za­pro­si­ła ich na ucztę. Mia­ła to być prze­stro­ga, znie­chę­ca­ją­ca in­nych za­lot­ni­ków do sta­rań o Si­grid i jej rę­kę.

Olaf Tryggveson proponuje Sigrid małżeństwo, pod warunkiem, że porzuci ona wiarę przodków
i przyjmie chrześcijaństwo. Gdy oburzaona odmawia, pełen uszanowania dla damy zalotnik
uderza ją rękawicą. Dumna królowa ostrzega, że może się to skończyć jego śmiercią.
(według opisu Snorriego Sturlusona, ilustracja pochodzi z Wikimedia Commons).

Saxo Gram­ma­ti­cus po­wta­rza tę hi­sto­rię, do­da­jąc, że wdo­wa po Ery­ku Zwy­cię­skim, w jego kro­ni­ce na­zy­wa­na Sy­ri­thą, po od­rzu­ce­niu za­lo­tów Ola­fa Tryg­gve­so­na po­ślu­bi­ła w koń­cu Swey­na Wi­dło­bro­de­go.

Kro­ni­ki

W śre­dnio­wiecz­nych kro­ni­kach ist­nie­ją oczy­wi­ście za­pi­sy do­ty­czą­ce mał­żeństw Swey­na Wi­dło­bro­de­go i Ery­ka Zwy­cię­skie­go. Na ich pod­sta­wie moż­na pod­jąć pró­bę re­kon­struk­cji po­cho­dze­nia i toż­sa­mo­ści po­sta­ci ich mał­żon­ki lub mał­żo­nek.

Thiet­mar z Mer­se­bur­ga wspo­mi­na, że Sweyn Wi­dło­bro­dy po­ślu­bił cór­kę Miesz­ka I, a sio­strę Bo­le­sła­wa Chrobrego i miał z nią dwóch sy­nów — Ka­nu­ta Wiel­kie­go i Ha­rol­da II Duń­skie­go. Nie wy­mie­nia jed­nak jej imie­nia. Nie da się ukryć, że Thiet­mar, któ­ry opi­sy­wał cza­sy so­bie współ­cze­sne, jest praw­do­po­dob­nie naj­le­piej w tej kwe­stii po­in­for­mo­wa­nym dzie­jo­pi­sem. Za­ło­że­nie, że mat­ką Ha­ral­da i Ka­nu­ta by­ła pol­ska księż­nicz­ka wy­ja­śnia­ło­by nie do koń­ća zro­zu­mia­łe za­pi­sy kro­ni­kar­skie, jak choć­by wspo­mnie­nie o udzia­le pol­skich od­dzia­łów w in­wa­zji na An­glię.

Adam z Bre­my wspo­mi­na, że pol­ska księż­nicz­ka by­ła żo­ną Ery­ka Zwy­cię­skie­go, któ­re­mu uro­dzi­ła Olo­fa Sköt­ko­nun­ga, za­nim w dru­gim mał­żeń­stwie ze Swey­nem Wi­dło­bro­dym uro­dzi­ła Ka­nu­ta i Ha­rol­da. W kon­se­kwen­cji bi­skup Adam na­zy­wa Olo­fa i Ka­nu­ta brać­mi. Jego re­la­cja jest jed­nak dla wie­lu hi­sto­ry­ków nie­mia­ro­daj­na, gdyż jest je­dy­nym za­pi­sem su­ge­ru­ją­cym tego ro­dza­ju re­la­cję mię­dzy oby­dwu kró­la­mi.

W ano­ni­mo­wej kro­ni­ce „Ge­sta Cnu­to­nis re­gis” („Czy­ny kró­la Ka­nu­ta­”) ist­nie­je nie­wiel­ka wzmian­ka o tym, że Ka­nut wraz z bra­tem uda­li się na zie­mie Sło­wian i przy­wieź­li stam­tąd swo­ją mat­kę. Nie musi to oczy­wi­ście do­wo­dzić tego, że owa mat­ka by­ła Sło­wian­ką, kro­ni­ka jed­nak wy­raź­nie to su­ge­ru­je.

W „Li­ber vi­tae of the New Min­ster and Hyde Ab­bey Win­che­ster” znaj­du­je­my za­pis mó­wią­cy, że sio­stra kró­la Ka­nu­ta no­si­ła imię „Sant­slaue” (Sant­slaue so­ror CNVTI re­gis no­stri­) któ­re zde­cy­do­wa­nie przy­po­mi­na nie­udol­ny, ob­co­ję­zycz­ny za­pis sło­wiań­skie­go imie­nia Sta­ni­sła­wa lub Świę­to­sła­wa, ze wskazaniem na to drugie. J. Ste­en­sup su­ge­ru­je na­wet, że owa sio­stra mo­gła no­sić to imię po mat­ce.

Dzi­siej­sze re­kon­struk­cje

Na pod­sta­wie po­wyż­szych za­pi­sów mó­wi się dziś o sło­wiań­skiej księż­nicz­ce, cór­ce Miesz­ka I, któ­ra po­ślu­bi­ła dwóch skan­dy­naw­skich kró­lów i by­ła mat­ką ich na­stęp­ców. Imię, ja­kim na­zy­wa ją He­im­skrin­gla mo­gło być prze­kształ­co­nym do brzmie­nia swoj­skie­go dla au­to­rów sag imie­niem sło­wiań­skim, mo­gło być imie­niem przy­ję­tym przez nią dla pod­kre­śle­nia no­we­go kon­tek­stu na­ro­do­wo­-lin­gwi­stycz­ne­go, lub w koń­cu po pro­stu imie­niem wy­my­ślo­nym przez au­to­rów — bo­ha­ter­ka musi prze­cież ja­koś się na­zy­wać… To ostatnie przy­pusz­cze­nie mo­gło­by po­łą­czyć jej po­stać z pierw­szą wy­mie­nia­ną w sa­dze żo­ną Swe­ina Wi­dło­bro­de­go, Gun­hild, opi­sy­wa­ną jako cór­ka nie­ja­kie­go Bu­ri­sla­va — co mo­gło­by z kolei być nie­co znie­kształ­co­nym od­nie­sie­niem do mał­żeń­stwa sio­stry pierw­sze­go pol­skie­go kró­la… Ist­ne­je też inne, nie­mniej roz­sąd­ne wy­ja­śnie­nie — Gun­hild by­łą cór­ką Miesz­ka a sio­strą Bo­le­sła­wa, a wdo­wa po Ery­ku Zwy­cię­skim, inna księż­nicz­ka o nie­ja­snym ro­do­wo­dzie, bę­dą­ca wzo­rem li­te­rac­kiej Si­grid, po­ślu­bi­ła Swe­ina po jej śmier­ci. Nie­któ­rzy hi­sto­ry­cy za­kłada­ją, że Si­grid jest po pro­stu wy­two­rem in­wen­cji twór­czej au­to­rów sag…

Dal­sze nie­ja­sno­ści spo­wo­do­wa­ło pew­ne od­kry­cie ar­che­olo­gicz­ne. W 1835 r. w ju­tlandz­kim tor­fo­wi­sku zna­le­zio­no ko­bie­ce cia­ło, na­zwa­ne póź­niej Ko­bie­tą z Ha­rald­skær. Uzna­no, że owa ko­bie­ta ży­ła w X-XI wie­ku i przy­pi­sa­no jej toż­sa­mość Si­grid (lub Gun­hild) Póź­niej­sze da­to­wa­nie ra­dio­wę­glo­we pod­wa­ży­ło to za­ło­że­nie, jed­nak wo­kół sa­me­go od­kry­cia to­czy się do dziś spo­ro dys­ku­sji na tyle cie­ka­wych, że bę­dzie ono te­ma­tem jed­ne­go z ko­lej­nych ar­ty­ku­łów.

Si­grid we współczesnej li­te­ra­tu­rze i tra­dy­cji

Dum­na kró­lo­wa jest ty­tu­ło­wą bo­ha­ter­ką wier­sza Hen­ry­’e­go Wad­swor­tha Long­fel­lo­wa („Qu­een Si­grid the Hau­gh­ty­”) i głów­ną po­sta­cią opo­wia­da­nia Ka­ren Bli­xen za­ty­tu­ło­wa­ne­go „The De­lu­ge at Nor­der­ney” za­war­te­go w to­mie „Se­ven Go­thic Ta­les” W obu miej­scach mó­wi się o niej, jako o dum­nej pani, któ­ra zgła­dzi­ła swo­ich za­lot­ni­ków, by znie­chę­cić do starań o nią ich ewentualnych na­stęp­ców.

Kro­czą­cy Pół­noc­ną Ścież­ką od­wo­łu­ją się z ko­lei do jej (w­zmian­ko­wa­ne­go mię­dzy in­ny­mi przez Saxo w „Ge­sta Da­no­ru­m”) pla­no­wa­ne­go mał­żeń­stwa z nor­we­skim kró­lem Ola­fem Tryg­gve­so­nem, któ­re nie do­szło do skut­ku, gdyż zna­ny ze swe­go okrut­ne­go ską­d­inąd fa­na­ty­zmu wład­ca, ocze­ki­wał od swo­jej mał­żon­ki po­rzu­ce­nia wia­ry przod­ków i przy­ję­cia chrze­ści­jań­stwa, cze­go na­rze­czo­na z obu­rze­niem od­mó­wi­ła i ślub oczy­wi­ście zo­stał od­wo­ła­ny. I do­pie­ro po po­czę­sto­wa­niu Ola­fa czar­ną po­lew­ką, Si­grid mia­ła po­ślu­bić Wi­dło­bro­de­go. Wspo­mi­na się o niej 9 li­sto­pa­da, tuż przed Dniem Po­le­głych Bo­ha­te­rów — i czę­sto blo­tu­je na jej cześć.

Być mo­że wzno­sząc róg dla uho­no­ro­wa­nia pa­mię­ci dum­nej pani, po­win­ni­śmy wspo­mnieć i o tym, że naj­praw­do­po­dob­niej by­ła to swoj­ska Sta­sia lub Świę­toch­na… choć, jak wia­do­mo, co do pol­skie­go, bądź wręcz sło­wiań­skie­go na­wet, ro­do­wo­du pierw­szych pol­skich wład­ców hi­sto­ry­cy szcze­gól­nie zgod­ni nie są…


niedziela, 13 listopada 2011

poranne narzekania zgnębionej
(pseudo)projektantki

3 razy skomentowano

Ciężkie jest życie istoty, która chce/próbuje sobie freelancersko dorobić projektowaniem wyglądu stron internetowych. Zwłaszcza opartych na CMS-ach, niepisanych od a do z łapką własną. Budowę szablonu bloggera i wordpressa rozgryzłam w miarę bezboleśnie, rozgryzienie konstrukcji szablonu joomli zajęło mi już 3 noce. Teraz wgryzam się w drupala. Zarówno od strony developerskiej, jak i czysto webmasterskiej — mam wrażenie że ten cms jest najbardziej sensowny ze wszystkich, których dotknęłam, aczkolwiek nieco (eufemizm?) skomplikowany w backendowej obsłudze. Koleny projekt chyba na nim postawię, a może i obecny na niego przeprowadzę.

W sumie powinnam w takim razie narzeknąć też na Artiseera. Owszem, przydatny jest, sporo się dzięki niemu nauczyłam, ale problemów też mi dodał. Przynajmniej w wersji 3.0.x - wersja 3.1.x nie została jeszcze rozdziabana do użytku bezpłatnego (ekhem...). Sadzi tak durne błędy w kodzie (i część kodu zostawia zupełnie nieopisaną), że trzeba potem powoli i z palca wszelkie bzdury spowodowane jego użyciem poprawiać. To dlatego nauczyłam się joomlowej konstrukcji... porządnie wyglądała jedynie strona główna i strona z pojedynczym artykułem, reszta rozjeżdżała się do tego stopnia, że trzeba było przebudować sposób wyświetlania części witryny, a do pozostałych bugów użyć pozycjonowania absolutnego, którego generalnie nie lubię, zawsze boję się, że w innej rozdzielczości wszystko rozjedzie się jeszcze bardziej niż przed opisaniem pozycji.

Ale w sumie to nie o tym chciałam. Znaczy może i o tym, ale nie aż tak głęboko. Dobijają mnie koszmarnie różnice w interpretacji CSS i niektórych elementów HTML między „wiodącymi” przeglądarkami. Ostatnie odkrycie — po którymś update Aurory, w wersji jeszcze 9, firefox przestał nagle, z niczego, bez jednego kichnięcia, z dnia na dzień, interpretować właściwość „text-shadow”. Nie ma. Nie widzi i już. Nie widzi ani Aurora, ani Nightly, ani ostatnia zaktualizowana wersja release. A przecież niedawno widział jeszcze, doskonale widział i malował je w sposób najbardziej estetyczny ze wszystkich przeglądarek. Co się zatem porobiło? Nie rozumiem. Jakiś celowy zabieg developerski czy paskudny bug? Cienie przestały być widoczne nagle, bez żadnych zmian w kodach stron, których część stanowiły. Na mozillowych forach na razie żadnej wzmianki na temat... a ja po prostu nic nie rozumiem.

IE nie obsługuje cieni w ogóle, nie tylko tekstowych, „box-shadow”-ów też, i jeśli się chce, żeby cuś wyglądało w tej przeglądarce ok, trzeba używać jQuery... Opera dla odmiany nie widzi żadnego tekstu napisanego czcionką mniejszą niż 9px, zostawia zatem np. ohydne dziury w chmurach tagów. Jej drugą niezwykle wredną wadą jest fakt, że kompletnie ignoruje Google Font Directory, z którym nawet wstrętny IE grzecznie współpracuje. No i olewa przezroczystość opisaną klasycznym „opacity”. Co znów cholernie utrudnia zrobienie czegokolwiek dobrze...

Safari i Chrome wprawdzie widzą wszystko co powinny widzieć, ale opisane CSS-em cienie malują w sposób zdecydowanie zbyt ostry. Trzeba zmieniać kolory na bardziej pastelowe i planować większe rozmycie.

Efekt tego wszystkiego jest mało zabawny — trzeba pisać przynajmiej trzy arkusze stylów, pod różne przeglądarki. Jasne, fixy są krótkie, nie obejmują całego arkusza, tylko te jego fragmenty, w których mieszczą się rzeczy prezez daną przeglądarkę nieinterpretowane, ale i tak jest to cholernie upierdliwe. A jak — nawet w taki sposób — objść radosne Operowe ignorowanie Goglefontów — jeszcze nie doszłam. Drugie rozwiązanie jest cokolwieczek upierdliwsze i jakby nieco nonsensowne. Oldskulowo robić wszystko obrazkami — każdy kawałek cienia, każdy tekst ze specyficznym fontem... co jest niemożliwe do zrobienia w gruncie rzeczy. No i skoro IE9 nie chce wcale a Firefox 9+ wygląda na to, że przestał chcieć interpretować CSS3 — to wstawienie obrazka pod krawędź też egzaminu nie zda. Przynajmniej nie CSS-em.

Tak czy siak... weź, człowieku nieszczęsny i zrób tak, żeby strona, którą projektujesz, we wszystkich popularnych (Konquerory i insze takie już pomijam, nie mam siły sprawdzać wszystkiego) przeglądarkach wyglądała identycznie... czego zazwyczaj spodziewa się twój klient, zwłaszcza jeśli nie jest prywatnym twórcą blogasia albo mikroniszowej stronki, ale przedsiębiorcą, swój ymydż traktującym poważnie. No weź ogarnij i zrób dobrze, tak że i ciebie to zadowoli, zwłaszcza jeśli jesteś perfekcjonistą, którego do szału doprowadza jednopikselowa różnica w wielkości bloku tekstowego...

Efekt moich ostatnich treningowych wprawek można sobie obejrzeć tutaj — zaczyna mnie zadowalać do tego stopnia, że niebawem pojawi się i aktualizacja merytoryczna, a sam szablon z czystym (no, prawie czystym, bo nie wszystko jeszcze poprawiłam) sumieniem mogę umieścić w portfolio na pierwszym miejscu — ale jak do jasnej i zakaźnie schorowanej Anielki bez „text-shadowa” dodać (widoczne w Chrome i Operze) żarzenie wokół tekstów w nagłówku? Które mają być edytowalnymi z poziomu zaplecza tekstami, a nie obrazkiem? Albo zrobić tak, żeby i Opera wyświetlała jego (nagłówka znaczy) wzięte z googlowego katalogu czcionki prawidłowo?

Cholera, trzeba będzie chyba pójść na jakiś porządny kurs webmasterski — chociaż sam taki pomysł nieco szydzi z mojego intelektu — tyle nauczyłam się sama — miałabym nie opanować różnic między (szlag jasny by je trafił) pieprzonymi przeglądarkami? Ja? Miałabym? Czegoś nie ogarnąć?

Swoją drogą — i tu niebawem zmieni się layout. Na mój własny w końcu, znacznie mniej pstrokaty i chyba z ostatnim projektem wizualnie spójny.

Przy okazji — czy ktoś mógłby mi wyjaśnić, jakim cudem i skąd niniejszy blog znalazł się w katalogu  (owszem, międzynarodowym, ale takim, do którego za nic nie pasuje) - yyy.... paganwiccan?!

A to na poranne po bezsennej nocy pocieszenie:




poniedziałek, 7 listopada 2011

wróciłam

4 razy skomentowano

Wróciłam. Właściwie wróciłam podwójnie, po jednej Rzeczy robionej w zwyczajowym terminie, a drugiej w astronomicznym, wczoraj. Obie były ważne i trudne, obie wiązały się z zaglądaniem za Zasłonę. W sumie nie powinny być trudne dla kogoś, kto jedną nogą stale stąpa po Tamtej Stronie, odkąd pamięta. Ale jednak całkowite przeniesienie się Tam, nawet na krótki czas, zwłaszcza w tym stanie świata, jest czymś bardzo trudnym i wyczerpującym. Zwłaszcza gdy cel ma się taki nie inny.

Zrobiłam obie zaplanowane Rzeczy w każdym razie. Zrobienie trzeciej znów mi udaremniono. Chyba w sumie z przekory tylko znowu próbowałam, wiem że mi tego zrobić nie wolno, ale cały czas, jak dzieciak testuję, na ile mi się pozwoli, na ile się uda, a może po prostu Ojciec akurat zapatrzy się w inną stronę i wówczas zdołam zrobić to, czego sobie nie życzy za jego plecami?... Chociaż po ostatnim hm... sposobie udaremnienia chyba więcej nie spróbuję, czas pogodzić się z tym, że tego nie mogę, nie wolno i już. Choć splecione z tą niemożnością zadanie wydaje się tak trudne, że wręcz niewykonalne, zwłaszcza w obecnym układzie okoliczności. I tak bardzo wbrew mnie samej. Cóż, skoro Oni wymagają, Oni dostarczą narzędzi do spełnienia ich wymagania.

Przy tym i sama niemożność wykonania tego, czego nie wolno — i pragnienie zrobienia — wiążą się z bólem — z tych, co to miesiącami trwają i udaje się przed samą sobą, przed innymi, przed całym światem, że wcale ich nie ma, a są czymś najdotkliwszym chyba z rzeczy, które mogą dotknąć.

Pisać mi się nie chce. Ani w sumie nie ma o czym. Zresztą wolnego czasu jeszcze mniej, coraz mniej — i dobrze — a jego kradzione urywki wkładam w dwa projekty internetowe — jeden zaanonsuję, kiedy na powrót ruszy, jest reaktywacją czegoś co już było — a drugi — cóż — mieści się tutaj. Choć nie wiem, czy powinna go prowadzić osoba, której "dalej do Asatru niż z jednego końca Wszechświata na drugi, a niestety zdarzają się jeszcze ludzie nieświadomi, z Asatru ją kojarzący"... Tych słów nie zapomnę nigdy. Ale swoje robić będę nadal. I mimo że owe słowa padły, nadal będę próbowała wykonać to, co na mnie nałożono, choć wydaje się być zadaniem nad siły.