piątek, 28 października 2011

biuletyn

1 razy skomentowano

Przesłanie okazało się prawdziwe. Zdecydowanie. Słowa przekazane za czyimś pośrednictwem mogły pochodzić tylko od jego autorów. Tylko oni mogli wiedzieć o sprawach, o których przekazujący wiedzieć nie mógł. A impreza — cóż — synku, ciesz się, że nie szczekasz. Takiej mi było trzeba. Od dawna. Od bardzo dawna.

Pewne rzeczy w skali czasu mimo licznych zmian okazują się być trwałe. Dobrze. Choć czasem to zaskakuje. Jak mawia przyjaciółka — mijają eony, zmieniają się międzyludzkie układy, sojusze rodzą się i umierają, czasem zapadając się pod ciężarem wewnętrznej hipokryzji, czasem po prostu ginąc naturalną śmiercią. A my wciąż kręcimy się w tym samym kociołku. Ludzi których znamy najdłużej i zdołaliśmy ich poznać jak złe grosiki... TMB.

A teraz czas przygotować się do Wielkiej Rzeczy, w poniedziałek musi zostać wykonana. Bo bardzo wiele od niej zależy. Przy czym... jesteś guślarką. Rób to, do czego zostalaś stworzona i wezwana...


czwartek, 27 października 2011

czasem

0 razy skomentowano

Czasem wiesz, że musisz coś powiedzieć. I kiedy słowa spływają z twoich ust lub palców, masz wrażenie, że serce ci pęka. Ale powiedziane być musi. Choć trudne i przykre dla ciebie, przykre i dla osoby będącej tych słów adresatem, gdyby nie zostało wypowiedziane, zatruwałoby każdą twoją myśl o tej osobie. Wyrzucenie z siebie pewnych myśli czy wrażeń z daną osobą związanych, wprost i bezpośrednio do tej osoby jest właściwe. Bo pozwala pozostawić te myśli za sobą, umożliwi przyszłe patrzenie przed siebie, nie wstecz.

Wypowiedzenie tego, chociaż trudne i bolesne, może w jakiś sposób oczyścić atmosferę. Umożliwić jakikolwiek przyszły dobry kontakt. Tym bardziej takie rzeczy trzeba wypowiadać, gdy ów kontakt jest dla ciebie ważny. 

A czasem kontakt następuje w niedobrym, niewłaściwym momencie. Na właściwy czas trzeba czekać. Czasem długo.

Tymczasem wierzę, że właściwy czas jednak kiedyś nadejdzie. Ciężko mi z tym, co dzisiaj powiedziałam. Ale wiem, że zrobiłam co było trzeba. Choć może w sposób zbyt ostry. Osoba będąca tych słów adresatem tu nie zagląda. Gdyby kiedyś zajrzała - szczerze przepraszam za wydźwięk mojej wypowiedzi. Ale nie za jej treść. Za formę. Mam nadzieję, że z czasem zostanie to zrozumiane.

Poza tym jest nów... a nów to mój czas. Nie można poddawać się smutkowi.


wtorek, 25 października 2011

Ek skal hér ráđa
– honor kobiecy w islandzkich sagach (1)

3 razy skomentowano

Ek skal hér ráđa – honor kobiecy w islandzkich sagach
– kobiecy kodeks honorowy dotyczący spraw mistycznych i magicznych

na podstawie rozdziału 3 pracy magisterskiej (MA thesis) Susan Elisabeth Riverbank, Apallachian State University, maj 2011



Pojawiające się w islandzkich sagach elementy mistyczne rzucają jasne światło na sprawy honoru i dyshonoru islandzkich kobiet. Bohaterki sag uczestniczą w wydarzeniach „ponadnaturalnych” znacznie częściej niż mężczyźni. Źródła często opisują kobiety jako władające specyficznymi mocami umysłu lub wręcz stanowiące elementy religii staronordyjskiej — jak choćby Norny czy walkirie. Opisują również niejednokrotnie kobiety parające się magią czy czarownictwem jako tchórzliwe potwory. Tak zwaną czarną, złowrogą magię uważano za źródło dyshonoru zarówno wśród kobiet, jak i mężczyzn. Jednakże kobiety przestrzegały w sprawach mistycznych i magicznych znacznie surowszego kodu honorowego niż ten, który dotyczył mężczyzn, bowiem w związku z patriarchalnymi ideałami współistniejącymi na średniowiecznej Islandii ze światem pogańskim, znacznie łatwiej było im postąpić w sposób sprzeczny z godnością i popaść w niełaskę.

Sagi są pewnego rodzaju konwencją literacką, odzwierciedlającą współczesne czasom ich powstania, a pozostające pod silnym wpływem chrześcijańskim założenia dotyczące miejsca i roli kobiet w społeczeństwie. W czasach pogańskich islandzkie społeczeństwo ze względów między innymi religijnych, wysoko ceniło kobiety. Religia staronordyjska łączyła je z mądrością i magią. Kobiety parające się sprawami mistycznymi były silnie związane z mocami natury i rzeczywistością spoza Zasłony Światów. W źródłach można znaleźć ponad piętnaście nazw określających kobiety zajmujące się tą dziedziną życia. Najczęstsze kobiece postaci występujące w mitologiil, to völvy, walkirie i Norny.

Większość z owych kobiet opisywanych w źródłach stanowiły „agentki” Odyna, uważanego za mistrza „kobiecej”  magii seiðr, ocenianej jako jedno z podstawowych źródeł jego potęgi. Pomimo, że kult odyniczny jest mocno zmaskulinizowany, a Walhalla jest światem totalnie męskim, Odyn często polega na kobietach, takich jak walkirie czy Norny i powierza im większość własnej roboty na planie materialnym. W islandzkich sagach jako jego posłanniczki i wykonawczynie jego woli opisywane są głownie walkirie. Często ostatecznym przeznaczeniem walkirii jest małżeństwo z wyznaczonym jej bohaterem. Pogańscy Islandczycy wierzyli, że są one znakomitymi żonami, a ich synowie dziedziczą ich dumę, są pewni siebie i mądrzy.

Podczas gdy w czasach pogańskich nikt nie wątpił w kobiecą moc i mądrość, konwersja na chrześcijaństwo bardzo zmieniła ich postrzeganie. Chrześcijaństwo zdemonizowało kult pogański, a także magię i czarostwo, co wpłynęło na źródłowe opisy licznych potężnych pogańskich kobiet. Chrześcijaństwo zastąpiło kobiece bóstwa postaciami świętych i uczyniło kobiety – zgodnie z biblijnymi założeniami – istotami relatywnie słabymi i pozbawionymi wpływu na męski świat. Po konwersji stały się jedynie pasywnymi uczestniczkami wydarzeń kultowych. Średniowieczne chrześcijaństwo oczekiwało od nich wielkoduszności i pobożności i piętnowało takie, które dążyły do wiedzy i potęgi. Jeśli kobieta nie wpasowywała się w nowy, chrześcijański ideał, stawała się obiektem oskarżeń o działania, które ludzie Białego Chrystusa określali jako niewłaściwe i złe.

Oprócz zmienionego w stosunku do opisywanych wydarzeń klimatu religijnego, w okresie spisywania islandzkich sag (XII-XIV w.), częścią życia społecznego stały się zbiory praw określane nazwą Grágás. Znaczny wpływ na ich kształt i przesłanie wywarły założenia chrześcijaństwa, a dotyczyło to zwłaszcza spraw dotyczących kultu pogańskiego i magii. Zgodnie z prawem, Islandczyk mógł wyznawać jedynie boga chrześcijan i oddawać cześć tylko jemu i jego świętym. Łamiących ten przepis skazywano i karano tak zwaną mniejszą banicją. Użycie zaklęć i czarów, paranie się magią zgodnie z Grágás owocowało taką samą karą, jednak w praktyce było zwykle karane dotkliwiej – każdy przyłapany na użyciu słów magicznych skierowanych przeciwko jakiejkolwiek żywej istocie, włączając w to zwierzęta, był skazywany na pełną banicję i bezpowrotnie wyjęty spod prawa. Taki wyrok stawiał objętą nim osobę poza marginesem islandzkiego społeczeństwa, pozbawiał go wszelkich praw i własności, pozwalając każdemu, kto miałby na to ochotę na uśmiercenie go, które pozostawało bezkarne.

Grágás I wyraźnie dowodzi, że na chrześcijańskiej Islandii nie było ani odrobiny tolerancji dla jakiegokolwiek przejawu kultu pogańskiego czy czarownictwa. Podejrzane kobiety podlegały takim samym karom jak mężczyźni, stawały się całkowicie wyjęte spod prawa. Zatem w wiekach XII-XIV zarówno męski, jak i kobiecy honor mógł ucierpieć tak samo w wyniku odwoływania się do dawnych bogów i praktyk w pogańskim świecie akceptowanych, a całkowicie potępionych po chrystianizacji. W rzeczywistości, ponieważ w chrześcijańskim społeczeństwie rola kobiet stałą się całkowicie podrzędna, kobiety niepasujące do wymagań nowej religii, zwłaszcza te, które zajmowały się magią, ryzykowały znacznie większą niż mężczyźni ujmą na honorze, a i znacznie chętniej niż oni były sądzone i skazywane.

Rola odgrywana przez kobiety w sprawach związanych z szeroko pojętą mistyką, do której można zaliczyć również magię, była istotną składową mającego wiele obliczy islandzkiego honoru. W sagach często wspominana jest zmiennokształtność, mówi się też o licznych zaklęciach, zarówno dobroczynnych, jak i szkodliwych – ma to związek nie tylko z rzeczywistymi wydarzeniami, ale i z tym, że odbiorcy, do których owe teksty były adresowane, chętnie słuchali tego rodzaju historii i przyjmowali je z dużą dozą łatwowierności. Opisy kobiet władających rozmaitymi mocami pojawiają się zwłaszcza w Sadze o Volsungach, Sadze o Grenlandczyach, Sadze o Eryku Rudym, Sadze o Ludziach z Laxardal i Sadze o Njalu. W wielu wypadkach chrześcijańskie prawo islandzkie wywarło znaczny wpływ na autorów tych dzieł i sposób w jaki przedstawili w nich sprawy „ponadnaturalne”.

Saga o Volsungach


Wydarzenia opisane w tej sadze mieszczą się w V i VI wieku, jednak została spisana przez nieznanego autora dopiero w wieku XIV. Pojawia się w niej ogromna liczba wydarzeń i zjawisk, które można określić jako magiczne lub mistyczne. Może to wynikać z długotrwałego przekazu ustnego – jest to także jedna z najbardziej znanych i najpopularniejszych historii opisanych w islandzkiej literaturze. Kobiety są w niej sportretowane zarówno jako postaci dobre, jak i siewczynie zła, podczas gdy mężczyźni występują jako postaci zawsze dbające o honor. Saga o Volsungach szczegółowo opisuje mistyczne role kobiece w świecie religii nordyjskiej, wzmiankowane jest w niej także czarownictwo, czarna magia, prorocze sny i rozmaite zdolności mentalne.

Główną siłą napędową w tej sadze jest Odyn we własnej osobie. To on, jego małżonka Frigg i ich óskmœr „dostarczają” Rerirowi i jego żonie syna, Volsunga. Rośnie on w brzuchu matki przez sześć lat, po czym zostaje z niego wyjęty zdrowy i dobrze rozwinięty. Dająca Rerirowi jabłko płodności Odynowa óskmœr to Hjold, córka olbrzyma Hrimnira. W dalszej części sagi zostaje ona żoną Volsunga i matką Sigmunda i Signy. Fakt, że to kobieca postać uczestniczyła w niezwykłym poczęciu i narodzinach Volsunga jest wyraźnym wskaźnikiem znaczenia kobiet w nordyjskim pogaństwie.

Treść sagi wskazuje na to że moce Hjold odziedziczyły jej dzieci, Sigmund i Signy. Bliźniakom nieustannie zdarzały się spotkania z istotami spoza Zasłony Światów, doświadczały także najróżniejszych dylematów związanych z tym, jak bardzo silną składową ich życia były sprawy mistyczne. Małżeństwo Signy z królem Siggeirem jest jednym z wydarzeń wskazujących na mistyczne związki rodu Volsungów. Podczas ślubu Signy stwierdza, że wie, bo powiedziały jej o tym własne wizje a potwierdziła kynfylgja, że to małżeństwo źle się skończy.

Sigmund podczas ślubu siostry doznał zupełnie innego spotkania. Jako gość weselny przybył nań przebrany Odyn, wbił swój miecz w Barnstok, centralny pień lub drzewo halli Volsungów i zażądał od wszystkich przysięgi wierności temu, kto ów miecz zdoła wyrwać. Sigmund dokonał tego z łatwością, zawstydzając szwagra. Miecz, znany później jako Gram stał się jego własnością i dziedzictwem przekazywanym z pokolenia na pokolenie przez całą sagę.

W odróżnieniu od siostry, Sigmund spotykał się z Odynem więcej niż raz w ciągu życia. Wszechojciec obdarzył go potężną bronią, a Signy nie dał nic. Może to wynikać z faktu że na XIV-wiecznej Islandii kobietom nie wolno było władać bronią, co nie przeszkadzało autorowi sagi w opisaniu walkirii jako walczących i ubranych jak mężczyźni…

Niezależnie od wizji Signy i daru dla Sigmunda, bliźniaki wdały się również w kontakt ze znacznie ciemniejszymi mocami. Oboje doświadczyli mocy i potencjalnego zła zmiennokształtności. Po tym jak Volsung i jego ludzie ulegli w walce Siggeirowi, pojmano dziesięciu synów Volsunga i pozostawiono ich związanych w lesie. Pierwszej nocy potężna i okrutnie wyglądająca wilczyca o północy przyszła na miejsce, gdzie byli więzieni, zagryzła i pożarła jednego z braci. Przychodziła przez kolejne osiem nocy, każdej z nich pożerając jednego z więźniów, dopóki przy życiu nie pozostał jedynie Sigmund. Gdy dziesiątej nocy przyszła po niego, Signy pouczyła brata, by nasmarował twarz i napełnił usta miodem, by wilczyca mogła go zlizać. Gdy włożyła język do jego ust, Sigmund odgryzł go, w ten sposób zabijając potwora. Saga sugeruje, że wilczycą byłą matka Siggeira, która dzięki magii potrafiłą zmieniać kształt i była w tym doświadczoną praktyczką.

Signy doświadczyła zmiennokształtności w zupełnie inny sposób. Nieatakowana przez zmiennokształtną istotę, sama potrafiła zmieniać postać by osiągnąć to do czego dążyła. A dążyłą przede wszystkim do tego, by urodzić syna wystarczająco potężnego, by był w stanie pomóc Sigmundowi pomścić ojca i braci. Po urodzeniu Siggeirowi kilku synów, których uznała za bezwartościowych, uciekła się do magii, by „zdobyć” takiego, któremu mogłaby w tej sprawie zawierzyć. Zamieniła się postacią z wędrowną czarodziejką i legła obok brata. Spędzona z nim noc zaowocowała poczęciem syna, Sinfjotlego, który dowiódł, że jest doskonałym kandydatem do dokonania rodowej zemsty.

Doświadczenia Sigmunda i Signy związane ze zmiennokształtnością rzucają pewne światło na zaangażowanie kobiet w działania magiczne i znaczenie tych działań dla ich honoru. Spotkanie Sigmunda z okrutną wilczycą i zachowanie w kontakcie z nią jest przedstawione jako działanie honorowe. Przechytrza ją i zabija mszcząc tym samym śmierć swoich dziewięciu braci, których pożarła. Natomiast Signy jest przedstawiona w sytuacji, która każe w jej kobiecy honor powątpiewać. Chociaż Sinfjotli pzynosi honor rodzinie i ojcu, sposób, w jaki został poczęty jest dla Signy niehonorowy, przynajmniej w świetle praw obowiązujących na Islandii w okresie spisywania sagi, zatem celowo jako taki jest przedstawiony odbiorcom. Signy popełnia „główne kazirodztwo”, ta kategoria obejmowała stosunki seksualne z rodzeństwem a także dziećmi ciotek i wujów.

Założenie, że być może postępowanie Signy było akceptowalne w V i VI wieku, w okresie, gdy wydarzenia z sagi miały miejsce, stwarza dodatkowe problemy. Jenny Jochens zauważa, że nawet w czasach sprzed wprowadzenia chrześcijańskich praw, zakaz uprawiania stosunków seksualnych z bliskimi krewnymi zawsze był zjawiskiem uniwersalnym i występował także w społeczeństwach Północy.

Pokonanie złej czarownicy przez Sigmunda i pakt Signy z inną czarownicą wydają się być różnie oceniane zarówno przez autorów, jak i przez odbiorców sagi. Różny jest też pogląd na honorowość oby tych czynów. Honor Sigmunda nie ucierpiał w żaden sposób, przecież zabił winną i pomścił braci. Nie ucierpiał nawet w wyniku kazirodztwa z Signy – został przez siostrę oszukany – przybrała przecież postać innej kobiety. Mimo że w sadze nie ma o tym bezpośredniej wzmianki, w świetle prawa i mentalności jej odbiorców, honor Signy doznał przez ten czyn poważnego szwanku.

Następnym z rodu Volsungów, który miał do czynienia ze zjawiskami „ponadnaturalnymi” jest syn Sigmunda i Hjordis, Sigurd. Jego losy opisane w sadze wskazują na to że był ulubieńcem Odyna. Jak i jego ojciec, Sigurd także otrzymuje od Wszechojca potężny dar – rumaka o imieniu Grani, będącego potomkiem Odynowego wierzchowca, Sleipnira. Przekuwa także dziedziczny miecz, Grama. Odyn pojawia się także ratując Sigurda przed walką z Fafnirem – odwraca podstępną radę Regina. Opieka Odyna i pokonanie smoka przedstawiają czytelnikom sagi kolejny obraz męskiego honoru, korzystającego na kontakcie z e światem spoza Zasłony.

Zabicie Fafnira nie tylko przysporzyło Sigurdowi honoru, ale także umożliwiło mu – po zjedzeniu serca pokonanego smoka – rozumienie mowy ptaków. Ptaki zaprowadziły go do Brynhild i dalszych doznań mistycznych. Brynhild doświadczyła własnego spotkania z Odynem, który ukłuł ją cierniem snu — była to kara za uśmiercenie króla, któremu przyrzekł zwycięstwo. Rozszerzeniem kary jest uniemożliwienie Brynhild pokonanie kogokolwiek i małżeństwo z tym, kto ją obudzi. Wskazywałoby to na fakt, że Brynhild jest jedną z walkirii. Ciekawym smaczkiem jest tu fakt, że jeśli faktycznie była walkirią i zawiodłą Odyna, oznaczałoby to że jego wysłanniczki były obdarzone sporą dozą niezależności i własnej woli – jeśli tak rzeczywiście było, oznaczałoby to że jak inne kobiety podlegały kobiecemu kodeksowi honorowemu. Nieposłuszna wobec Odyna Brynhild popełnia czyn niehonorowy, nie dlatego, że ubiera się i postępuje jak mężczyzna, ale dlatego, że sprzeciwia się boskim rozkazom.

Mimo że sprzeniewierzenie się woli Odyna można uznać za ujmę na kobiecym honorze Brynhild, jej dobre imię wzrasta dzięki jej niezwykłej mądrości. Zdolności Brynhild dają jej wiedzę o niemal wszystkim. Po tym, jak uczy Sigurda stosowania run, szuka on u niej mądrości i rady, wierząc, że nie ma na świecie innej tak mądrej osoby. Brynhild także przepowiada ludziom przyszłość i objaśnia sny, co wzmacnia jej renomę mądrej kobiety.

Kobiety w Sadze o Volsungach zdają się być wrażliwsze od mężczyzn na sny prorocze. Niekiedy otrzymują we śnie ostrzeżenia dotyczące mężczyzn, z którymi są związane, a którzy znajdują się w niebezpieczeństwie. Kostebra rozpaczliwie błaga swego męża Hogniego, by wysłuchał jej snu o złu i zniszczeniu spowodowanych przez króla Atlego. Mimo że saga wspomina, że Kostebra często właściwie przeczuwa zło, Hogni bagatelizuje jej ostrzeżenie i ginie z rąk Atlego. Żona Gunnara, Glaumvor również śni o złu i zniszczeniu zawinionych przez Atlego, mąż bagatelizuje jej sen i również ginie z jego rąk. Sny stanowią istotną składową kobiecego honoru w tej sadze. Mimo że Kostebra i Glaumvor doświadczają ziszczających się wizji sennych, sny obydwu niosą śmierć. Te złowrogie przepowiednie przypominają pole działania Norn.

Saga o Volsungach opisuje kobiety zarówno jako honorowe jak i niehonorowe uczestniczki życia mistycznego. Występuje w niej jednak czarownica, której niegodne zachowanie nie budzi żadnych wątpliwości. To wprawna w magii Grimhild o surowym sercu. Pragnie i zdobywa Sigurda dla swojej córki Gudrun, nie przejmując się tym, że jest związany z Brynhild. Co więcej, uczy swego syna Gunnara i Sigurda, jak zamieniać się postaciami, by Gunnar, przyjąwszy postać przyjaciela-rywala mógł przedostać się przez otaczający Brynhild płomień i ją posiąść. Używa także czarów do omotania swojego drugiego syna, Guttworma by zabił Sigurda. Udaje jej się to Guttworm zabija Sigurda w łożu. Śpiąca obok męża Gudrun budzi się przerażona i dostrzega, że zabił go jej własny krewniak. Grimhild po raz kolejny ucieka się do magii i zmusza córkę do wypicia „złej mikstury”, która pozwala jej zapomnieć o wszystkich pretensjach do braci. Działąnia Grimhild są najbardziej niehonorowe ze wszystkich kobiecych poczynań w Sadze o Volsungach – nie staje ona bowiem twarzą w twarz ze swoimi ofiarami, ale po prostu potajemnie warzy mikstury i rzuca zaklęcia by dostać czego chce. Brynhild stwierdza, że nie ma kobiety gorszej niż Grimhild. Rzeczywiste źródło dyshonoru tej czarownicy leży w jej tchórzostwie i nadużywaniu umiejętności magicznych.

W Sadze o Volsungach mistyczne i magiczne odniesienia kobiet są przedstawione zarówno pozytywnie, jak i negatywnie. Kobiety zwiększają swój honor poprzez asystowanie Odynowi w jego sprawach na ziemi, doświadczanie proroczych snów i wizji, posiadanie mocy parapsychicznych i niezwykłą wiedzę. Doświadczają na nim ujmy przez nadużycie zdolności „ponadnaturalnych” i wykorzystywanie ich dla siebie. Zmiennokształtność, by zabić bezbronnych lub poprzez kazirodztwo począć potomka, nieposłuszeństwo Odynowi, warzenie mikstur i rzucanie zaklęć by osiągnąć prywatne cele rzucają cień na kobiecą godność. Ta konkretna saga praktycznie pomija męskie kontakty ze światem zza Zasłony, natomiast piętnuje kobiety nadużywające mocy do osiągnięcia osobistych korzyści. Nie samo jej użycie powoduje ujmę na honorze, ale nadużycie i cel, do jakiego zostają wykorzystane. Dopóki kobiety używają swoich zdolności do rozpoznawania Losu, nie zaś naginania go, dopóty ich godność pozostaje nienaruszona.

Sagi winlandzkie


Zarówno Saga o Grenlandczykach, jak i Saga o Eryku Rudym opisują wydarzenia, które miały miejsce w X i XI wieku. W każdej z nich znajdują się opisy wydarzeń wskazujących na zarówno honorowe, jak i niehonorowe działania związane z użyciem magii i kontaktami mistycznymi. Co ciekawe, chrześcijańska Saga o Eryku podaje nie tylko więcej opisów zdarzeń tego rodzaju, jak i opisuje je w sposób znacznie bardziej szczegółowy.

W Sadze o Grenlandczykach nie ma przykładów kobiet zajmujących się magią. Dostarcza za to opisu kobiety doświadczającej licznych zjawisk paranormalnych. Opisywana w niej Gudrid Thorbjarnardottir jest szanowaną bohaterką islandzkiej literatury. Jest mądra, piękna, uprzejma i wiele podróżuje. Jej godność i szacunek, jakim jest darzona jest nieporównywalny z żadną inną bohaterką sag. Opis wydarzeń w których uczestniczy i jej zachowania w konkretnych sytuacjach jest istotny dla zrozumienia tego, jak kobiety rozumiały sprawy godności i jej braku w kwestiach „ponadnaturalnych”.

Pierwszy opis wydarzenia magicznego w Sadze o Grenlandczykach mówi o chorobie panującej wśród mieszkańców wioski Gudrid. Żona Thorsteina Czarnego Grimhild i mąż Gudrid Thorstein Eiriksson zarażają się nią i zostają położeni w jednym pomieszczeniu. Grimhild pierwsza pada ofiarą tajemniczej zarazy. Po upływie pewnego czasu jej martwe ciało opiera się na łokciach i spuszcza nogi na podłogę w poszukiwaniu butów. Thorstein Eiriksson i Gudrid są tego świadkami, ale natychmiast po przybyciu Thorsteina Czarnego Grimhild znów pada martwa. Mąż Gudrid niebawem umiera na tę samą chorobę. Kobieta tak szaleje z rozpaczy, że Thorstein Czarny tuli ją i sadza sobie na kolanach. Obiecuje jej wszystko co tylko możliwe by ponownie uczynić ją szczęśliwą, gdy ciało jej zmarłego męża podnosi się z łoża i pyta o Gudrid. Thornstein Czarny doradza kobiecie, by nie odpowiadała na wołanie zwłok męża i sam pyta ciało, czego chce. Thornstein Eiriksson chce powiedzieć żonie, że znalazł spokój w innym miejscu i nie chce, by po nim rozpaczała. Przepowiada jej także świetlaną przyszłość, długie i pełne przygód życie, ponowne małżeństwo, posiadłość na Islandii i pielgrzymkę do Rzymu.

Niedługo po śmierci męża Gudrid wychodzi za Karlsefniego i rodzi syna, Snorriego. Pewnego dnia, gdy siedzi przy kołysce dziecka dostrzega w drzwiach cień i pojawia się w nich blada, wielkooka kobieta ubrana w czerń. Przybyła pyta Gudrid o imię a zapytana o własne mówi, że również nazywa się Gudrid. Ludzka Gudrid chce zaproponować zjawie siedzisko, ale widmo znika w czasie walki, spowodowanej przez winlandzkich tubylców próbujących ukraść broń ludziom Karlsefniego. Nikt poza Gudrid nie widzi zjawy, która nie pojawia się w sadze ponownie.

Otaczające Gudrid zjawiska paranormalne są ciekawe ze względu na fakt, że jest ona jedynie ich odbiorczynią, nie twórczynią czy aktywną aktorką. Duchy zza Zasłony Światów pojawiają się obok niej na planie materialnym, ale nie stanowią żadnego zagrożenia. Co więcej, duch zmarłego męża przepowiada jej dobrą przyszłość a zjawia pojawiająca się przy kołysce dziecka ma być może za zadanie ochronić ją i małego przed skutkami ataku tubylców na ludzi męża. Duch zmarłego męża mógł też chronić Gudrid przed niewczesnymi zalotami Thorsteina Czarnego – w końcu jego ciało podniosło się, gdy ten wziął świeżą wdowę na kolana. Może miało to spowodować niepodejmowanie przez Gudrid żadnych pochopnych decyzji dotyczących małżeństwa. Wygląda na to że dychy pojawiały się wokół niej, by bronić jej honoru i dać nadzieję. Pozostając spokojna w obliczu tych wydarzeń, Gudrid zachowuje się godnie i honorowo, nie okazując żadnej słabości. Islandzkie sagi uznają nieokazywanie przez kobiety emocji za zachowanie godne podziwu i honorowe.

Saga o Eryku Rudym również wspomina dwa wydarzenia, których uczestniczką jest Gudrid Thorbjarnarsdottir. W odróżnieniu od Sagi o Grenlandczykach, gdzie brak wzmianek o kobietach aktywnie parających się magią, w Sadze o Eryku można znaleźć szczegółowy opis wiedźmy Thorbjorg. Jest ona opisana jako prorokini, wizjonerka, völva, znana jako „Mała Wieszczka”. Ludzie ciekawi własnego losu i przepowiedni dotyczących sezonowego powodzenia często zapraszali Thorbjorg na święta i uczty. Pewnej nocy Thorkel z Herjolfsness, główny farmer w regionie, zaprosił ją na ucztę do swego domu. Przybyła po nią męska eskorta i przygotowano dla niej honorowe miejsce przy stole. Pojawiła się ubrana w wyszukany sposób, przy jej pasie wisiała duża sakiewka, w której przechowywała amulety i kamienie niezbędne do działań magicznych. Wszyscy witali ją z szacunkiem, a ona odpowiadała na owe powitania zależnie od własnej opinii na temat danej osoby.

Następnego dnia, by wykonać to czego od niej oczekiwano – przepowiedzieć pogodę i powodzenie w nadchodzącym sezonie, Thorbjorg poprosiła o pomoc kobiety znające się na magii. Okazało się, że nie ma w pobliżu takich kobiet. Gudrid stwierdziła, że nie jest wiedźmą ani czarownicą, ale gdy była na Islandii jej przybrana matka Halldis nauczyła ją zaklęć, które nazywała pieśnią warlocka. Dodała jednak szybko, że nie chce mieć do czynienia z tym rodzajem wiedzy i takimi ceremoniami, gdyż jest chrześcijanką. Thorbjorg stwierdziła, że udział Gudrid w ceremonii mógłby być ogromnie pomocny i nie byłoby w nim nic zdrożnego dla kobiety, jednak Gudrid zgodziła się dopiero po naciskach ze strony Thorkela. Zaśpiewałą pieśń a Thorbjorg doświadczyła wizji przyszłości. Po zakończeniu rytuału w podziękowaniu przedstawiła Gudrid przepowiednię jej losu uwieńczoną wizją jasnego światła nad jej potomkami. Oczywiście zarówno przepowiednie dotyczące pogody, jak i przyszłości Gudrid sprawdziły się – tylko niewiele rzeczy bowiem działo się inaczej niż przepowiadała.

To wydarzenie łączy w sobie oceny godnego i niegodnego postępowania w odniesieniu do spraw mistyczno-magicznych na schrystianizowanej Islandii. Thorbjorg byłą dobrze ubrana, zawsze proponowano jej honorowe miejsce przy stole, jej przepowiednie niemal zawsze się sprawdzały, dając jej znaczną władzę nad okazującymi jej posłuch mężczyznami. Z drugiej strony chrześcijanka, Gudrid, występuje przeciw działaniom magicznym, a fakt, że jej ojciec odmówił pozostania w domu podczas pogańskiej ceremonii wskazuje, że nie każdy uznawał i szanował zarówno pogańskie zwyczaje, jak i magię. Pogański obraz Thorbjorg kontrastuje z chrześcijańskim wizerunkiem Gudrid i jej ojca. Autor sagi nie ocenia postępowania Thorbjorg jako złego czy niehonorowego, ale wyraźną uwagę zwraca na udział Gudrid w czarach wbrew własnej woli i skłonienie przez Thorbjorg Thorkela do przekonania Gudrid by wzięła udział w jej rytuale.

Saga o Eryku wzmiankuje również opisane wcześniej w Sadze o Grenlandczykach powstanie z martwych Thorsteina Eirikssona. Opis ten jednak różni się w szczegółach od wcześniejszego. Małżonka Thorsteina Czarnego nosi tu imię Sigrid. Ona także powstaje z martwych, ale zamiast szukać pod łóżkiem butów, próbuje wpakować się do łóżka żyjącego jeszcze męża Gudrid. Nie upada sama, by ją powstrzymać trzeba ją zaatakować. Niebawem Thorstein Eiriksson umiera na tę samą chorobą i powstaje z martwych wołając Gudrid, dokładnie tak jak w Sadze o Grenlandczykch. Gudrid pyta Thorsteina Czarnego czy powinna odpowiedzieć na wołanie zmarłego męża, ten pozostawia to jej decyzji – a ona decyduje z nim porozmawiać, bo wierzy że ochroni ją chrześcijański bóg. Jak w pierwowzorze, mąż przepowiada Gudrid świetlaną przyszłość i ostrzega ją przed poślubieniem Grenlandczyka.

Wzmianki w sadze o Eryku o powrocie z zaświatów Sigrid i Thorsteina Eirikssona są produktem czasów późniejszych niż opis z Sagi o Grenlandczykach. Można to ocenić na podstawie pokory Gudrid i jednocześnie większej dozy wolnej woli. Thorstein Czarny pozwala jej podjąć własną decyzję dotyczącą odpowiedzi na wołanie ciała męża, nie każąc jej milczeć jak we wcześniejszej wersji opowieści. Może to wynikać ze zjawiska, które Jenny Jochens opisuje jako przywilej zgody, którym chrześcijaństwo obdarzyło kobiet. Dotyczył on głównie chrześcijańskich mężatek – gdyby kobiecie zabroniono odezwania się do własnego małżonka, spowodowano by ujmę na jej honorze.

Saga o Eryku opisuje Sigrid jako piękną kobietę, której martwe ciało usiłowało po zgonie wejść do łóżka żyjącego jeszcze męża Gudrid. Thorstein Czarny brutalnie powstrzymuje je przed tym uderzając w pierś toporem. Jest to działanie mające na celu ochronę czci obu kobiet – żywej i martwej. Martwej uniemożliwia popełnienie cudzołóstwa, które na XIV-wiecznej Islandii było karane pełną banicją, żywej oszczędza hańby bycia zdradzoną przez męża, nawet z martwą partnerką. Pomimo że wydarzenia opisane w sadze miały miejsce na przełomie X i XI wieku, w swojej skorygowanej opowieści autor najwyraźniej umieścił liczne odniesienia do zasad panujących na Islandii w znanych mu czasach. Obydwie sagi opisują Gudrid jako kobietę piękną i mądrą. Główna różnica między obiema wersjami opowieści polega na tym, że w Sadze o Grenlandczykach moce „ponadnaturalne” strzegły honoru Gudrid, a w Sadze o Eryku na jej godność nastają. W żadnej z opowieści nie doświadcza ona żadnej ujmy na czci, nawet wtedy, gdy uczestniczy w czarach Thorbjorgi – bowiem zostaje zmuszona do udziału w jej rytuale, mimo że jej chrześcijańska wolna wola ją przed tym powstrzymuje. Jej godność wzrasta, gdy kobieta pozostaje spokojna i pozbierana w obliczu różnych niesamowitych zdarzeń, wobec których jej siłę stanowi wiara w chrześcijańskiego boga.

Saga o Ludziach z Laxardal


Ta opowieść pełna jest silnych kobiecych postaci, ale różnego rodzaju zjawiska „ponadnaturalne” występują w niej znacznie rzadziej niż w pozostałych omawianych historiach. Opisano tu tylko jeden konkretny przypadek zastosowania magii, w który zamieszani są Kotkel, jego żona Grima i ich synowie. Pozostałe odniesienia do spraw paranormalnych dotyczą przede wszystkim przytrafiających się bohaterom snów i wizji.

Saga o Ludziach z Laxardal ocenia stosowanie magii jako niepopularne i niehonorowe. Ten punkt widzenia przedstawiony jest w opisie losów Kotkela i jego rodziny. Kotkel i jego klan żyją w Urdir nad Skalmarfjordem, gdzie ich obecność jest zdecydowanie niepożądana. Stosowane przez nich czary zwróciły negatywną uwagę otoczenia. W okolice przybywa teściowa Gudrun Osvifsdottir, Ingunn, by odwiedzić swojego syna Thorda. Kobieta stwierdza, że Kotkel i jego żona czynią jej życie marnym przez kradzież żywego inwentarza i uprawianie czarów. Thord nie traci czasu by odwiedzić Kotkela i sprawdzić prawdziwość tego podejrzenia, od razu oskarża jego rodzinę o złodziejstwo i czary, przestępstwa karane pełną banicją.

W odpowiedzi rodzina Kotkela wznosi wysoką platformę, i śpiewa (galdruje) pełne mocy inkantacje, wywołując w końcu potężną zamieć. W jej wyniku Thord i jego towarzysze toną, spadając z promu wiozącego ich z Skalmarnes do Tjaldanes. Wśród ludzi zaczyna być o tym wydarzeniu głośno. Według średniowiecznych islandzkich zasad ludzie parający się tego rodzaju czarami, jakimi zajmował się Kotkel i jego otoczenie byli oceniani jako naprawdę źli. W wyniku tych wydarzeń i szerzących się pogłosek Kotkel i Grima giną ukamienowani przez Hruta i Olafa.

Kotkel i Grima w tym opisie są współwinni, na równi obciążeni odpowiedzialnością za swoje postępowanie i ponoszą identyczną karę. Dyshonor stosowania magii by krzywdzić ludzi odnosił się według średniowiecznych islandzkich zasad do obu płci tak samo. Gudrid i Ingunn są w tej historii kobietami, które wobec szkodliwej magii okazały całkowity brak tolerancji. Ingunn pierwsza oskarża klan Kotkela o działania czarnomagiczne, Gudrid posuwa się dalej, oskarżając jego ludzi o magiczne pozbawienie życia jej męża. Zachowanie obu tych kobiet przedstawione jest jako honorowa reakcja na niegodne poczynania rodziny oskarżonej o szkodzenie ludziom z użyciem magii, prowadząca do ukarania śmiercią winnych tego występku.

Oprócz historii rodziny Kotkela, w Sadze o Ludziach z Laxardal wspomina się o kobietach doświadczających mistycznych wizji. W tej opowieści przepowiadanie przyszłości i wyjątkowa wiedza są zaletami cenionymi wysoko zarówno u kobiet, jak i u mężczyzn. Kobiety w tej sadze doświadczają swoich wizji przede wszystkim w snach. Kilkakrotnie również przychodzą w nich do mężczyzn jako okrutne i złe duchy. Pierwszym przykładem jest sen Olafa Pawia o złej kobiecie, będącej duszą wołu, którego kiedyś zabił. Kobieta jest wściekła na Olafa za to że uśmiercił jej dziecko i w odwecie skazuje na śmierć jego ukochanego syna. Inna kobieta przychodzi we śnie do Ana, patroszy go i zastępuje jego wnętrzności gałązkami. Kjartan i dwóch innych towarzyszy żartowało sobie z Ana, nazywając go „gałązkowym brzuchem”. Aud dowodziła, że sen Ana był prawdziwy i nie ma tu z czego żartować, ostrzegła również Kjartana przed niebezpieczeństwami leżącej przed nim drogi. Kjartan nie chciał słuchać takich nonsensów i zdecydował podróżować dalej. Ostrzeżenia Aud były prorocze, Kjartana i jego ludzi spotkała w podróży śmierć z rąk Bolliego i jego drużyny.

An ginie razem z Kjartanem i innymi, ale powstaje z martwych za sprawą tej samej kobiety, która nawiedziła go we śnie. Kobieta powróciła, usunęła z jego brzucha gałązki i przywróciła mu życie. Ludzie przyglądający się zwłokom byli przerażeni zobaczywszy, że An żyje, jednak on uspokoił ich, przysięgając na Boga, że nie był nigdy martwy, a jedynie nieprzytomny. Kobieta ze snu Ana była raczej duchem opiekuńczym, nie okrutną istotą, jak ta ze snu Olafa. Była czymś na kształt przysłanej przez Boga agentki, mającej go ochronić i umożliwić mu pomszczenie mordu dokonanego na Kjartanie i jego ludziach. Prawdopodobnie jej postać była próbą ochrzczenia przez autora sagi elementu pogańskiego występującego w ustnej tradycji, w której treść sagi wcześniej przekazywano. Rola Aud w całej tej historii jest niejednoznaczna, gdyż nie jest jasne, czy Kjartan i jego orszak przeżyliby atak gdyby posłuchali jej ostrzeżeń.

Kolejną kobietą o powiązaniach mistycznych jest w tej sadze Gudrun Osvifdottir. Pod koniec opowieści Gudrun widzi ducha na terenie przykościelnego cmentarza. Ów duch próbuje jej przekazać jakieś wiadomości, ale ona każe mu milczeć. Omija go, kierując się do kościoła i – jak sądzi – dostrzega duchy Thorkela i jego towarzyszy, którzy tego właśnie dnia utonęli. Widzi ich ociekających morską wodą. Nie odzywa się do nich, ale wchodzi do kościoła i pozostaje tam, dopóki nie zbiera się na odwagę, by ponownie na nich spojrzeć. Gdy orientuje się, że tam, gdzie widziała ich wcześniej, nie ma już nikogo, czuje się wstrząśnięta całym wydarzeniem.

Saga mówi, że po tym spotkaniu Gudrun stała się osobą bardzo religijną i wiele czasu spędzała w kościele na modlitwach. Jej wnuczka Herdis śniła o złej kobiecie, która wymagała od niej by powiedziała babce, że jej płacz i wyrzuty powodują jej wielkie cierpienie. Gdy Herdis opowiedziała Gudrun swój sen, ta kazała usunąć deski podłogi z miejsca, w którym zazwyczaj klękała, a pod nimi odkryła kości, naszyjnik i duży kostur magiczny. Uznała, że musiał to być grób völvy pochowanej pod kościołem. Gudrun kazała usunąć kości i złożyć je w miejscu rzadko odwiedzanym przez mężczyzn .

Gudrun spotkała duchy zmarłego męża i jego towarzyszy, a jej wnuczka miała wizję kobiety, która skłoniła ją do przekazania babce przesłania. Nie wchodziła z tymi duchami w żadne interakcje. Zignorowała widma Thorkela i jego ludzi, a kości völvy kazała złożyć tam, gdzie nikt nie mógłby ich znaleźć. Jej działanie było honorowe i zgodne z nakazami wyznawanej przez nią religii. Nie spoufalała się z istotami przychodzącymi zza Zasłony Światów i usunęła kości pogańskiej wieszczki z terenu chrześcijańskiego kościoła, nie dbając o pozostałości poganki, ale o spokój poświęconego miejsca. Dowodzi tego bezceremonialność opisu przeniesienia znalezionych zwłok. Fakt, że kazała je usunąć z terenu kościoła wskazuje na to że nie były godne tam spoczywać.

Saga opisuje również takie osoby jak Grima, używające magii do szkodzenia ludziom jako zasługujące na okrutną śmierć. Opis postępowania Gudrun Osvifsdottir jest przykładem właściwego zachowania średniowiecznej islandzkiej chrześcijanki w obliczu spotkań z tymi, którzy przychodzą zza Zasłony Światów i wszelkich doświadczeń „ponadnaturalnych”.

  Saga o Njalu


Wydarzenia paranormalne opisane w tej sadze obejmują jasnowidzenie, pojawianie się duchów zmarłych, omeny, działanie wiedźm, klątwy i graficzne przedstawienie walkirii. Mężczyźni w niej posiadają dar jasnowidzenia, spotykają duchy umarłych i doświadczają omenów związanych z walką. Mężczyźni, jak Njal, byli poważani z powodu swoich doznań mistycznych ale ci, którzy swoich zdolności nadużywali byli uważani za niegodnych. Jedynymi pojawiającymi się w Sadze o Njalu wydarzeniami, które można połączyć z kobiecą godnością były klątwy seksualne, jasnowidzenie i wizja walkirii.

Klątwa seksualna złożona przez królową Gunnhild na Hrucie wskazuje na kobiecą moc magiczną. Gunnhild była wdową po królu Norwegii Eryku Krwawym Toporze. W Sadze o Njalu ma ona ogromną władzę nad swoim synem, królem Haraldem Szarym Płaszczem i używa tej władzy by posiąść Hruta. Żąda, by Hrut spał z nią przez dwa następujące po sobie tygodnie i grozi śmiercią każdemu, kto rozmawiałby o tym z kimkolwiek. Gdy odkrywa, że Hrut, zaręczony z Ull chce wrócić do niej na Islandię, ogarnia ją wściekłość. Zazdrosna i rozżalona faktem, że kochanek nie powiedział jej o innej kobiecie ważnej w jego życiu, Gunhild przeklina Hruta, by nie mógł zaznać w łożu przyjemności z Ull, ale by mógł zadowalać inne kobiety. Klątwa się spełniła, Hrut i Ull nie nacieszyli się sobą w małżeństwie. Ull była tak bardzo rozżalona brakiem fizycznej bliskości z mężem, że błagała ojca o zgodę na rozwód z Hrutem, gdyż nie mógł jej zadowolić, choć oboje bardzo się starali dać sobie rozkosz. Uzyskała rozwód a to rozstanie stało się ujmą na honorze Hruta, bo mówiono o tym, że nie był w stanie skonsumować małżeństwa.

Klątwa królowej Gunnhild dowodzi jej mocy. Kobieta wierzy, że Hrut naraził jej honor na szwank, ukrywając przed nią swoje zaręczyny. Jej działanie magiczne pozwala na swego rodzaju zemstę i powoduje ujmę na honorze Hruta jako małżonka i mężczyzny. Autor sagi nie potępia postępowania królowej i wygląda na to że jedyną osobą, której godność w jego wyniku ucierpiała jest Hrut.

Występujące w sadze opisy jasnowidzenia (lub „podwójnego wzroku”) wskazują na to że moce, którymi posługiwali się ich posiadacze, wykorzystywane w sposób godny, były źródłem szacunku wobec ich posiadaczy. Najbardziej znanym bohaterem tej sagi obdarzonym ową zdolnością jest Njal, występuje w niej jednak również kilka kobiet posiadających dar jasnowidzenia. Saeunn, stara kobieta z Bergthorshvol jest określana jaklo bardzo mądra i zdolna do przepowiadania przyszłości. Doradza Njalowi, by umieścł ziele siódmaczka rosnące za jego domem w wodzie lub by szybko je zniszczył, gdyż pewnego dnia ta roślina spowoduje pożar jego domostwa i spalenie jego samego i jego żony Berthgory. Njal ignoruje to ostrzeżenie, co okazuje się błędem, albowiem właśnie ta roślina zostaje wykorzystana przez Flosiego i jego ludzi do spalenia jego domu i uśmiercenia wszystkich, którzy byli wewnątrz.

Żona Njala, Bergthora jest również obdarzona rodzajem jasnowidzenia. W noc pożaru mówi swoim domownikom by wybrali swoje ulubione pokarmy, bo będzie to ich ostatni posiłek w jej domu. Mówi, że gdyby chciała, mogłaby powiedzieć znacznie więcej, ale wtedy wrogowie przybyliby zanim posiłek zostanie ukończony.

Inną kobietą w Sadze o Njalu doświadczającą wizji jest matka Thorvalda Yngvild. Gdy bracia zgodzili się pomóc Flosiemu, mówi ona swoim synom, że miała sen, w którym Thorvald umrze odziany w czerwoną tunikę, w źle zapiętych spodniach, bardzo ciasnych. Jej synowie Thorvald i Thorkel wyśmiali to ostrzeżenie uznając je za idiotyczny nonsens. Wizja Yngvild okazuje się jednak prawdziwa, gdy Thorvald ginie z ręki Thorgeira Skorageira.

Inaczej niż Saeunn, posiadająca dar jasnowidzenia przez całe życie, Berthora i Yngvild doświadczają go tylko w określonych sytuacjach. Oczywiste jest jedynie to że rodziny obydwu kobiet ignorują ich ostrzeżenia. Gdyby krewni wszystkich trzech kobiet potraktowali ich wizje poważnie, mogliby uniknąć śmierci, tym samym zwiększając szacunek, jakim były darzone.

Ostanie zdarzenie z pogranicza świata realnego i mistycznego opisane w Sadze o Njalu, którego uczestniczkami są kobiety ma miejsce w Wielki Piątek. Mężczyzna imieniem Dorrud widzi dwanaście osób wjeżdżających konno do kobiecej części domostwa i znikających wewnątrz. Zaglądając przez okno dostrzega, że przybyłe kobiety są wewnątrz pomieszczenia i ustawiły w nim krosna. Jako ciężarków tkackich używały czaszek, jako wątku i osnowy ludzkich jelit, miecza jako czółenka i strzały jako wrzeciona. Mówiły wiersze a gdy zakończyły tkanie, rozerwały wykonany przed chwilą materiał na strzępy, a każda zachowała jej kawałek w dłoni. W swoim tłumaczeniu sagi Robert Cook podaje przypis, że wiersz recytowany przez kobiety jest znany jako The Fatal Sisters, a one same są walkiriami, sama zaś czynność tkania jest odpowiednikiem walki. Zawsze gdy trwa bitwa, rozstawiają swoje krosna. Ten epizod jest o tyle ciekawy, że w schrystianizowaną sagę wnosi element pogański, odyniczny. Wydaje się w sadze nie na miejscu, stanowi obcy wtręt, dowodzący jednak wpływu agentek Odyna na plan materialny.

  Wnioski


Świat ponadnaturalny jest istotną składową kodeksu honorowego średniowiecznych islandzkich kobiet. Niezależnie od wysokiego statusu, jakim cieszyły się w społeczności pogańskiej, w nowej rzeczywistości religijnej kobiety były zmuszone do przestrzegania znacznie surowszego kodeksu etyki niż mężczyźni i świat „ponadnaturalny” nie był tu wyjątkiem. Między rzeczami akceptowalnymi i nieakceptowalnymi jest tutaj zarysowana wyraźna granica. Pięć omawianych sag opisuje kobiety jako niegodne jedynie wówczas, gdy nadużywają swoich mocy dla własnej korzyści, jednak za znacznie bardziej honorowe od używania czarów uważa się w nich wykorzystywanie zdolności parapsychicznych.

Kobiety zaangażowane w działania, które można określić jako mistyczne w omawianych sagach przestrzegają wyraźnych zasad silnie związanych z chrześcijańskim prawem XIV-wiecznej Islandii. Nie powinny używać magii do krzywdzenia kogokolwiek i jakiejkolwiek żywej istoty, dlatego oczywiste jest potępienie Grimhild z Sagi o Volsungach i Grimy z Sagi o ludziach z Laxardal. Signy z Sagi o Volsungach, Thorbjorg z Sagi o Grenlandczykach i królowa Grimhild z Sagi o Njalu są postaciami moralnie niejednoznacznymi. W żadnej z sag nie zostają otwarcie potępione. Signy dzięki użyciu magii popełnia kazirodztwo, zatem jej uczynek jest karygodny w świetle islandzkiego prawa, saga jednak o tym nie wspomina. Podobnie działania Thorbjorg powinny być potępione bo były sprzeczne z prawem, jednak i ona nie zostaje wprost oceniona negatywnie, i to pomimo zmuszenia chrześcijanki Gudrid do udziału w jej rytuale. Również królowa Gunnhild nie zostaje potępiona, choć jej działania powodują cierpienie Ull – uznaje się raczej, że poprzez rzuconą klątwę słusznie pomściła ujmę na własnym honorze.

Wiele z kobiet występujących w tych sagach jest szanowanych za właściwe użycie swoich zdolności. Kostebra, Glaumvor i Brynhild z Sagi o Volsungach oraz Saeunn, Berthgora i Yngvild z Sagi o Njalu starają się chronić mężczyzn przed złym końcem. Gudrid Thorbjarnarsdottir z Sagi o Grenlandczykach i o Eryku Rudym oraz Gudrun Osvifsdottir z Sagi o Ludziach z Laxardal doświadczając przeżyć „ponadnaturalnych” postępują honorowo i zgodnie z własnymi przekonaniami. Żadna z nich nie naraża na szwank swojej wiary chrześcijańskiej.

Przykłady z sag dowodzą wpływu doznań mistycznych i właściwego w zetknięciu z nimi zachowania na kodeks honorowy średniowiecznej kobiety islandzkiej. Kobiety mogły przestrzegać owego kodeksu lub postępować sprzecznie z nim i przykłady obu postaw są w sagach wyraźnie przedstawione, nie brakuje także postaw ambiwalentnych i trudnych do jednoznacznej oceny. Postępowaniem zdecydowanie niegodnym było nadużywanie posiadanych zdolności do osiągania prywatnych celów lub szkodzenia innym.

Literatura

  • Andersson, Theodore M. “The Displacement of the Heroic Ideal in the Family Sagas.” Speculum 45, no. 4 (1970): 575–593.
  • Árnason, Vilhjálmur. “Morality and Social Structure in the Icelandic Sagas.” The Journal of English and Germanic Philology 90, no. 2 (1991): 157–174.
  • Auerbach, Loren. “Female Experience and Authorial Intention in Laxdoela Saga.” Saga-Book XXV (1998–2001): 30–52.
  • Bauman, Richard. “Performance and Honor in 13th-Century Iceland.” Journal of American Folklore 99 (1986): 131–150.
  • Borovsky, Zoe. “Never in Public: Women and Performance in Old Norse Literature.” The Journal of American Folklore 112, no. 443 (1999): 6–39.
  • Byock, Jesse L. “Governmental Order in Early Medieval Iceland.” Viator: Medieval and Renaissance Studies 17 (1986): 19–34.
  • Byock, Jesse. Medieval Iceland: Society, Sagas, and Power. Berkeley: University of California Press, 1990
  • Byock, Jesse, trans. The Saga of the Volsungs. Berkeley: the Regents of the University of California, 1990
  • Byock, Jesse. Viking Age Iceland. New York: Penguin Putnam, 2001
  • Clover, Carol J. “Regardless of Sex: Men, Women, and Power in Early Northern Europe.” Speculum 68, no. 2 (1993): 363–387.
  • Cook, Robert, trans. Njal’s Saga. Leifur Eiríksson Publishing, 1997
  • Dennis, Andrew, Peter Foote, and Richard Perkins, trans. Laws of Early Iceland: Grágás I Winnipeg: The University of Manitoba Press, 1980
  • Dennis, Andrew, Peter Foote, and Richard Perkins, trans. Laws of Early Iceland: Grágás II. Winnipeg: The University of Manitoba Press, 2000
  • Frank, Roberta. “Marriage in Twelfth– and Thirteenth-Century Iceland.” Viator: Medieval and Renaissance Studies 4 (1973): 473–484.
  • Gehl, Walther. Ruhm und Ehre bei den Nordgermanen: Studien zum Lebensgefühl der isländischen Saga. Berlin: Junker und Dünnhaupt, 1937 Quoted in Andersson, Theodore M. “The Displacement of the Heroic Ideal in the Family Sagas.” Speculum 45, no. 4 (1970): 575–593. 92
  • Gordon, E. V. An Introduction to Old Norse. Second Edition. Oxford: Oxford University Press, 1952
  • Grønbech, Vilhelm. Vor folkeæt I oldtiden. Copenhagen, 1955 Quoted in Andersson, Theodore M. “The Displacement of the Heroic Ideal in the Family Sagas.” Speculum 45, no. 4 (1970): 575–593.
  • Hall, Richard. The World of the Vikings. New York: Thames & Hudson Inc., 2007
  • Haywood, John. The Penguin Historical Atlas of the Vikings. New York: Penguin Putnam Inc., 1995
  • Heimskringla. “Völsunga saga.” http://www.heimskringla.no/wiki/V%C3%B6lsunga_saga.
  • Icelandic Saga Database. “Eiríks saga rauða.” http://www.sagadb.org/eiriks_saga_rauda.on.
  • Icelandic Saga Database. “Grænlendinga saga.” http://www.sagadb.org/graenlendinga_saga.on.
  • Jesch, Judith. Women in the Viking Age. Woodbridge: The Boydell Press, 1991
  • Jochens, Jenny M. “The Medieval Icelandic Heroine: Fact or Fiction?” Viator: Medieval and Renaissance Studies 17 (1986): 35–50.
  • Jochens, Jenny. Women in Old Norse Society. Ithaca: Cornell University Press, 1995
  • Kunz, Keneva, trans. The Saga of the People of Laxardal. In The Sagas of the Icelanders, edited by Örnólfur Thorsson. Iceland: Leifur Eiríksson Publishing, 1997
  • Magnusson, Magnus and Hermann Pálsson, ed. The Vinland Sagas: The Norse Discovery of America, Grænlendinga Saga and Eirik’s Saga. Magnus Magnusson and Hermann Pálsson, 1965
  • Motz, Lotte. “Female Characters of the Laxdæla Saga.” Monatshefte 55, no. 4, (1963): 162–166.
  • National Museum of Natural History. Vikings: The North Atlantic Saga. Edited by William W Fitzhugh and Elizabeth I Ward. Washington, D.C.: Smithsonian Books, 2000
  • Rosenthal, Joel T. “Marriage and the Blood Feud in „heroic‟ Europe.” The British Journal of Sociology 17, no. 2 (1966): 133–144 93
  • Sawyer, Birgit and Peter Sawyer. Medieval Scandinavia: From Conversion to Reformation Circa 800–1500. Minneapolis: University of Minnesota Press, 1993
  • Schlauch, Margaret. Romance in Iceland. New York: Russell & Russell, 1973
  • Somerville, Angus A and R. Andrew McDonald, ed. The Viking Age: A Reader. Toronto: University of Toronto Press, 2010
  • Sveinsson, Einar Ól, ed. Brennu-Njáls Saga. Reykjavik: Íslenzk Fornrit, 1971
  • Sveinsson, Einar Ól, trans. Laxdæla Saga. Reykjavik: Íslenzk Fornrit, 1971
  • Van Sweringen, Grace Fleming. “Main Literary types of men in Germanic Hero-Sagas.” The Journal of English and Germanic Philology 14, no. 2 (1915): 212–225


środa, 19 października 2011

takie tam

9 razy skomentowano

Pojechałam dzisiaj na Kabaty. Zobaczyć, jak ma się zaprzyjaźniona para kruków. Czy wyprowadziły w tym roku młode. Po drodze pogoda schrzaniła się makabrycznie, więc przestałam w sumie liczyć na spotkanie, wystarczyłaby mi sama przyjemność spaceru w deszczowym lesie. Kurzą wątróbkę kupioną w Tesco po drodze jako prezent dla ptaszysk przecież i tak by coś w lesie zeżarło.

I jaka miła niespodzianka. Kiedy doszłam do tej części lasu, w której gniazdują (choć konkretnego drzewa od kilku lat nie udało mi się znaleźć) wyłożyłam prezent na pniak i przysiadłam sobie w bezpiecznej odległości, wyciągnęłam termos i zaczęłam sama raczyć się herbatką. I najpierw usłyszałam krucze gadanie, potem przyleciało jedno stare, za jakiś czas drugie, a za nimi dwoje młodziaków. Poskakały koło pniaka i wątróbki, całe pół kilo zeżarły, zniknęło błyskawicznie.

Ale dobrze, Braciszki przestają mnie już traktować jak intruza. Przynajmniej nie sądzą, że im zagrażam. Nie oswoję ich, ale coraz życzliwiej pozwalają się podglądać. Cholernie żałowałam, że nie wzięłam ze sobą aparatu. Nic to, weźmie się następnym razem. Nie da się zresztą ukryć, że straciłam serce do zdjęć. Do wielu rzeczy, które jeszcze niedawno mnie cieszyły je straciłam.

A rzeczywistym powodem wyprawy był sen. Bo po raz pierwszy chyba od miesiąca przespałam dzisiaj siedem godzin, nie siedziałam do oporu, nie zmuszałam się do niespania, stwierdziłam, że a niech tam. No i oczywiście dopadli mnie Ci, od których chciałam się odizolować. W sumie to było do przewidzenia, przed nimi nie da się uciec, zamkniesz drzwi — to jeśli czegoś oczekują, wejdą oknem lub wcisną się przez mysią dziurę. Sen był z Tych. Ciężkich. Trudnych. Nie ma potrzeby go opisywać, niech wystarczy, że były w nim kruki, żądające, wymagające i ponaglające by żądanie, które przekazywały spełnić. Był ktoś jeszcze. Trudno było się z tego snu wyrwać, był ciężki. Stawiał przede mną bardzo trudne zadanie. Zadanie, o którym ktoś już mi wcześniej wspominał. Które obecnie wydaje się niewykonalne. Cóż, kiedyś, jakoś, z pomocą kruków, mam nadzieję, że uda mi się jednak je wykonać. Nie mam w sumie innego wyjścia...

Ani przed Snami, ani przed tym, co mi jako zadanie postawiono nie będę uciekała. Choć nie wiem jak to zadanie wypełnię... I nie ma lekko. Jak kiedyś udawało mi się nie wchodzić sobie z Bogami nawzajem w drogę, tak chyba już więcej nie będzie to możliwe. Cóż, w końcu przed rokiem coś im przysięgłam. Tego też trzeba dotrzymać, choć tylko Oni sami wiedzą, jak miałoby to być zrealizowane. Ja nie wiem...


poniedziałek, 17 października 2011

przyjaźń

1 razy skomentowano


Wzruszono mnie dzisiaj ogromnie. Niby nic, niby taka gadka w komunikatorze, który głupawym gadkom głównie służy albo załatwianiu na szybko bieżących spraw. A jednak.  Rozpłakałam się, znowu, czytając to, co mi napisano. Ale to dobre łzy, takie serdeczne, nie z żalu, pełne ciepła...


Jesteś czy śpisz?
Lubię, kiedy jesteś.
Jesteś dla mnie jak matka, której nigdy w sumie nie miałem.



I mówi to ktoś, kto zna mnie od lat. Kto widział mnie w najżałośniejszej słabości. Kto słuchał mojego płaczu i głupawką potrafił wytrzeć łzy. Pomógł wstać. Ktoś, na kogo nakrzyczałam, gdy chciał mówić źle o tych, którzy mi zarzucają zatruwanie „wszystkiego”. Dobrze mieć takich przyjaciół. A ci najprawdziwsi przychodzą właśnie wtedy, gdy najbardziej ich potrzeba. Dzięki nim właśnie można uwierzyć, że może jednak nie jest się tą trucicielką, która potrafi tylko sączyć jad i „wszystko” nim zatruwać. Która niszczy wszystko, do czego dotknie.

Może jednak nie jestem taka zła i beznadziejna, jak część znajomych chciałaby mnie postrzegać. Może jednak do czegoś się nadaję.

...i znów chce się żyć. Bo jest dla kogo. Lepiej być potrzebną innym niż potrzebować ich... chociaż wszystko przecież jakoś można zrównoważyć.

Dziękuję, Żółwiku. Dobrze, że jesteś. Bardzo dobrze. Bez Ciebie świat byłby pusty.


niedziela, 9 października 2011

szlag...

25 razy skomentowano

Szlag by trafił.
Nie, tym razem nie zmilczę. I nie wpakuję tego do prywatnych zapisków, wywalę z flaków publicznie. Bo zapiekło jak diabli.

Człowiek gryzie się w język, żeby tylko nie palnąć czegoś, czego mógłby pożałować. Bardzo stara się nie dawać wyrazu swojemu żalowi, do którego przecież ma prawo, mimo to tłumi go w sobie i udaje, nawet sam przed sobą, że go wcale nie odczuwa. Na niektóre tematy nie rozmawia z nikim, kompletnie. Odciął się całkowicie i bez jednego słowa i znaku życia od licznej grupy znajomych, zachowując (i tak nieregularny) kontakt z dwójką najbliższych tylko — a i wobec nich po dwóch krótkich rozmowach, gdzie w dodatku sam był więcej opieprzany niż gadał i to jemu powiedziano więcej niż on z siebie wydusił, gęby w niektórych sprawach nie otwiera. Nie wypowiada się w tychże niektórych sprawach ani tutaj, ani w miejscu, gdzie ma dostęp tylko on sam. Ani prywatnie ani publicznie. Nawet w zeszycie nie zapisuje. I nawet myśli tych spraw dotyczące odpędza i pracą zabija. Zagryzł zęby i milczy, choć czasem chciałby się komuś wyskarżyć.

I po co to wszystko? Po to, żeby dowiedzieć się, że zatruł wszystko jadem, sączonym na sieci i wśród znajomych... Tego nie potrafię zmilczeć, cholera, przykro mi, ale nie.

Chyba zatem muszę zapytać. Znajomych. Drodzy Znajomi, czy ostatnimi czasy — od powrotu z wakacji, powiedzmy, sączyłam wśród Was jakiś jad? Czy w ogóle z kimkolwiek z Was miałam do czynienia, nie mówię nawet o kontakcie realnym, ale choćby wirtualnie? Ch. i K. nie dotyczy — z nimi rzeczywiście kilkakrotnie się spotkałam i spotkam jeszcze — choć nie da się powiedzieć, żebym i tak, nawet wobec nich nie była oględna w słowach dotyczących tej osoby, która mi ten zarzut dziś postawiła. Bo nie dotyczy to jadu kierowanego przeciw chrześcijaństwu, do którego otwarcie się przyznaję (do jadu, nie do chrześcijaństwa).

Czyżby ktoś brał do siebie coś, co wcale go nie dotyczyło? Było albo wypowiedziami kompletnie ogólnymi i nie dotyczącymi nikogo, a jeżeli nawet, to (jeśli chodzi o negatywny wydźwięk) mnie w sposób niemniejszy - bo na przykładzie pewnego wydarzenia — czegoś co nie mnie spotkało, a wszystko wskazuje, że się w jakiś sposób mogłam do tego przyczynić i zostało opisane anonimowo — omawiałam pewne zjawisko? A może ktoś wziął do siebie gorycz skierowaną ku zupełnie innej osobie, osobie z głębokiej przeszłości?

Hm... Chodzi mi po głowie, że jak my pluć jadem (i upubliczniać prywatna korespondencja, na przykład jej wyrwane z kontekstu fragmenty na fb), to jest dobrze. Jak nam się wydawać, że ktoś na nas pluć (choć ktoś wcale tego nie robić), to jest be... Kali zdaje się być nieposzlakowanym wzorcem...

Po co być lojalnym? Jasna cholera, człowiek naprawdę uczy się całe cholerne życie. I takie nauczki też sprawiają, że tego życia ma dość, powyżej uszu, odda za darmo, zamieni się z kimś, komu go tylko kilka miesięcy, tygodni albo dni pisane, a może mniej jeszcze. Ktoś weźmie sobie te lata, co mi jeszcze zostały? Podobno nienajgorsze mają być...

Cholerną przykrość mi dziś sprawiono, paskudniejszą i bardziej chyba bolesną niż wszystkie dotychczasowe. Bo niesprawiedliwość bardzo boli. A może sprawca przykrości to przeczyta i zastanowi się nad tym, co powiedział i nad podstawami do tej wypowiedzi — bo prośba o konkretne zarzuty i dowody sączenia oczywiście pozostała bez odzewu.

Czy godne znoszenie niesprawiedliwości ma oznaczać, że się tej niesprawiedliwości wcale nie dostrzega? Udaje że jej nie było? Całą winę ustawicznie bierze jedynie na siebie? Jakbym i tak stale w myśli nie obciążała się winą za to, że jak zwykle wszystko zniszczyłam...

Jeszcze jeden taki zarzut i naprawdę zacznę sączyć jad... i już w momencie, kiedy to piszę, wiem, że to nieprawda. Nie umiałabym. Nie w tym wypadku. Ech...


piątek, 7 października 2011

o czym warto jeszcze marzyć

0 razy skomentowano

Zbliżające się święto zawsze było dla mnie najważniejsze. Zarówno ze względu na cezurę w stanie świata, jaką stanowi, jak i na inne jego konotacje. Na to że Zasłona jest wtedy najcieńsza, że najbliżej nam do Przodków, że najłatwiej wtedy zajrzeć wgłąb siebie… I zawsze w jego pobliżu działy się rzeczy dla mnie najistotniejsze. Ostatniej nie chcę nawet wspominać.

Nie, nie jestem smutna. Nie jestem nawet przygnębiona czy zrezygnowana. Po prostu chyba zaczęła mnie dopadać aura święta. I zbliżającej się pełni, która będzie mocna.

Dzisiaj jest jeden z tych dni, kiedy czuję, że doświadczyłam w życiu już wszystkiego, czego można doświadczyć. W sensie emocjonalnym, a skoro jestem guślarką, byłam nią zawsze i będę, póki nie umrę, emocje stanowią zarówno najistotniejszy składnik mojego „ja”, jak i najważniejsze narzędzie. I szczęścia tak wielkiego, że wydaje się nieprawdopodobne (i rzeczywiście z czasem nieprawdopodobne się okazuje) i bólu tak potężnego, że wydaje się, że ani przez chwilę dłużej nie da się go już znosić. A jednak znosi się go, tygodniami, miesiącami, latami nawet, pokazując przy tym ludziom uśmiechniętą twarz i żyjąc tak, jakby ów ból nie siedział ciężarem na karku, nie przygniatał do ziemi. I wszystkiego, co jest pomiędzy nimi.

To jeden z takich dni, kiedy zaczynam mieć wrażenie, że jedynym nieznanym mi doświadczeniem, jakie życie jeszcze może mi zaoferować, jest doznanie umierania. To co się wtedy czuje. I zaczynam być bardzo, maniakalnie wręcz ciekawa tego doznania. I tego, co jest za Zasłoną, po drugiej stronie, o ile cokolwiek w ogóle tam jest i o ile jakakolwiek świadoma część „ja” jest w stanie to przetrwać. Dziwne uczucie, kiedy odkrywa się, że jedyną rzeczą, o której warto jeszcze w życiu marzyć, jest umieranie...

Znajomy (i to taki, po którym nie spodziewałabym się w ogóle takiej rozmowy i wydawałoby się, że niemożliwe jest, żeby ci, którzy mu to pokazali — pokazali właśnie jemu) powiedział mi dziś, że widział jak umrę. I nie byłam w tej wizji stara. To dobrze.


środa, 5 października 2011

o Leifie Eirikssonie i jego odkryciu

0 razy skomentowano

Mimo że był chrześcijaninem, jednak jako synowi prawowitego poganina, Eryka Rudego, Leifowi Eirikssonowi również należy się krótka wzmianka. W końcu heathen na całym świecie 9 października, a więc za kilka dni, w dniu naszych tegorocznych wyborów parlamentarnych, obchodzą dzień jego pamięci. Jak wspomniałam w artykule o jego ojcu, przez Wikipedię Leif został potraktowany dość skrótowo — pozwoliłam sobie zatem przetłumaczyć krótki artykuł o nim, pióra Linn Ryne, który w oryginale jest zamieszczony tutaj.

W 986 r. urodzony w Norwegii Eirik Thordvaldsson, znany jako Eryk Rudy, poznał i skolonizował północno-zachodnią część Grenlandii. Jego syn, Leifr Eiriksson był pierwszym Europejczykiem, który postawił stopę na wybrzeżach Ameryki Północnej i pierwszym jej odkrywcą, a dziś doczekał się w końcu światowej sławy.

Data i miejsce jego urodzenia nie zostały dokładnie zbadane, jednak wierzy się, że wyrósł na Grenlandii. Saga o Eryku Rudym wspomina, że w 999 r. udał się do Norwegii i przez jakiś czas służył królowi Olafowi Tryggvesonowi, a rok później został wysłany na Grenlandię, by chrystianizować jej mieszkańców.

Dalszy ciąg wydarzeń jest rozpatrywany na dwa sposoby. Pierwszy z nich mówi o tym, że w drodze na Grenlandię Leifr zboczył z trasy i przypadkowo, w roku 1000 dotarł na północno-zachodnie amerykańskie wybrzeże, wyprzedzając Kolumba o 500 lat. Jednak inny punkt widzenia, oparty na Sadze o Grenlandczykach, którą uważa się za historycznie wierną, wskazuje, że to odkrycie nie było przypadkowe. Saga mówi, że Leifr ufundował wyprawę i wypłynął z Grenlandii na zachód, by sprawdzić plotki, których autorem był islandzki kupiec Bjarni Herjulfsson, który w 986 r. daleko przez gwałtowny sztorm zniesiony z kursu w podróży z Islandii na Grenlandię opowiadał o zalesionej i pagórkowatej ziemi leżącej na zachodzie. W takim razie to on byłby pierwszym Europejczykiem, który przynajmniej zobaczył amerykańskie wybrzeże, choć na nim nie stanął. Leifr Eiriksson, zachęcony jego opowieścią i stałą potrzebą zwiększania ilości dostępnej grenlandzkim osadnikom uprawnej ziemi odkupił statek Bjarniego i wypłynął w swoją odkrywczą podróż.

Prawdopodobnie starał się płynąć trasą Bjarniego w przeciwnym kierunku, trzy razy schodząc na ląd. Miejsce pierwszego lądowania nazwał Hellulandem lub Ziemią Płaskich Kamieni; przypuszcza się, że był to dzisiejszy Labrador. Drugim miejscem był Markland lub Ziemia Drzew, prawdopodobnie była to Nowa Funlandia. Dokładna lokalizacja miejsca, w którym przybił do brzegu po raz trzeci i nazwał je Winlandią jest tematem scholastycznych sprzeczek ale mogło ono leżeć tak daleko na północ, jak północny skraj Nowej Funlandii lub tak daleko na południe, jak Cape Cod. Lub może jeszcze gdzie indziej.

Leif i jego ludzie zimowali w Winlandii, w miejscu, które nazwali Leifsbud-ir i powrócili na Grenlandię najprawdopodobniej w 1001 r1.

Kolejną wyprawę ku amerykańskim wybrzeżom odbył prawdopodobnie brat Leifa, Thorvald. Sam Leif nigdy tam nie wrócił. Kolejne próby osadnictwa w Winlandii nie zakończyły się powodzeniem, skutecznie udaremniali je Indianie.

Mimo że wielu wciąż uważa Kolumba za pierwotnego odkrywcę Nowego Świata, prawo Leifa Eirikssona do tego tytułu zostało oficjalnie potwierdzone w Stanach Zjednoczonych w 1964 r., gdy prezydent Johnson za namową anonimowego kongresmena ustanowił na pamiątkę przybycia pierwszego Europejczyka do Ameryki 9 października „Dniem Leifa Eirikssona”.



1Istnieją jednak wzmianki wskazujące na to, że wyprawa Leifa mogła mieć miejsce rok lub dwa później - jego ojciec zmarł w wyniku epidemii zawleczonej na Grenlandię przez falę osadników przybyłych w 1002 roku — mówi się niekiedy, że Leifr dowiedział się o śmierci ojca dopiero po powrocie ze swojej winlandzkiej wyprawy — skoro Eryk zmarł w 1003 r. — w takim razie wyprawa Leifa mogła mieć miejsce w latach 1002-1003 [przypis mój].




Eryk Rudy - kim był i czemu go wspominamy

3 razy skomentowano

Ponieważ zbliżają się dni pamięci o dwóch dawnych odkrywcach, ojcu i synu, z których przynajmniej ojciec był związany z północnym pogaństwem, dla siebie i tym, którzy tu czasem zaglądają postanowiłam nieco przybliżyć ich postaci. Nie żebym bardzo szalała, kopiąc w źródłach. Zdecydowanie ostatnio brak mi na to czasu, może przy okazji innych bohaterów — gdy czas już na to pozwoli, zrobię głębszy research. Oparłam się po prostu na Wikipedii, ale mimo to może nawet tak skrótowe pseudobiografie komuś się do czegoś przydadzą. Zatem oto, kim był Eryk Rudy — założyciel pierwszej stałej kolonii na Grenlandii. Zwyczajowo wspomina się go 8 października. Jego syn, Leifr Eiríksson, znany jako pierwszy europejski odkrywca Ameryki, wspominany dzień później (o nim pod koniec artykułu o tatusiu), jest przez Wikipedię potraktowany znacznie bardziej po macoszemu, szersze przedstawienie historii jego odkrycia jest dostępne każdemu, kto trochę pogmera, jednak przyciąga znacznie mniej mojej uwagi jako ten, który się od dawnych bogów odwrócił i razem z połowicą przyjął chrzest.

Eirik Thorvaldsson (Eirīkr Þōrvaldsson; 950–1003), znany jako Eryk Rudy (Eirīkr hinn rauði) jest znany z islandzkich średniowiecznych sag jako założyciel pierwszej europejskiej osady na Grenlandii. Islandzka tradycja mówi, że urodził się w Norwegii, w dystrykcie Jæren w Rogalandzie, jako syn Thorvalda Asvaldssona, dlatego wspomina się o nim patrynomicznie jako o Eriku, synu Thorvalda. Przezwisko „Rudy” bądź „Czerwony” pochodzi zapewne od koloru jego włosów.

Rodzice Eryka opuścili Norwegię prawdopodobnie z powodu nieumyślnego spowodowania czyjejś śmierci. Wraz z synem osiedlili się w Hornstrandir w zachodniej Islandii. Islandczycy skazali Eryka na trzyletnie wygnanie za kilka zabójstw około 982 roku.

Ożenił się z Þjóðhildr (Thjodhildrą), córką Jørundura Ulfssona i Thorbjørgi Gilsdottir (po jej ojcu, a dziadku Thjodhildry nazwano Gilsfjørd). Matka Jørunda, Bjørg była wnuczką irlandzkiego króla Cerballa mac Dúnlainge (Kjarvala), córką jego córki Rafarty. Osiadł w Haukdadal (Dolina Sokoła), gdzie zbudował farmę. Jego pierwsze poważne kłopoty zaczęły się, gdy jego niewolnicy spowodowali osunięcie się ziemi na sąsiedniej farmie, należącej do niejakiego Valthjofa. Przyjaciel Valthjofa, Eyiolf zwany Głupcem, zabił tych niewolników. W zamian Eryk zabił Eyiolfa i Holmgang-Hrafna, w związku z czym ludzie Eyiolfa zażądali wygnania Eryka z Haukadal. Przeniósł się zatem do Öxney. Poprosił Thorgesta w Haukadal o przechowanie jego setstokkr, dziedzicznych zdobionych dźwigarów o dużym znaczeniu magiczno-mistycznym, które jego ojciec przywiózł z Norwegii. Kiedy ukończył budowę nowego domu, wrócił, by je odzyskać, jednak okazało się to niemożliwe. Udał się zatem do Breidabolstad i zabrał te, które tam znalazł. Prawdopodobnie owe zabrane setstokkr należały do Thorgesta, jednak źródła w tej kwestii są niejasne. Thorgest ścigał Eryka i w walce, która się między nimi wywiązała zginęli jego synowie oraz „kilku innych mężów”. Po tym wydarzeniu obaj przeciwnicy zgromadzili w swoich siedliskach liczne drużyny. Erika wspomogli Styr i Eyiolf ze Sviney, Thorbjiorn, syn Vifila i synowie Thorbranda z Alptafirth, natomiast Thorgesta synowie Thorda Krzykacza, Thorgeir z Hitardal i Aslak z Langadal z synem Illugim. Konflikt między nimi został rozwiązany na tingu i Eryk na trzy lata został wyjęty spod prawa.

Mówi się, że Eryk był pierwszym odkrywcą Grenlandii, jednak islandzkie sagi wspominają, że już przed nim wikingowie próbowali się tam osiedlać. Tradycja jako pierwszego osadnika wymienia Gunnbjörna Ulfssona (znanego także jako Gunnbjörn Ulf-Krakuson). Niemal sto lat przed Erykiem wiatry miały zapędzić Gunnbjörna ku ziemi, którą nazwał Gunnbjarnarsker (skalistą wyspą Gunnbjörna). Jednak przypadkowa natura tego odkrycia sprawiła, że w historii Grenlandii Gunnbjörn jest pomijany. Ziemię tę odwiedził również Snaebjörn Galti. Zgodnie z zapisami z tego czasu podjął również pierwszą próbę jej kolonizacji, która zakończyła się katastrofą. Eryk Rudy był pierwszym stałym europejskim osadnikiem na Grenlandii — i tak właśnie jest pamiętany.

Wspomina się, że około 982 r. Eryk dopłynął do tajemniczego i mało znanego lądu. Opłynął południowy skraj wyspy (znany później jako Przylądek Pożegnania — Cape Farewell) i dotarł do jej zachodniego wybrzeża. Prawdopodobnie dobrze przyjrzał się części wybrzeża, która nie była pokryta lodem i sprawiała wrażenie przyjaznej osadnictwu. Saga o Eryku Rudym mówi, że trzy lata swojej banicji spędził poznając odkryty przez siebie teren. Pierwszą zimę spędził na wyspie Eiriksey, drugą w Eiriksholmar (w pobliżu Hvarfsgnipa), ostatniego lata zapędził się na północ aż do Snaefell i Hrafnsfjordu.

Po zakończeniu okresu wygnania i powrocie na Islandię, Eryk zaczął opowiadać o obiecującej ziemi, którą nazwał Grenlandią. Nazwa ta była znacznie bardziej chwytliwa niż nazwa macierzystej Islandii, co miało zachęcić potencjalnych osadników. Był świadom, że ludzi przyciągnie ziemia, która będzie nazywana w pociągający ich sposób. Wiedział także, że kolonizacja nowego terenu powiedzie się tylko jeśli weźmie w niej udział tak duża liczba ludzi, jak to tylko możliwe i chciał zachęcić zwłaszcza „biednych Wikingów żyjących na ubogiej islandzkiej ziemi i tych, którzy doświadczyli niedawnego głodu” — nowa ziemia mogła stanowić dla nich wyzwolenie z nędzy.

Po spędzeniu zimy na Islandii, w 985 r. powrócił na Grenlandię z dużą liczbą kolonistów (25 statków, z czego 14 dotarło na miejsce, a 11 powróciło na Islandię bądź zaginęło na morzu), by osiąść tam na stałe i na jej północno-zachodnim wybrzeżu ustanowił dwie osady — Osadę Wschodnią zwaną Eystribyggð, obecnie Qaqortoq i Osadę Zachodnią lub Vestribyggð, w pobliżu dzisiejszego Nuuk. Być może powstała także Osada Środkowa, jednak historycy twierdzą, że była jedynie częścią Zachodniej. Zarówno Osada Wschodnia, jak i Zachodnia okazały się jedynymi na północno-zachodnim grenlandzkim wybrzeżu miejscami odpowiednimi do uprawy roli. Latem, gdy pogoda sprzyjała podróżom, każda z osad wysyłała liczne grupy ludzi na polowania w okolice Disco Bay, za kręgiem polarnym, na których oprócz żywności zdobywano zwierzęce skóry, kły morsów i to co można było pozyskać z wyrzuconych na plażę zwłok wielorybów.

W Eystribyggð, w pobliżu dzisiejszego Narsarsuaq Eryk wybudował dwór Brattahlíð. Otrzymał tytuł naczelnego wodza Grenlandii i wkrótce doczekał się dużego szacunku i majątku. Osada rozwijała się, niebawem w okolicach dworu Eryka i sąsiednich fiordów osiadło 5000 kolonistów. Stale przybywały grupy imigrantów z przeludnionej już wówczas Islandii. Jedna z nich, przybyła w 1002 r. przyniosła jednak z sobą zarazę, która zdziesiątkowała kolonię, zabijając wielu jej obywateli i samego Eryka. Mimo to i mimo pirackich najazdów, zapomnienia przez macierzyste Islandię i Norwegię oraz nasilających się konfliktów z Eskimosami migrującymi na tereny zajęte przez Islandczyków, osada przetrwała tzw. Małe Zlodowacenie i istniała aż do końca XIV/początku XV wieku.

Średniowieczna tradycja islandzka wspomina, że Eryk i Thjodhildra mieli czworo dzieci — córkę Freydís i trzech synów — odkrywcę Leifa Eiríkssona, Þorvaldra (Thorvalda) oraz Þorsteinna (Thorsteina). Eryk pozostał poganinem, w odróżnieniu od Leifa i jego żony, którzy przyjęli chrzest. Leif jako najprawdopodobniej pierwszy Europejczyk dotarł do Winlandii (prawdopodobnie dzisiejszej Nowej Funlandii). Zaprosił ojca, by towarzyszył mu w podróży, ale zgodnie z legendą, Eryk w drodze na statek spadł z konia i uznając to za zły znak zdecydował, że pozostanie w domu. Prawdopodobnie zmarł podczas wyprawy syna. Nie ma dowodu na to że Leif dowiedział się o śmierci ojca zanim wrócił na Grenlandię.



sobota, 1 października 2011

o spowiedzi, pośrednictwie sakramentalnym
i kapłańskich kompetencjach

0 razy skomentowano

Obiecałam kolejny artykuł krytykujący chrześcijaństwo. Oto i on. Tym razem przyjrzymy się tej religii, po łebkach i płytko, od strony mechanizmów działania sakramentów (na przykładzie spowiedzi), kapłańskiej kompetencji bądź niekompetencji i pewnej rzeczy, o której większość wiernych zazwyczaj zapomina — bo jest niewygodna, nakłada pewne obowiązki zamiast zezwolić na wolne „hulaj dusza”. Głównie odłamu katolickiego, bo ten mi jest najbardziej znany i w naszym kraju najpowszechniejszy. Zaczynając od tak zwanego sakramentu pokuty, a zwłaszcza jego podstawowej składowej — spowiedzi.

Sprawa ze spowiedzią jest głębsza niż mogłoby się wydawać. Być może nie do końca jestem uprawniona do wypowiadania się w tej kwestii, ponieważ nie jestem (już) chrześcijanką (mam za sobą apostazję zarówno formalną, jak i mentalną), ani nawet nie jestem monoteistką, a mój sposób postrzegania bytów boskich mógłby zostać przez wielu uznany za obrazoburczy. Ale cóż, zaryzykuję, zanim zaczęłam studiować religioznawstwo (i zostałam poganką), zdążyłam przejść kurs teologii katolickiej, zakończony egzaminem ex universa theologia — obecnie przypuszczam, że odpowiednikiem licencjatu. Tak gwoli wyjaśnienia i w pewnym sensie usprawiedliwienia. Z kolei późniejsze studia religioznawcze uprawniają mnie do pewnego teoretycznego spojrzenia na samo zjawisko.

Dobra. Tytułem wstępa było. To można ad rem:

Po pierwsze, w religii katolickiej objawienie, boskie natchnienie, czy jak to zwał, przejawia się dwojako. W Biblii — zestawie ksiąg spisanych jakoby pod natchnieniem Ducha Świętego (dla mnie, wyrażam tu własne zdanie, natomiast nie nastaję na niczyj światopogląd i nikogo nie chcę swoją wypowiedzią obrazić — nie mogłabym jednak użyć określenia innego niż  „jakoby”, skoro postać(?) boska, bądź element boskiej postaci znany pod nazwą „Ducha Świętego” dla mnie nie istnieje lub jest jedynie wytworem zbiorowego umysłu jego wyznawców) oraz w tradycji. Tradycji, czyli decyzjach podejmowanych przez gremia biskupów na synodach i soborach, ponieważ doktryna uznaje, że takie zgromadzenia również obdarzone są natchnieniem Ducha. Decyzje takie, między innymi kształtujące rytuał poszczególnych sakramentów, jak i pozasakramentalnych form religijności podejmowane były przez wieki. Część z nich, również dotyczących kształtowania się dogmatów (ostatni - bodaj o tym, że Maryja została poczęta wolna od grzechu pierworodnego, co się w skrócie nazywa jej „niepokalanym poczęciem” i myli z poczęciem Jezusa w sposób „ponadnaturalny” — bez seksu, przyjęto w XIX wieku, na Soborze Watykańskim I), była odpowiedzią na pojawiające się przez wieki herezje i sposobem na zachowanie jednorodności doktryny, bardziej w zgodzie z listami Pawła z Tarsu niż z samą Ewangelią i przekazem innych niż Paweł apostołów. Do tradycji zaliczają się również decyzje ogłaszane przez papieży ex cathedra, Kościół uważa bowiem, że i one ogłaszane są pod natchnieniem Ducha Św.

Ale dobrze. Wróćmy do sprawy spowiedzi. Otóż spowiedź jest sakramentem. Jak wszystkie sakramenty pewnego rodzaju rytuałem, jak każdy rytuał składającym się z formy i treści. Skłonię się nawet ku stwierdzeniu, że pewnego rodzaju formą magii — wejściem w kontakt z tak zwanym Stwórcą, istotą niematerialną, za pośrednictwem kapłana, przy zastosowaniu ściśle ustalonych gestów (dlatego np. spowiedź na siedząco nie jest już tym samym, co „klasyczna”), zestawu słów i zachowań.  Forma, jaka jest, większość wie. A treść? Treść polega na ukorzeniu się przed bóstwem i nie tyle wyznaniu samych win (ich wyznanie przed kapłanem ma temu ukorzeniu sprzyjać), ile wzbudzeniu w sobie poczucia winy, skruchy i odwróceniu się od popełnionych grzechów z decyzją o dalszym ich niepopełnianiu. Nie kapłanowi wyznaje się grzechy i nie on udziela rozgrzeszenia. On jest, czy też powinien być tylko „kanałem komunikacji”. Dlatego teoretycznie nie ma żadnego znaczenia, czy sam jest człowiekiem grzesznym. A jest — zgodnie z doktryną chrześcijańską — jej częścią najbardziej chyba dla mnie kuriozalną i nie do przyjęcia — jak każdy człowiek, ułomny i potrzebujący zbawienia.

Po co taki „kanał” — można zapytać. Pytanie generalnie dobre, skoro istota nazywana Bogiem jest ponoć wszechobecna i wszechwiedząca. Tu sprawa również jest dość złożona. Otóż katolicyzm zakłada, że wierny może doświadczyć kontaktu z bóstwem jedynie za pośrednictwem Kościoła i jego nauk. Przeciętny wierny potrzebuje do tego pośrednictwa kapłana. Choć oczywiście, w historii Kościoła zdarzały się przypadki mistyków i często byli to założyciele wielkich zakonów. Jednak każdy taki przypadek był rozpatrywany przez władze kościelne osobno i szczegółowo. I to władze kościelne, niezależnie od odczuć „delikwenta” decydowały, czy doznał rzeczywistego objawienia, mistycznego kontaktu, czy też tylko się łudził. Wiele może tu powiedzieć historia choćby ojca Pio, który długo był „na cenzurowanym”...

Ważna jest tu jeszcze jedna rzecz. Chrześcijaństwo jest pewnego rodzaju religią misteryjną. W mszy następuje przeistoczenie chleba i wina w ciało Chrystusa (kolejne działanie jak najbardziej zgodne z teoriami magii, ale nie będę się tu nad tym rozwodzić). Katolicy, prawosławni, ormianie, etiopczycy i anglikanie uważają, że przeistoczenie rzeczywiste, większość kościołów protestanckich, że tylko symboliczne. Przeistoczenia dokonuje Bóg, również za pośrednictwem kapłana. Aby nastąpiło — potrzebna jest osoba „katalizująca”, spełniająca określone warunki, która dostąpiła inicjacji w postaci święceń kapłańskich.

Właśnie — święcenia. Nie bez kozery wspomniałam o misteryjności chrześcijaństwa. Tego rodzaju religie zakładają inicjacje, same w sobie mogące również być uznane za działania magiczne (ale nie przywiązywałabym do tego takiej wagi, jak np. piszący o tym zgryźliwie na stronach Taraki — tutaj i tu — niejaki Alhean). W chrześcijaństwie inicjacja jest, o czym pisałam już wcześniej, kilkupoziomowa. Pierwszy jej poziom to chrzest, którego potwierdzenie i wzmocnienie stanowi sakrament bierzmowania. Jednocześnie prowadząc do zmycia grzechu pierworodnego (moc Boża lub magia, jak kto to woli nazwać i jak kto rozumie), włącza człowieka w grono wyznawców chrześcijaństwa. Wyznawców — osób mogących doświadczyć, dotknąć misterium, ale nie mogących stanowić łącznika z bóstwem. By móc zostać takim łącznikiem niezbędny jest drugi stopień inicjacji — święcenia kapłańskie. Obecnie zresztą kilkupoziomowe, w zależności od chrześcijańskiego odłamu — wśród katolików można wyróżnić cztery stopnie podstawowe — lektor/akolita/diakon/kapłan. Tylko wyświęcony kapłan może właściwie przeprowadzić rytuał ofiary mszy i zakłada się, że wyłącznie rytuał odprawiony przez osobę wyświęconą prowadzi do Przeistoczenia.  Podobnie tylko wyświęcony kapłan (lub diakon) może „wysłuchać” spowiedzi, a więc być łącznikiem między penitentem a Bogiem, niejako przekazując mu jego skruchę i zobowiązanie poprawy, a w zamian, w drugą stronę — boskie rozgrzeszenie. Boskie, podkreślam. Sam kapłan to tylko narzędzie. Urządzenie nadawczo-odbiorcze. Trzecim stopniem inicjacji jest natomiast sakra biskupia. Tylko biskup może wyświęcać kapłanów, a więc udzielać inicjacji o oczko niższej...

Wiele mówi się przy okazji, zwłaszcza w świetle rozmaitych kościelnych skandali, o sprawie kompetencji/niekompetencji kapłana. Otóż, zgodnie z założeniem religii misteryjnych, jako człowiek, który doświadczył inicjacji, jest per se godny pośredniczenia w sakramentach. Jaka jest rzeczywistość — wszyscy wiedzą. Owszem, przechodzi szkolenie w seminarium. Owszem, teoretycznie każdy wyświęcony jest przygotowany do roli, jaką święcenia na niego nakładają. A problem leży w tym, że chrześcijaństwo w pewnym momencie stało się religią masową, niejako pop-religią. I gdzieś po drodze zatraciło dużą część swojej misteryjności. Misteria i rytuały niby są te same. Zachowują ustaloną przez tradycję formę. Odwołują się do tej samej treści. Natomiast odwołując się do niej niekoniecznie ją przekazują. Ponieważ ze względu na wzrastającą liczbę wiernych, przez wieki selekcja osób predestynowanych do stanu kapłańskiego, do uzyskania święceń/inicjacji stawała się coraz mniej surowa. Coraz mniejszą uwagę zwracało się na cechy charakteru — i hm... mentalne kandydata. I jaki jest efekt — wszyscy widzą.

Podobnie zresztą rzecz ma się z chrztem. Pierwsi chrześcijanie, do 313 roku bodaj (edykt tolerancyjny cesarza Konstantyna zwanego Wielkim), a nawet dłużej, przygotowywali się do niego przez co najmniej roczny okres katechumenatu. Spowiedź zresztą była wówczas jednorazowa, z całego życia (jak obecnie przy przyjmowaniu do zgromadzeń zakonnych), zakładano, że chrzest wraz z pierworodnym zdejmie wszystkie grzechy nowego wyznawcy, a on, przepełniony Boża miłością nie będzie już grzeszył. Uważano bowiem, że i do pierwszej inicjacji, włączenia do grona „bożych owieczek” adept powinien być przygotowany. Chrzczenie niemowląt, abstrahując od tego, że nie do końca właściwe etycznie (każdy przecież powinien samodzielnie decydować w sprawach tak istotnych, a jednocześnie osobistych, jak religia) upowszechniło się na masową skalę dopiero we wczesnym średniowieczu, podczas pierwszych masowych epidemii dżumy. I licznych dywagacji teologicznych, dotyczących choćby tego, gdzie po śmierci „idą” duszę zmarłych bez chrztu, a więc obciążonych grzechem pierworodnym. Aż w końcu Kościół stał się machiną, instytucją, swego rodzaju perpetuum mobile, którego utrzymanie w ruchu wymagało wciąż zwiększającej się liczby wyznawców, a ona z kolei zmuszała do stałego zwiększania liczby kapłanów-pośredników. Nie bez znaczenia jest tu również charakterystyczny dla każdej religii objawionej fakt, że uważa się za jedynie słuszną.

Istotna w chrześcijaństwie jest jeszcze jedna sprawa. Ta właśnie, o której zapomina wielu mieniących się „chrześcijanami”. Osoba odrzucająca pośrednictwo kościoła/kapłanów i wspólnotowy charakter religii, właściwie nie jest chrześcijaninem. Jest gnostykiem (w uproszczeniu, pomijając znaczenie terminu „gnoza” w magii i dziedzinach pokrewnych). A gnoza bodaj w V wieku została uznana za herezję. Tym bardziej taki ktoś nie powinien uznawać się za katolika. Co oczywiście teoretycznie nie przeszkadza mu w utrzymaniu kontaktu z Bogiem, teoretycznie tym samym, którego wyznaje Kościół. Ale z samą instytucją utożsamiać się nie powinien, nieco trąci to hipokryzją.