piątek, 30 września 2011

w ramach autokontroli

2 razy skomentowano

Wyniki analizy osobowości dla „Hrefna”

Rzeczy które Ci sprzyjają

kolor:czarny
owoc:pomarańcza
kamienie:szmaragd
cyfra:1
liczba:72

Rodzaje posiadanej inteligencji

emocjonalna: 13%
psychoruchowa: 10%
logiczna: 11%
werbalna: 26%
wizualna: 10%
twórcza: 29%

Kilka faktów na Twój temat

  • Jesteś indywidualistą, nie lubisz kiedy ktoś traktuje cię szablonowo
  • Trudno zdobyć twoje serce, ale kiedy się już zakochasz to na całego
  • Nie lubisz siedzieć i się martwić, zamiast tego wolisz działać i szukać rozwiązań
  • Drzemie w tobie wyjątkowy talent, pielęgnując go możesz osiągnąć bardzo wiele
  • Jesteś lojalny i koleżeński, nie cierpisz fałszu i dwulicowości
  • Poradzisz sobie w każdej sytuacji, nie należysz do osób które w obliczu trudności rozkładają ręce


czwartek, 29 września 2011

bo tak...

9 razy skomentowano


Bo nie ma to jak alkoholizowanie się w gronie przyjaciół. Tych prawdziwych, bliskich, przez lata sprawdzonych. Którym się ufa, choćby nie wiem co. Którym się wierzy, choćby nie wiadomo co nam o nas mówili. Takich, którzy znają naszą najżałośniejszą słabość, ale mimo to wierzą w naszą siłę. Bo ją też znają. Lub potrafią dostrzec. Którzy są przyjaciółmi. Po prostu. Bo nie ma innego czy może lepszego określenia wskazującego na międzyludzką bliskość. Nawet jeśli ludzie nieżyczliwi określają ich jako „osobowości internetowe”. W całkowicie bezinternetowym, naturalnym kontakcie, takie określenie budzi tylko pusty śmiech. Szukałam rodziny — nie patrząc najbliżej siebie — a przecież zawsze ją miałam, zawsze była obok — i nie trzeba było jej sztucznie tworzyć — wystarczyło otworzyć oczy...

Na podsumowanie wczorajszo-dzisiejszego wieczoru. Trudno mi było wybrać z wielu rzeczy, które przez uszy przepłynęły. Ale ta jest najwłaściwsza. Może po następnym alkoholowym wieczorze, niebawem,  będzie kolejna.

 



I — poalkoholowo — więc szczerze i z serca — a nie „jak każdy po alkoholu” — może tak zwany „każdy” pieprzy kocopoły, których później żałuje (co świadczy co najwyżej o jego niedojrzałości i nieumiejętności poniesienia konsekwencji własnych wyborów i słów), ja po żołądkowej jestem szczera, czasem aż do bólu, tym może się od „każdego” różnię — powiem krótko: dobrze, że jesteście. Dziękuję Wam za to. A adresaci wiedzą, kim są.



Tak, jestem nietrzeźwa — jak się w studenckich czasach mawiało — lekko zaświergolona. Ale tego, co dziś napisałam z pewnością żałować nie będę.


środa, 28 września 2011

Hávamál na dzisiaj

2 razy skomentowano

Oft vitu ógörla, þeir er sitja inni fyrir,
hvers þeir ro kyns, er koma;
er-at maðr svá góðr at galli né fylgi,
né svá illr, at einugi dugi.


Często nie wiedzą domownicy
kim jest ten, co przychodzi.
nie ma takiego cnotliwego, by błędu nie miał,
ni takiego kpa, by nic nie był wart.
Hávamál 133 (132)
(Loddfafnismál 23)

Pod rozwagę zarówno mnie samej, skłonnej do często zbyt radykalnych ocen i osądów, jak i tym, przez których zostałam osądzona i oceniona. Czas ochłonąć.

A przy okazji dziękuję życzliwej duszy z sieci za właściwy kod kruczego krakania. Już się żadne niepotrzebne okienko otwierało nie będzie.


wtorek, 27 września 2011

przy nowiu...

0 razy skomentowano

Spać się nie daje, jak i przy pełni. Jak się okazuje. Udało mi się (nie pierwszy raz, nie ostatni) pokłócić z kilkorgiem katolików, zwolenników i obrońców jedynie słusznej moralności, nie wiedzieć po co hasających po forum ezoterycznym — chyba dlatego, że zakazany owoc zawsze rozkosznie pachnie — a w końcu chrześcijanie na temat zakazanych owoców mieliby sporo do powiedzenia — któż, jak nie oni. Tyle w tym dobrego, że niebawem pojawi się kolejny miłościwie nam panującą religię krytykujący pseu­do­ar­ty­kuł — już jest całkiem nieźle dopracowany.

Skoro spać się dalej nie dało, rozważywszy naprędce szekspirowski dylemat z obrazka, podłubałam nieco (znowu… ale to dobry uspokajacz, kiedy nastrój do tej gorszej normy zaczyna równać) w szablonie bloga. A potem, dalej nie mogąc spać, poszłam sobie na nocny spacer. Pod Królikarnię. I w parku, nad stawem oczywiście nie mogłam się oprzeć pokusie porobienia Złych Rzeczy. Bezksiężycowa noc i przetaczające się w oddali grzmoty okazały się pokusą nie do odparcia. Ale właściwie czemu nie? Nie można przecież wychodzić z wprawy.

Wracając, przechodziwszy (jak zwykle wikłam się w udziwnione konstrukcje gramatyczne — ale lubię to — i tym razem nawet miałam w udziwnieniu zbożny cel — szło o to żeby dwóch „ąców”, jednego po drugim, tu nie było) pod domem przyjaciół uświadomiłam sobie, że cholera, chyba na wczorajszy wieczór byłam z nimi umówiona? Ech, wyszło jak wyszło, mizantropia nie­za­u­wa­żal­nie, niespodziewanie i nieplanowo, za to jak zwykle wzięła górę.

Ale w sumie to ja tę swoją mizantropię lubię. Zatem z poczuciem dobrze przeżytej aspołecznej doby (i lekkim w stosunku do przyjaciół wyrzutem sumienia), udam się w końcu na (zasłużony) spoczynek. Może nawet uda się zasnąć.


środa, 21 września 2011

technicznie

5 razy skomentowano

Ufff... wygląda na to, że z szablonem skończyłam - nie będę w nim już chyba więcej dłubała. Ewentualnie usunę piórko z komentarzy admina — albo i go nie usunę. Głupi IE oczywiście połowy moich starań pokazać nie raczy, natomiast Opera nie wyświetla połowy tagów, bo czcionka mniejsza niż 9 pikseli dla niej po prostu nie istnieje — i ręczne ustawienie minimalnego fonta zadziałać nie chce. Chrome i Safari dla odmiany cienie widzą znacznie ostrzej i wyraźniej niż firefox... nigdy nie zrozumiem międzyprzeglądarkowych różnic.

Pytanie mam do zerkających tu czasem Czytaczy informatycznie uświadomionych — da się zrobić jakoś tak, żeby kraczące mp3 podlinkowane pod krukiem po kliknięciu po prostu się odtwarzało, bez otwierania nowej karty/okienka? Prymitywnym użyciem atrybutu (? — tak się to nazywa?) onclick załatwiłam nowe, małe okienko (zapewne tym, którzy nie mają w przeglądarkach wtyczek odtwarzających mp3 proponujące ściągnięcie pliku), a nie kartę, ale i tak mi to rozwiązanie niezupełnie odpowiada. Oczywiście zainstalowanie u mnie odtwarzacza odpada, to tylko blogger w końcu, chociaż na zewnętrzny serwer mogłabym może coś wpakować, ewentualnie może dałoby się do jakiegoś istniejącego odtwarzacza podlinkować w widgecie albo kodzie szablonu, na zasadzie embed. Ktoś może jakiś polecić? Najlepiej taki hm... niewidoczny — żeby kruczysko po prostu po kliknięciu krakało, a nic nie było widać?

No i problem mam jeszcze z iframką od komentarzy — wszystkie niepotrzebne teksty pochowałam, ale zmienić w niej koloru i kroju, tudzież podkreślenia linków (reszta niech sobie będzie jaka jest) nie jestem w stanie. Ale to już musi chyba zostać bez zmian - zmienić można tylko ewentualne tło, a tło mi akurat jest zbędne.

Przy okazji, szukając dobrego kraczącego nagrania do podlinkowania pod obrazkiem kruka, znalazłam cudeńko — i z miejsca się w tym zdjęciu zakochałam:

Copyright (c) 2009 junglewalk.com

Poza tym własna popularność mocno mnie zaskoczyła. Wręcz przeraziła odrobinę. Blog ma raptem dwa i pół tygodnia — a już trzy tysiące wyświetleń? I to mimo wyraźnie przez statystyki wykazywanego wykruszenia się (przynajmniej znacznej części) grona ciekawskich-nieżyczliwych? Zupełnie bym się tego nie spodziewała. Z tego wniosek, że naprawdę muszę uważać na to, co piszę, nie pozwalając sobie na stare, a tak dobrze znane guślarkowym czytaczom smęcenia. Bo jednak ktoś to czyta — a nawet sporo ktosiów.

A właściwie ...to po co mi ten blog (i od tego trzeba było chyba zacząć w pierwszym wpisie)? Ano po to mi jest potrzebny, żeby nie zapomnieć, jak się gada jeszcze — bo na jakiś czas, bliżej nieokreślony, kompletnie ograniczyłam życie towarzyskie do spraw związanych głównie z pracą, fuchami, poszukiwaniem etatu i dalszych fuch i tym podobnych przyziemnych spraw. Z jednej strony izolacja jest mi teraz bardzo potrzebna, z drugiej rozmawianie jedynie z kotką może być nudnawe. No i jeszcze dodatkowo — są rzeczy, o których w zasadzie z nikim nie gadam, nie potrafię, choć przez moment wydawało mi się, że taki ktoś jest, a one czasem też powinny zostać wypowiedziane. I nie są to wcale autoterapeutyczne, samowiwisekcyjne myślotoki, które nie o tym jaka jestem, ale raczej o chwilowym nastroju mogły czytającym je cokolwiek powiedzieć, służyły wyrzuceniu z siebie chwilowo narastających (i natychmiast znikających) emocji i żali. Tutaj takich nie będzie. Jeśli przyjdzie mi kiedyś jeszcze ochota wyrzucania czegoś z siebie, jest od tego stary blog, dostępny tylko mnie i kilkorgu najbardziej zaufanych. Tak zostanie.


wtorek, 20 września 2011

cezury i tym podobne

4 razy skomentowano

Kiedy celebrujesz cykl lunarny, po kilku(nastu) latach okazuje się, że stajesz się coraz bardziej podatna na wpływ faz księżyca. Brak snu przy pełni, bezpieczne, ciemne, spokojne i łagodne ciepełko przy nowiu. Gdy celebrujesz astronomiczne cezury, coraz silniejszy staje się wpływ stanu świata — coraz wyraźniejsze stają się zmiany nastroju gdy zbliża się kolejny przełom. Za trzy dni Zrównanie. Aura święta jest coraz mocniejsza. Więc lepiej zamilknę, zanim znów powiem zbyt wiele, coś, czego mogłabym później żałować lub coś, co stałoby się przyczynkiem do dalszych kpin i ocen dokonywanych przez ludzi, którzy poza siecią praktycznie ze mną nie mieli do czynienia.

Dużo rzeczy będzie w piątek do zrobienia. Dużych i poważnych. I pierwszy raz odkąd pamiętam, będę robić je dla samej siebie. Będę przędła - jak mi przykazano. Plotła i wiązała supły. Trzeba się przygotować. Senna deprywacja i post — tak trzeba.

I tymczasem nie mam więcej nic do powiedzenia.


czwartek, 15 września 2011

obrazoburczo o chrześcijaństwie

9 razy skomentowano

Ostatnio dość często myślę o teorii religii. W powiązaniu z teorią magii przy okazji. Daję temu wyraz na rozmaitych forach, ale może czas byłoby skanalizować te myśli w jednym miejscu. Ot tak, po prostu, dla siebie, choćby po to żeby własnych wypowiedzi nie szukać gdzieś po różnych miejscach sieci.

O modelu religijności, który sama prezentuję, o miejscu w nim wiary, która jest elementem całkowicie wtórnym wobec doświadczenia, bezpośredniego doznania, pisać mi się nie chce. Dla mnie to na tyle oczywiste, że spisywać tego nie ma po co. Skupię się zatem na tym, co rzuca mi się w oczy w miłościwie nam panującej religii, w której słowo „wiara” ze słowem „religia” stosowane są często wymiennie. Co czasem może być pułapką, ale ten fakt można dostrzec dopiero spoza wykopanego przez wiarę grajdołka, w którym jest ciepło, bezpiecznie i dobrze i siedzi w nim wielu ludzi o podobnym poglądzie na świat i boskość, co przecież daje poczucie bezpieczeństwa i wzmaga przekonanie, że przyjęty pogląd jest prawdziwy. A przecież zweryfikować się tego w żaden sposób nie da, a poczucie ciepła i bezpieczeństwa może być złudne.

Jeżeli ktoś widzi bóstwo jako stwórcę i wielkiego lalkarza i uznaje za prawdę to co panująca religia do wierzenia podaje, niech lepiej odpuści sobie czytanie tej notki. Może się poczuć dotknięty i w poniższym tekście dostrzec bluźnierstwo. Nie sądzę, żebym zachwiała czyimś światopoglądem, bo mentalność wiary ma to do siebie, że nie dostrzega aspektów z ową wiarą sprzecznych, wyzwalając skądinąd w pewnym środowisku znaną postawę sprowadzającą się do stwierdzenia „nie, nieprawda”. Pewne rzeczy dostrzec można dopiero po zdjęciu jej końskich okularów, ale ich zdjęcie musi być aktem woli, podobnie jak aktem woli — przynajmniej zdaniem katolików — jest ich włożenie i uznanie za prawdziwe rzeczy, które przy kierowaniu się rozumem wyraźnie mu urągają.

Dobra. Ad rem. Może należałoby zacząć od samego obiektu wiary. W wypadku katolicyzmu, który w pewien sposób poddam tu krytyce nie jest to proste. Przyjęcie tej religii implikuje bowiem objęcie wiarą wielu aspektów rzeczywistości — od osoby bóstwa, przez pogląd na własną nieśmiertelność, sens rzeczywistości, do porządku świata i sensu jego istnienia. Ja skupię się, tymczasem przynajmniej, na samej czczonej przez tę religię postaci boskiej.

Chrześcijanie mówią, że Bóg jest Miłością. I tak dalej, blablabla, nazywają czczoną przez siebie postać absolutem, nadając mu jednocześnie bardzo ludzkie cechy i charakter. Już sama antropomorficzność istoty absolutnej i transcendentnej (choć po przyjęciu chrześcijańskiej mentalności może wypadałoby powiedzieć teomorficzność człowieka?) jest dla mnie dzwonkiem alarmowym — z jakiej racji dowolny stwórca, absolut, taki co jest ponad wszystkim i wszystkimi, miałby mieć cechy podobne do tych, które ma jedno z jego stworzeń? Zresztą sami gubią się w tym, jaki jest obiekt ich kultu, inaczej na cóż byłaby potrzebna teodycea, pseudonauka teologiczna, której celem jest usprawiedliwienie Boga wobec istnienia zła w świecie, kłócącego się przecież z jego wizją jako postaci absolutnie dobrej.

W ewangeliach niejednokrotnie powiedziane jest, że założyciel chrześcijaństwa przyszedł na świat nie po to by zawiesić stare Prawa, ale po to by je wypełnić. Zatem zachowana jest ciągłość bóstwa Starego Testamentu z tym, które przedstawiane jest przez Nowy. Stare zostało tylko podzielone na trzy osoby, które razem mają składać się na postać wyglądającą z kart Tory czy pism prorockich. Rozszerza się interpretacja, ale zostaje zachowana postać. Przyjrzyjmy się zatem tej postaci. Z góry zapowiadam, że nie chce mi się szukać konkretnych sygnaturek biblijnych, choć jeśli niniejszy pseudoartykuł spotka się z jakimś odzewem, niewykluczone, że ten trud podejmę.

Otóż — i tu widzę pierwszą sprzeczność — owo bóstwo, ów nieskończenie dobry absolut wyraźnie ewoluuje. Zarówno na kartach Pisma, jak i w mentalności jego wyznawców. Stwierdzając, że jest Bogiem zazdrosnym, który nie zniesie czci oddawanej innym postaciom boskim („jestem Bogiem zazdrosnym, nie będziesz miał bogów cudzych obok Mnie”) jednocześnie dowodzi dwóch rzeczy — bogowie cudzy są istotami niemniej realnymi niż on sam, a ich kult mu się nie podoba. Czy absolut, nawet obdarzony podobnym ludzkiemu charakterem, co samo w sobie jest sprzeczne, postępowałby w ten sposób? Stwierdziłby raczej, że owe inne bóstwa są stworzonymi przez ludzi bałwanami, że nie istnieją. Lub uznałby, że człowiek, niezależnie od tego, co lub kogo czci, odwołuje się i tak do jego absolutnej boskości. To pierwsze pojawia się dopiero w pismach Pawła z Tarsu, teoretycznie natchnionych, ale znów — odrzucenie pryzmatu wiary wskazuje jedynie na to że jest to wizja jednego człowieka, na tyle nośna, że zachowała się i wzmocniła przez drobne dwa tysiące lat do rozmiarów kuriozalnych. O drugim w ogóle nie ma mowy, pojawia się dopiero w wizji potępianego przez kościół New Age.

Cóż przeszkadzałby istocie absolutnej kult innych bóstw? Nic by jej od tego nie ubyło. Jeśli przeszkadza — bierze się to stąd, że świadczony przez ludzi kult wzmacnia. Daje siłę. Ktoś, nazywany Bogiem nie życzy sobie, by siła, którą sam chce wchłonąć, była dawana istotom innym niż on. Czy to byłoby do czegoś potrzebne absolutowi? To pytanie chyba retoryczne. Jedyny wniosek, jaki się nasuwa, to stwierdzenie, że nie jest to postać absolutna i doskonała, ale po prostu egregor lub mały plemienny bożek, który musi być karmiony kultem, by nie zaniknąć, nie przepaść, trwać. Na dodatek wymagania dotyczące kultu zmieniają się w sposób bardzo wyraźny i ezoterycznie znaczący. Początkowo wiecznie głodna istotka dopomina się ofiar z krwi i mięsa, odrzucając te, które pochodzą z ziemiopłodów — przecież dlatego zazdrosny Kain zabił Abla. Więcej nawet — nie wzdraga się przed przyjęciem, a wręcz dopomina się ofiar ludzkich — na co wskazuje zarówno nakaz wymordowania pewnego plemienia, które przyjęło jego kult, wszyscy mężczyźni w nim hurtem się obrzezali, a jednak nie uniknęli krwawej — i zarządzonej przez pana bozię — zemsty za zbezczeszczenie jednej z cór Izraela — choć sprawca owego zbezczeszczenia grzecznie się ze zbezczeszczoną ożenił. Świadczy o tym też niejasna i do dzisiaj przez biblistów różnie rozumiana sprawa córki Jeftego, która najprawdopodobniej jest ofiarą ludzką, co na kartach Biblii wprawdzie nie jest powiedziane wprost, jednak kontekst wyraźnie na to wskazuje.

Z czasem rodzaj ofiar, jakich domaga się nasz bohater, ewoluuje. Zamiast krwawych ofiar zwierzęcych składa mu się jedną ofiarę ludzką, z osoby uznawanej za jego syna, co ma świadczyć o tym, jak jest dobry, miłosierny i miłujący. W dodatku ofiarę tę powtarza się codziennie, w tysiącach miejsc na ziemi odtwarza się misterium śmierci i odrodzenia bożego syna i pożera jego ciało, popijając krwią. Poza tym bozia zadowala się wyłącznie ofiarami mentalnymi. Czy nie wskazuje to przypadkiem na to że demon-egregor rośnie, rozwija się i zaczyna się coraz lepiej orientować w tym, co lepiej karmi go i wzmacnia? Ja nie mam w tym względzie wątpliwości, nie mają ich w sumie też religioznawcy, wywodząc postać przez wiernych uznawaną za absolut od jednego z bożków wyznawanych przez plemię, z którego wywodziła się żona Mojżesza. Cwanego bożka, dodajmy, dobrze potrafiącego zadbać o własny interes, podobnie jak lud, który go sobie za naczelnika przyjął. Jaki pan, taki kram, chciałoby się rzec, ale tutaj kramem jest raczej bożek, a panem wyznający go i karmiący lud…

Drugą, znacznie bardziej ezoteryczną (w rozumieniu religioznawczym, odrożniającym ezoterykę od egzoteryki, kto ciekaw, niech sam sobie poszuka odpowienich definicji, mnie się podawać ich tutaj zwyczajnie nie chce) sprawą są rytuały sakramentalne, od Eucharystii zaczynając. Toć to nic innego, niż akty wysokiej magii ceremonialnej. Mamy w nich inwokację (zatwierdzone teksty rytów), wykonywane przez kapłana i wiernych gesty, niezmienne przy każdym powtarzaniu rytuału, odwołanie się do istoty niematerialnej, uznawanej za bóstwo (ale o tym, że jest bóstwem mówi tylko wiara, po odrzuceniu jej pryzmatu można uznać, że to taki sam demon, jak wszystkie pozostałe, do których odwołują się ceremonialiści, czy brutalniej nawet — zbiorowy myślotwór — egregor) w celu wprowadzenia w życie wyrażonej woli — czy to sprowadzenia w Eucharystii ciała i krwi bóstwa na ołtarz, by dokonać rytualnego kanibalizmu, czy też dokonania zmian mentalnych w osobie sakramentowi poddawanej. Dość to paskudne z mojego punktu widzenia. Przy czym problem w tym, że nawet prowadzący rytuał kapłan nie zawsze jest świadom tego, w czym uczestniczy. Reszta to po prostu tłum „zjadaczy hostii” kompletnie nieświadomych, z czym faktycznie mają do czynienia…

Po prostu — choćby chrześcijanie, pewni swojego monopolu na prawdę absolutną (a najwyraźniej w ogóle lubiący rzeczy „absolutne”) i uznający wytworzony przez siebie interfejs kontaktu z absolutem (ale w ogóle co to jest i czym to się je, albo z czym?) za jedynie słuszny, zapierali się rękami i nogami — w rzeczywistości ich religia jest niczym więcej niż jeszcze jedną z powstałych na Bliskim Wschodzie na początku naszej ery, używających magii, misteryjnych religii inicjacyjnych. Inicjacja — kilkustopniowa (chrzest — wprowadzenie do wspólnoty wiernych i otwarcie na kontakt z tym, co nazywa się bóstwem; pierwsza komunia — bierne włączenie w misterium śmierci i odrodzenia bóstwa oraz zezwolenie na uczestnictwo w rytualnym kanibalizmie; święcenia kapłańskie — czynne uczestnictwo w misterium śmierci i odrodzenia bóstwa, prawo do odprawiania rytuałów, w tym inicjowania wiernych; sakra biskupia — prawo do inicjowania kolejnych kapłanów) — pojawia się w tej religii bardzo wyraźnie. Magia — jak w akapicie wyżej — z punktu widzenia jej teorii nie da się nie dostrzec jej obecności w kulcie tak się przecież oficjalnie od magii odżegnującym. Jednym, co różni chrześcijaństwo od pozostałych religii powstałych w podobnym czasie na tym samym terenie jest pewna egalitarność idei (w odróżnieniu od pozostałych podobnych kultów, z założenia elitarnych — czyżby rzecz w sprowadzeniu misterium, dostępnego zazwyczaj tylko wybranym, pod strzechy?) — egalitarność, która okazała się tak chwytna, że przetrwała dwa tysiące lat, w czym zresztą duża zasługa organizacji kościelnej, roszczącej sobie prawo do monopolu na prawdę i domagającej się wyłączności. Bo… jaki pan taki kram. I to najwyraźniej jednak działa w obie strony — karmiąc demona-egregora nadaje mu się własne cechy, ale też przyjmuje charakterystyczne dla niego…


wtorek, 13 września 2011

jęczmienny księżyc

18 razy skomentowano

Naprawdę przyszła Jesień. Nawet upały są już inne, powietrze pachnie inaczej. W mieście też snują się nitki babiego lata, dzisiaj na Marszałkowskiej jedna zaczepiła mi się na nosie. Liście na drzewach złocieją. Będzie coraz piękniej. Jesienią zawsze chciałabym zatrzymać czas, w połowie września krzyknąć "chwilo, trwaj!" i zamrozić ten właśnie stan świata na zawsze. Dodając do niego tylko letnie burze — do nich, jak do wrześniowych złotych godzin — też tęsknię przez cały rok. Jesienią zawsze pędzę przed siebie, coraz szybciej. I sił mi z chwili na chwilę przybywa. To mój czas. Najlepszy.


autorka zdjęcia: Catherine Kerr


Jęczmienny księżyc. Krwawy księżyc, jak mówią inni. Jesienna pełnia. Pierwsza prawdziwie jesienna już. Czas żniw, czas przyglądania się plonom, segregowania, zabezpieczania. Czas oddzielania ziarna od plewy, czas żaren. Czas przygotowań do przetrwania zimy, do przednówka i starań, by tym razem nie dopadła ludzi jego nędza. Choć i tak dopadnie, zawsze dopada, takie prawo cykli...

Trzeba wybrać się do lasu, na pola, po wielkie pęki nawłoci, wrotyczu, krwawnika i bylicy. Na jesień. Na zimę. Na przednówek. Pokój znów będzie pachniał ziołami. Może tym razem powieszę je w sypialni, mojej guślarskiej alkowie. Będzie ładnie i pachnąco. Szkoda że lawenda u nas dziko nie rośnie. Ale temu da się łatwo zaradzić - w nowym mieszkaniu nawet kuchnia może być ciemna - byle balkon był.

I czas przygotować się do Równonocy — a dużo i wielkich Rzeczy będzie przy tym święcie do zrobienia — i pomyśleć, że kiedyś na forach krzyczałam o nieetyczności łączenia prywaty z celebracją stanu świata - a przecież kiedy robić rzeczy prywatne, jeśli nie wtedy gdy jego stan zdecydowanie temu sprzyja?

Swoją drogą — i z innej zupełnie beczki — zastanawia mnie, kto upublicznia moje treści w fejskloace. No owszem, mam przy każdym poście guzik to umożliwiający. W końcu żyjemy w świecie web 2.0+ i fakt, że sama się stamtąd wyniosłam nie powinien wpływać na decyzje moich czytelników. Ale z drugiej strony poszłam sobie stamtąd nie bez powodu, w niezbyt sympatycznej atmosferze - i lekko a nieszczególnie miło zaskakuje mnie fakt, że co kilka dni odnotowuję wyraźne zwiększenie liczby wejść z tego serwisu.


sobota, 10 września 2011

śmiertelny eskapizm?

0 razy skomentowano

W czasie porządkowania dysku i usuwania zapisanych śladów dawnych porannych prasówek, przemieszczając się pomiędzy ściągniętymi kiedyś do późniejszego przeczytania tekstami, znalazłam między innymi i zatytułowany "Śmiertelna tęsknota za igloo". Kiedyś zamieszczony w Onecie, teraz już w sieci niedostępny, ale zamieszczenie całości mija się trochę z celem. 

Co z niego wynika? Ano to, że o ile w Kanadzie jako takiej, traktowanej że tak powiem en masse,  na samobójstwo decyduje się 12,9 osoby na sto tysięcy mieszkańców, o tyle w jej rejonach zamieszkałych przede wszystkim przez przez Eskimosów (żeby było politycznie poprawnie — Inuitów) — Nunavik i Nunavut — proporcja ta wzrasta do 80 osób na tę samą liczbę ludności. Odsetek przerażający, niewykluczone że najwyższy na świecie, w dodatku kończą ze sobą przede wszystkim ludzie młodzi lub bardzo młodzi. Na odebranie sobie życia decydują się nie tylko i nie przede wszystkim nędzarze czy wszelkiej maści nieudacznicy, którzy po prostu nie potrafią znaleźć się w o tyle o ile nowej dla nich rzeczywistości i mają trudności z dostosowaniem się do społeczno-cywilizacyjnych reguł. Wśród ofiar znalazł się również na przykład niejaki Terrence Tootoo, uważany za jednego z nielicznych Inuitów, którym się powiodło — był pierwszym eskimoskim graczem w zawodowej drużynie hokeja. Miał 22 lata.

Teraz cytat: 

Wśród Ludzi Lodu, w bezpardonowy sposób "ucywilizowanych", dawne więzi plemienne zostały zerwane, poszły w zapomnienie stare obyczaje. Młodzi nie pytają już o radę starców, których wiedza stała się niepotrzebna w świecie rządzonym przez pieniądz. Sami jednak nie wiedzą, jak rozwiązywać życiowe problemy. Bezpośredni powód samobójczego kroku to najczęściej zawód miłosny lub kłótnia rodzinna. Sytuacja jest najbardziej rozpaczliwa w odizolowanych osadach, takich jak Qikiqtarjuaq.

Podczas długiej, ponurej arktycznej zimy młodzi, którzy dawniej wyruszyliby na foki, morsy lub wieloryby, niemal szaleją z bezczynności. Jak zwykle w takich przypadkach usiłują znaleźć zapomnienie w alkoholu. Butelka whisky z przemytu kosztuje 350 dol. Aby zdobyć mocne trunki, młodzi ludzie wyprzedają swoje mienie, inni wąchają klej, benzynę czy płyn do czyszczenia podłogi. W budzie szmuglera Sama Nookiguaka już 13-latki mogą się napić, nie płacąc, a raczej płacąc seksem. Konsekwencją powszechnego alkoholizmu są bójki, niechciane ciąże, rozbite rodziny.


Czyli najwyraźniej cywilizacja nie jest znowu takim dobrodziejstwem. Nie dla wszystkich. Na pewno nie dla tych, którzy zostali w nią włączeni świeżo i niejako przymusowo. Niektórzy próbują wracać do tego co stanowiło ich naturalny sposób życia, ale wychowani w innych warunkach, w wybudowanych przez państwo ogrzewanych domach, po prostu już nie umieją. Często takie próby powrotu kończą się tragicznie.

Eskimosi nie umierają z głodu, ale nie opływają też w dostatki. Na Północy pracy jest mało, na Południu zaś, w warunkach ostrej rywalizacji, "rodzimi Kanadyjczycy" nie są w stanie się przebić. Niektórzy chcieliby nadal polować, ale zabraniają tego przepisy o ochronie zwierząt, zwłaszcza fok. Inni nie znają już łowieckiego kunsztu. 34-letnia kelnerka Sheila Kunilusie z Pangnirtung w kraju Nunavut opowiada swoją tragedię: "Mam dwie córki. Miałam męża i syna. Wyruszyli na polowanie i nigdy nie wrócili. Mąż właściwie nie wiedział, jak się poluje. Ale nie mógł znaleźć pracy, więc postanowił ze strzelbą spróbować szczęścia. Śmigłowiec znalazł ich wywróconą łódź. Zamarzli. Chciałam ostatni raz spojrzeć w twarz mojego syna, lecz nie mogłam. Wydziobały ją kruki".

Co ciekawe, terapia polegająca na organizowaniu wycieczek saniami na "lodową pustynię" albo długich spływów kajakowych, a więc zmuszająca do zachowań niejako "tradycyjnych" przynosi korzystne efekty. Problem w tym, że prowadzą ją jedynie nieliczne stowarzyszenia plemienne — i stanowi kroplę w morzu potrzeb.

Coś tu jest nie tak. Jeszcze niezabita (nad)wrażliwość, plącząca się po genach i nie dająca spokoju? Wszechobecne prawo dżungli — dopasujesz się do silniejszego albo zdychaj? Nie mydlcie mi oczu "doborem naturalnym". Koniecznością dostosowania się do wymogów czasu. Cywilizacja najwyraźniej nie dla wszystkich  jest naturalna. Z naszego punktu widzenia — "dzieci syfilizacji" — ci ludzie żyją lepiej niż ich przodkowie. Tylko niejeden z nich odeprze takie stwierdzenie krótkim, retorycznym pytaniem "ale co to za życie?".


chleb (graham) - wersja najprostsza

0 razy skomentowano

Wystartowałam byłam właśnie blogi tematyczne — i kulinarny i zielarski. Kulinarny mieści się tutaj, a zielarski tu. Tymczasem będzie trochę crosspostingu — znaczy rzeczy zamieszczane w nich będą trafiały i tutaj. Trzeba się przecież jakoś promować, a że z serwisów społecznościowych zostały mi tylko blip i tweeer — i na jakiś czas tak zostanie, do powrotu do kloaki jakoś mnie nie ciągnie, może kiedyś, ale tymczasem poważnie wątpię, by mnie cokolwiek do tego skorciło; nie ma to jak odrobina autopromocji, przynajmniej póki pozostałe miejsca nie zdobędą własnych czytelników (cholera, ten, niniejszy znaczy, blog ma tydzień, wszelkie statystyki pomijają własne moje wejścia, a i tak już tysiąc wyświetleń zaliczył — w sumie to niespodziewane, zwłaszcza po wykruszeniu się hien i nieżyczliwych, którzy z wypiekami na twarzach czytywali samowiwisekcje, a nieco bardziej rzeczowa treść kruczym piórem pisana zdaje się być dla nich kompletnie nieinteresująca — stat4u przecież nie kłamie, pomijając fakt, że z bloggerem współpracuje dość niechętnie i zalicza wielogodzinne zwisy). Całość jest oparta na tym samym szablonie i między sobą polinkowana, tak, że (mam nadzieję) będzie sprawiała wrażenie jednolitego serwisu.

Na dobry start — najprostszy i najbardziej podstawowy przepis na chleb. Graham lub coś na kształt. Wielokrotnie wypróbowany — i przeze mnie i przez znajomych. Jak powiedziałby Onufry Z. herbu Wczele, nie chwaląc się, jam to sprawił. Znaczy przepis i pomysł jest od początku do końca hrefni.

Na chleb bierze się:
  • 0,5 kg mąki, może być razowa,
  • 0,5 l mleka,
  • 5 dag drożdży,
  • 15 dag otrębów (lub otrąb) pszennych,
  • malutką łyżeczkę cukru,
  • łyżkę soli,
  • po trochu różnych ziaren, może być słonecznik, dynia, sezam, siemię lniane...

W mleku — o temperaturze pokojowej — rozpuszcza się drożdże i cukier. Dodaje się to do przesianej mąki z otrębami i ziaren. Wyrabia — aż odejdzie od rąk. Przykrywa ściereczką, odstawia na godzinę i wyrabia jeszcze raz. Jeśli nie nastąpi trzęsienie ziemi, a tuż pod domem nie jeździ tramwaj — można piec. Albo uformowane w kule bułeczki, albo klasyczny bochen, albo w jakiejś formie. Piecze się — w wypadku bochna — pół godziny do trzech kwadransów. Można też piec (wersja dla nieposiadających piekarnika, jako i ja go obecnie nie posiadam) w prodiżu — np. w takim podłużnym jak foremka do klasycznego keksa — wtedy o jakieś 5-10 minut dłużej — trzeba pozwolić prodiżowi się nagrzać. Temperatura powinna być dość wysoka, ale jej dokładny poziom nie ma zasadniczego znaczenia. Żeby chleb ładnie wyglądał, przed wstawieniem do pieca można go pomalować roztrzepanym jajkiem — wtedy jego skórka stanie się złocista i błyszcząca.


czwartek, 8 września 2011

kiedy masz coś do powiedzenia,
uporządkuj to...

27 razy skomentowano

Jak w tytule posta. Bo, cholera, zaczynam dochodzić do wniosku, że trzeba będzie (z czasem, z czasem rzecz jasna, nic na hurra i nic zaraz) stworzyć jeszcze dwa blogi. Zielarski — taki stricte zielarski, niezawierający żadnych tekstów na jakiekolwiek inne niż zioła tematy — i kulinarny. Też bez żadnych wynurzeń czy przemyśleń pozakuchennych. Blogi typu "mydło i powidło" jakoś się przeżyły. Trudno w nich znaleźć to, czego się szuka. Tematyczne mają więcej sensu. A że i w sprawie gotowania i na temat zielarstwa z ziołolecznictwem i ziołową magią do spółki mam co nieco do powiedzenia, właściwie czemu by nie powiedzieć? Ale powiedzieć wyraźnie, w taki sposób, żeby to było słyszalne. I rozpoznawalne.

(Aili proszona jest o nie mówienie "A nie mówiłam" — wprawdzie to jeden z moich ulubionych wrednych tekstów, ale jakoś tylko we własnym wykonaniu mnie bawi...)

To miejsce niech sobie zostanie takim zbiorczym kanałem, zbiorem przemyśleń bardziej lub mniej ogólnych, własnych, pół- (ale tylko pół-) osobistych, pseudopublicystycznych, okołospołecznych, parareligijnych, a może w końcu otworzę moją szufladę z tekstami rozmaitymi — też mogą tu trafić... no i nie zapominajmy o złośliwej kontestacji — do niej zdecydowanie trzeba powrócić.

Tymczasem całość skanalizuje się tutaj. Kuchnia i zielarstwo też. Bo czasu mi brak na tworzenie kolejnych blogów (i to takich, żeby mnie ich wygląd choć odrobinę zadowalał, a nie jakiegoś byle czego), chęci też jakby nie dostaje — są ważniejsze rzeczy do zrobienia. Kiedy czasu będzie więcej (o ile będzie, bo póki co w taki sposób prowadzę swoje życie żeby mieć go dla siebie jak najmniej i coraz bardziej mi ten stan odpowiada) — pomyślimy.


wtorek, 6 września 2011

trochę marudzenia na temat żywności

16 razy skomentowano

Dziś przypadkiem dowiedziałam się o praktykach stosowanych przez wytwórców wędlin. Przypraw. Smakołyków garmażeryjnych. Włosy na krzyżu stanęły mi dęba.

Daleka znajoma, polonistka, która po skończeniu studiów otworzyła zakład garmażeryjny (a może ten zakład otworzył jej małżonek, fizyk-teoretyk? To nie ma większego znaczenia...) opowiadała długo i rozwlekle o tym, jak to masarze dodają do wykonywanych przez siebie wędlin środków lekko uzależniających. Sprawiających, ze ich wytwory będą konkurować z wyrobami innych nie tylko smakiem i jakością. Będą sprawiać, że konsument będzie na rynku szukał danej marki. Dotąd myślałam, że takie praktyki stosują jedynie producenci suchej karmy dla zwierząt...

Dowiedziałam się, że stosowana przez wszystkich i wszędzie vegeta zawiera takie ilości benzoesanu sodu, które po spożyciu doprawionych nią dań nie są w zwykły, fizjologiczny sposób wydalane. Kumulują się w tkankach. Nie prowadzono jeszcze badań nad wpływem tej kumulacji na organizm.

Dowiedziałam się, ze mielone, rozdrabniane wędliny składają się z takich części zwierzęcia, których, gdyby nie techniczne wynalazki - choćby bardzo ostre malaksery o potężnych silnikach - i mnóstwo przypraw, tych właśnie, które zawierają najróżniejsze uzależniacze, nie dałoby się zjeść. Ścięgna. Fragmenty kości. Gałki oczne. Penisy. Uszy. Odpadki. Wiedziałam, że są robione z resztek. Ale nie miałam pojęcia, że aż z tak marnych. Że właściwie jedyną wędliną, którą należy spożywać jest taka, w której widać włókna... A i to niekoniecznie. Te szynki, objętości dwa razy takiej, jak te, które są robione domowym sposobem po małych, wiejskich gospodarstwach. Woda i przyprawy...

Konsument - człowiek - narzędzie do nabijania kabzy...

Healthy-food? Organic food? A cholera wie, może i to jest czymś faszerowane. Wczoraj kupiłam pęczek rzodkiewek, z których każda miała wielkość połowy mojej pięści. Normalne rzodkiewki tej wielkości byłyby pozbawione smaku i gąbczaste. Te były jędrne i soczyste. Czym pędzone?

Stajemy się tym, co jemy? Może trzeba zaszczepić sobie pod skórą chlorofil i zacząć żyć światłem i wodą? Tylko skąd brać czystą wodę?


poniedziałek, 5 września 2011

z pola walki z kodem szablonu

12 razy skomentowano

Wygląda na to, że w końcu udało mi się wpakować do szablonu formularz komentowania. Nie wygląda jak chciałabym, żeby wyglądał, ale udaje mi się jedynie (hm... jak przetłumaczyć na nasze słowo "embed", żeby nie bolało i było w miarę po polsku?) umieszczenie tego diabelstwa na stronie z pojedynczym postem, bo domyślna funkcja klasycznych szablonów bloggera, otwierająca stronę komentowania i same komentarze w nowym okienku przeglądarki za cholerę zadziałać nie chce. I żadna laicka dłubanina w kodzie w nijaki sposób na to nie wpływa. Zbyt laicka ta dłubanina, trzeba by jakiś kurs wreszcie skończyć, usystematyzować sobie, to, do czego zgadywaniem doszłam, a nie metodą prób i błędów wciąż eksperymentować. 

Formularz komentowania ma zatem wygląd domyślny, taki jak sobie projektanci z Bloggera wykombinowali - i przykro mi, nic na to poradzić nie zdołam. Nie da się też do aktualnego szablonu wetknąć linków społecznościowych, nie da się i już, a i fragmenty kodu odpowiadające za angielskie kawałki tekstu gdzieniegdzie straszące, wyglądają na nieznajdowalne. Siedzą w jakimś kompletnie tajnym miejscu albo nawet w skryptach gdzieś na stronach autorki szablonu utkwionych. Ale nie jest źle. Pewnie z czasem, pomału sobie coś własnego napiszę i tyle.

Grunt, że komentować już można (i w sumie jedynym celem tego postu jest zakomunikowanie tego wszystkim zainteresowanym, tylko jak zwykle musiałam się rozpisać - kto dość milkliwy jest w życiu, staje się gadatliwy w sieci), mimo kilkorga marudnych i denerwujących komentatorów ze starego bloga, którzy i tu mogą trafić za linkiem ze strony logowania do niego, postanowiłam, że wszystkie od autorskich (Hrefnich znaczy) wypowiedzi nie będą moderowane. W ramach eksperymentu. Z czasem może się to zmieni - zobaczymy.

Odnotowuję (w sumie nie da się ukryć, że z pewną, całkiem sporą przyjemnością, na liczbie czytelników nigdy mi bowiem nie zależało, za to na ich jakości i owszem) znaczące ograniczenie liczby i geograficznego rozmieszczenia odwiedzających - widać płaczliwe i autoterapeutyczne samowiwisekcje, niezbyt wiele i z rzeczywistym samopoczuciem ich autorki i z jej stosunkiem do siebie i świata mające wspólnego - cieszą się zainteresowaniem szerokiej publiczności, a notki niepłaczliwe zbyt są zwyczajne, zbyt mało zabawne, czyli po prostu zbyt nudne, by mogły stać się obiektem zaciekawienia. Jak zwykle, działania pogańskiego półświatka okazują się być całkowicie i bez żadnych wątpliwości przewidywalne. Chyba dobrze, że w końcu swoje klocki z niego zabrałam. Wracać tam może nie być już warto.

Swoją drogą, kiedy fuchy się regularniejsze staną (na co się wyraźnie zanosi, tak wyraźnie, że na hospicjum, w którym dziś od nowa zaczynam i w ogóle na cokolwiek poza tymi fuchami może mi nie zostać czasu - tak właśnie spełniają się marzenia) - a może dodatkowo etacik, który się wyraźnie na horyzoncie rysuje, mi się spodoba - trzeba będzie chyba na studia pójść. Kolejne. Chce mi się studiować, nieważne że za pieniądze, w końcu są po to, żeby je wydawać na to, co nam sprawia przyjemność, a dla mnie największą przyjemnością jest zdobywanie, rozszerzanie, gromadzenie wiedzy, rozważam co najmniej kulturoznawstwo, etnologię i skandynawistykę... a dodatkowo jeszcze jakiś licencjat z czegoś, co obejmuje umiejętności webmastersko-programistyczne by się przydał i historia sztuki - i coś przyrodniczego - choćby botanika - w sumie wychodzą z tego plany na resztę życia. Szkoda że na medycynę już tego życia nie starczy - tę szansę zaprzepaściłam bezpowrotnie. W każdym razie mam rok na wybór tego, od czego zacznę. I coś mi się wydaje, że będzie to skandynawistyka na SWPS, bo wszyscy twierdzą, że pod względem kulturoznawczym prowadzona jest znacznie lepiej niż na UW. Ciekawe czy będę najstarszą studentką na uczelni...



sobota, 3 września 2011

Spokój

4 razy skomentowano

Spokój. Jesień zawsze przynosi dziwny, ambiwalentny spokój. Wewnętrzne wyciszenie, w jakiś sposób przypominające czajenie się przed skokiem, połączone z pewnego rodzaju obłędem, który znów gdzieś mnie gna. Jak każdej jesieni. Tym razem mocniej niż kiedykolwiek. Pęd, Gon ogarnia mnie całą. A jednak nie gasi spokoju. Jakiegoś wewnętrznego złagodnienia, mimo całej dzikości, które nie zatrzymuje Pędu, przeciwnie - jedynie go przyspiesza. Obłęd może być spokojny.

Odkryłam w końcu, że Elwinga umarła. Rodzi się ktoś nowy, ktoś, kogo chcę poznać i zrozumieć za wszelką cenę. Fascynuje mnie ta nowa twarz, twarz bez nakładek, wciąż boleśnie szczera, ale już nie naiwna. Fascynuje i zachwyca, choć nie jest to zachwyt narcystyczny, to raczej zachwyt kogoś, kto wśród kupki śmieci nagle odkrył perłę. Cóż, przyrodzone imię zobowiązuje. Jeśli ktokolwiek chce ją poznać, musi zaczynać od nowa, odrzucając pokrytą strzępkami gnijącej skóry, trupio wyszczerzoną elwingową czaszkę. Patrząc na mnie, na Hrefnę, jak na osobę obcą, którą poznaje się od zera, jak i ja ją od zera poznaję. Jeśli nie chce - droga wolna. Nikogo nie zatrzymuję ani nie wzywam. Przywykłam radzić sobie sama i nie jest to wcale złe rozwiązanie. Jest przynajmniej pewne. Nikogo też nie odpędzam - jedynie ostrzegam. Jestem trudna, staję się coraz trudniejsza, jednak ci, którzy zechcą dostrzec moją prawdziwą twarz, mogą wiele zyskać.

Szukam mądrości. Wiedzy o sobie i o świecie, o sobie we wszystkich wymiarach i o wszystkich wymiarach świata. Jej osiągnięcie - lub nie - bo pełni wiedzy nie można osiągnąć, można do niej tylko dążyć, przez całe życie, a wiedząc coraz więcej zdawać sobie sprawę z tego, że wie się tak niewiele, im więcej wiedzy, tym głębsza świadomość, jak bardzo jest nikła - więc lepiej powiedzieć, że osiąganie - jest jedynym celem jaki mi pozostał. Jedyną rzeczą, na której mi zależy. Ale niepotrzebna mi wiedza, którą można wyczytać w mądrych książkach. Którą osiąga się w kontaktach z ludźmi. Przekazywana i przyjmowana od innych zawsze jest cedzona przez filtry ich spojrzenia. Zależy mi na tej wiedzy, którą nasiąka się przez skórę. Którą przynosi wiatr. Której słucha się, dotykając plecami ciepłej ziemi, która wnika przez wszystkie zmysły, gdy zanurza się nagie ciało w lodowatej wodzie. Która przychodzi w Podróżach, tych przez duże "P". Której nie przekaże mi żaden człowiek. To mój jedyny cel, najsilniejszy. I jemu podporządkowuję całe moje życie.

Tak, mam być "dla". Tego wymaga mój Układ. Ale żeby być dla kogokolwiek, najpierw muszę być przede wszystkim sama dla siebie, spokojna, pewna, silna. I taki jest mój obecny Cel, wszystkie inne muszą zostać mu podporządkowane.

Jeśli, Czytaczu, nie umiesz zrozumieć takiego toku myślenia - te zapiski nie są dla ciebie. Czas, gdy byłam dobra, pochylająca się nad każdym obolałym stworzeniem, minął. To Elwinga się pochylała. A jej już nie ma. Umarła. Zostało puste imię w jakimś starym adresie mailowym. W kilku środowiskach. Imię, które nie oznacza już nic, za którym nie ma nikogo. Bo osoba, która z tym imieniem się identyfikowała, odeszła w przeszłość. Umarła królowa, niech żyje królowa. Jeśli zechce się pochylić, będzie to jej wolny wybór, do którego nikt w żaden sposób jej nie przymusi. To będzie jej... kaprys.

Bycie potrzebną innym było kiedyś moim celem. Czymś, co dawało mi siłę do życia. Nie potrzebowanie innych, a właśnie bycie potrzebną im. Dziś wszystko mi jedno. Dziś zostało tylko poszukiwanie Wiedzy i droga do Zrozumienia. Świata i Siebie, tak, by w przyszłości móc doskonale pełnić Układ, który zawarłam. Idę przed siebie. Będę szła. Wciąż naprzód. I odrzucę wszystko, co mogłoby spowolnić moją Podróż, zatrzymać mnie w Drodze. Więc lepiej, by nikt mi na niej nie stawał, chyba że potrafi zrozumieć jej Cel. I zamiast przystawać, choć przez kawałek drogi, póki droga do jego Celu będzie równoległa, szedł obok mnie przed siebie. Nie będzie postojów, a Droga nie ma końca. Idę naprzód, coraz szybciej, a jeśli nawet w wędrówce rozdepczę jakieś przeszkody? Cel nie uświęca środków. Ale to, co od niego oddala lub spowalnia podróż, jest zwykłą przestrzenną zawadą. Należy ją obejść lub rozdeptać, pozostawić za plecami.

Umarła królowa, niech żyje królowa. Elwindze, głupawej, naiwnej miernocie, możemy urządzić huczny i wesoły pogrzeb. Jej już nie ma. A kto nazwie mnie jej imieniem poza miejscami, w których jego oficjalna zmiana byłaby zbyt skomplikowana, ma w dziób. Więcej może się do mnie nie odzywać. Ci, którzy uważają się za moich przyjaciół i zechcą zachować mnie wśród swoich, którym ze mną choć przez chwilę po drodze - proszeni są o używanie przyrodzonego imienia. Ewentualnie nazywanie Hrefną, Kruczycą. Nie odkopujmy elwingowego trupa, bo zaczyna śmierdzieć.

Trzymam w dłoni elwingową czaszkę. Spoglądam w jej puste oczodoły. W wyszczerzoną szczękę. I śmieję się. Z niej i do niej. Tak długo nią byłam. A dziś jest mi kompletnie obca. Czaszka? Rzecz jak inne... Wyląduje na stosie innych czaszek, na kupce starych wylinek. Już o niej zapominam.


samotność...

0 razy skomentowano


Samotność jest niezależnością, życzyłem jej sobie i zdobyłem po długich latach. Jest zimna, o tak, ale jest też cicha, cudownie cicha i wielka, jak zimne, ciche przestworza, po których wirują gwiazdy.

Herman Hesse, Wilk stepowy



szczęście absolutne

0 razy skomentowano

Wiecie, jakie jest największe szczęście dostępne człowiekowi? Z  mojego punktu widzenia jest nim trzygodzinna kąpiel, w wannie na tyle dużej, by można było się w niej położyć, w gorącej wodzie, pachnącej piżmem i konwaliami, w której pływają kwiatki lawendy i pojedyncze świeczki. W łazience wypełnionej niezliczonymi świecami. Przy płynącej z głośników przedziwnej mieszance irlandzkiego i islandzkiego folka, Wagnera, ballad Heather Alexander i Damha; Amethystium i Lesiem i Omnii. Kąpiel, która mogłaby trwać w nieskończoność, bo nikt nie zapuka w drzwi łazienki, by ją przerwać. Co najwyżej miauknie zniecierpliwiona samotnością kotka. Zanurzenie twarzy pod wodą, powolne wypuszczanie powietrza, aż do skurczu oskrzeli i delikatnego kłucia w płucach. To remedium na wszystkie smutki, bóle niespełnienia, na wszystkie nieporozumienia, zmartwienia i kłopoty. To remedium na wszystko, szczęście absolutne. Niech się przy nim schowają orgazmy, niech schowają się wszelkie artystyczne wzruszenia. Nie ma na świecie nic przyjemniejszego.

Wyszłam z wanny tylko dlatego, że moja skóra powoli zaczynała przypominać skórę topielicy. Wyszłam odrodzona. Pewna, że Elwinga nie żyje, że odeszła w przeszłość, że nie jestem już nią i nigdy nie będę. Jeśli stracę wszystkich, którzy wciąż jeszcze są mi bliscy - co z tego, w obliczu możliwości zanurzenia się w wannie, przestaje to mieć jakiekolwiek znaczenie.

Wanna - lek najdoskonalszy. Panaceum.


fanatyk czy badacz?

0 razy skomentowano

Nie można być prawdziwym filozofem, zamykając swój umysł i fanatycznie podpisując się pod ideami któregokolwiek z istniejących prądów filozoficznych. Nie można być prawdziwym religioznawcą, wyznając którąkolwiek ze zinstytucjonalizowanych religii o sztywnych założeniach. Traci się wówczas swobodę myśli i obiektywność badacza.

Fanatyk nie będzie nigdy filozofem ani religioznawcą. Będzie wyłącznie fanatykiem, zgłębiającym jedynie nurt, któremu się dedykował, a wszystkie inne odrzucającym jako fałszywe, niemądre lub bluźniercze.

(myśl zainspirowana wypowiedzią prof. B. Wolniewicza, wysłuchaną pierwszy i zapewne ostatni raz w życiu uważnie, od początku do końca... to żałosny kraj, pełen zadufanych fanatyków i idiotów, czas z niego uciekać...)


piątek, 2 września 2011

nowe miejsce, nowy początek

0 razy skomentowano

Stary blog pozostaje tam gdzie był. Chroniony hasłem. Będą tam nadal zamieszczane autoterapeutyczne samowiwisekcje - jeśli ktoś zechce do nich zajrzeć proszony jest o przysłanie mailem pod adres hrefna.heidhr(at)gmail.com swojego loginu w serwisie gazeta.pl - zobaczymy, co da się zrobić. Dostęp dostaną tylko ludzie, których znam, których szanuję i cenię i którzy zrozumieją zarówno sens pisania notek takich, jakie tam się pojawiają, jak i ich celowe przekoloryzowanie. Resztę zapraszam tutaj.

Tymczasem blog będzie funkcjonował na gotowym szablonie, który mi się spodobał. Wprawdzie jest przerażająco babski, ale jednocześnie zwyczajnie ładny. Kiedyś może pokuszę się o stworzenie nowego, własnego, bardziej dopasowanego do moich potrzeb i poczucia estetyki.

Tymczasem zastanawiam się, jakich dokonać w nim podziałów - będę tu zamieszczała zarówno teksty dotyczące ziół, jak i oglnopublicystyczne rozważania i rozmyślania na tematy religijne. Być może też nieco własnej twórczości, pseudopoetyckiej i pseudoliterackiej. Przeglądam blogspotowe opcje, zastanawiając się nad możliwością wprowadzenia podstron poświęconych każda odrębnej tematyce. Zdaje się,  że technicznie taka istnieje, tylko muszę rozgryźć możliwość jej zaimplementowania.