czwartek, 15 grudnia 2011

co słychać

5 razy skomentowano

Pogoda całkowicie zwariowała. Zimy ani widu ani słychu. I zaczynam węszyć jedną z możliwych przyczyn tego stanu rzeczy. Jeśli węszę prawidłowo, zima przyjdzie najwcześniej pod koniec roku. Jeżeli nie w połowie stycznia dopiero... Udało nam się z Młodą cofnąć czas. Może nie do końca osiągając efekt, który planowałyśmy, jednak w Naturze efekty tego działania są wyraźnie widoczne... może staną się i w tym, do czego podejmując działanie dążyłyśmy.



Biegnąc do pracy na drugą zmianę, codziennie spotykam młodego kruka. Idąc na pierwszą nie spotykam nic żywego poza ludźmi, którzy jak ja na szóstą pędzą do roboty. Ptak jest ewidentnie krukiem — czarny, opierzony dziób nie pozostawia wątpliwości. Z gawronem nie do pomylenia. Przez chwilę, ze względu na drobną budowę podejrzewałam go o bycie czarnowronem, ale te, jeśli nawet występują w Polsce, zdecydowanie nie przebywają w miastach. To młody kruk, prawdopodobnie z tegorocznego lęgu. W ogóle się mnie nie boi, przygląda mi się co rano to jednym, to drugim okiem, w pewien sposób natarczywie — a może tylko ja odbieram jego spojrzenie jako natarczywe. Pozwala podejść bardzo blisko, raz frunął mi dosłownie spod stóp. Mam wrażenie, że patrzy nagląco. Oczekuje. Być może wykonania tego zadania, które tymczasem wydaje się być niewykonalne. Jeśli rzeczywiście tak jest, jeśli pewne przesłanie było prawdziwe i kruk ma mi o nim przypominać, co zdaje się robić, niech Ci, którzy to zadanie na mnie nałożyli, spowodują również taki splot okoliczności, bym mogła je wykonać. Inaczej byłoby to z ich strony zwyczajnie nie fair. Choć przecież wiadomo, że Pan Kruków nigdy nie gra fair, mimo wszystko nie podejrzewam go o to, by wymagał ode mnie czegoś, czego zrobić się zwyczajne nie da.



Od wakacji schudłam prawie 20 kilo. Nic w tym kierunku praktycznie nie robiąc. I chudnę nadal. I nadal nie sypiam. Przed pierwszą zmianą, kiedy muszę wstać o czwartej, udaje mi się zasnąć po drugiej dopiero. Ciekawe ile jeszcze tak pociągnę, kiedy zacznę popełniać jakieś nieobliczalne błędy.



Poza tym życie się toczy. Raz lepiej, raz gorzej, ale do przodu, zdecydowanie. Czasu brakuje mi na wszystko, ale ten stan bardzo mi odpowiada. Sploty pozytywnych okoliczności nie osłabły. Większość rzeczy dzieje się zdecydowanie po mojej myśli. Inne wymagają małej modyfikacji w Losie i po niej również układają się w sposób dla mnie bardzo korzystny. Jednak przy tym uświadomiłam sobie, że nie znoszę głupawego hurra-optymizmu, stwierdzeń typu „jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej”. Jest jak jest. Bez własnej ingerencji w Los będzie zwyczajnie, przeciętnie. O to, żeby było „dobrze”, a później było „jeszcze lepiej”, zdecydowanie trzeba się postarać. Więc nawet jeśli jest „dobrze”, „jeszcze lepiej” będzie jedynie wtedy, gdy o to zadbamy, nie pozostawiając bez kontroli żadnej okoliczności. Życie trzymane na krótkiej smyczy staje się bardzo potulne i posłuszne...



No i tymczasem byłoby na tyle. Żyję, układa mi się coraz lepiej, bo o to dbam i ustawicznie walczę. I będzie lepiej. Tylko lepiej. Na każdym kroku i w każdej dziedzinie. Będzie nie dlatego, że „ma” tak być, ale dlatego, że nie przepuszczę żadnej okazji, by to „lepiej” osiągnąć. Sama kształtuję swój los i dostanę wszystko, co chcę dostać. Z czasem. Do następnego napisania zatem.

wtorek, 6 grudnia 2011

Jak to jest?

0 razy skomentowano

W związku z dzisiejszymi Mikolajkami myśl mnie taka naszła. Oderwana. Jak to jest, że w Mikołaja przestajemy wierzyć stosunkowo wcześnie, uświadomieni przez starsze rodzeństwo lub odkrywając mikołajowe prezenty w rodzicielskim schowku, a w równie mityczne jak ów Mikołaj sprawy i historie niektórzy z nas nie przestają wierzyć nigdy? Nie przestajemy wierzyć w szczerą i bezinteresowną ludzką życzliwość, w miłość będącą czymś więcej od połączenia gry hormonów i partnerskiego układu dwojga ludzi, trwającego tylko tyle, ile trwa wzajemna wymiana korzyści. Dlaczego?

Czemu z jednymi bajkami łatwo nam się pożegnać, jeszcze w dzieciństwie, a innych trzymamy się kurczowo póki życia?

W to drugie wierzyć niestety nie przestałam. Dlatego miejsca na miłość ze swojego życia pozbyłam się raz a dobrze, na zawsze. Nie życzę sobie, żeby kiedykolwiek jeszcze życie mi komplikowała, bez niej mi zdecydowanie lepiej. Zresztą przecież nie istnieje, tak samo jak nie istnieje Mikołaj inny niż obleśny i spasiony kokakolowy krasnal. Trzeba tylko w końcu przyjąć to do wiadomości, ot i tyle.

Owszem, podobno zdarzają się cuda. Ale jak sama definicja cudu wskazuje, to zjawiska niezwykle rzadkie i głupotą jest wierzyć, że przytrafią się akurat nam.



A to coś, co dzisiaj na sieci wykopałam, z miejsca się w tym zakochawszy. Zakochałam się w tym zresztą nie tylko ja, moja ulubiona artystka, Rima Staines też to w sieci poleca.

Dia de los Muertos; Our Lady of Eternal Love Merges with Raven
do nabycia tutaj.

Podobieństwo uchwycone znakomicie, ot i cała Hrefna w swej hrefniej okazałości, lepiej jej jeszcze nie sportretowano.

niedziela, 4 grudnia 2011

Náströnd…

2 razy skomentowano

Lorenz Frølich (1895), Náströnd.

…pełen jest takich, którzy przez całe życie byli przekonani, że trafią do Walhalli.

Wolałabym nie widzieć tego, co dziś zobaczyłam. To dlatego nie chcę śnić. A udawanie, że nigdy nie znało się kogoś, wobec kogo postąpiło się niegodnie, Losu nie zmieni. Tę nić Sieci może inaczej związać jedynie ten, którego skrzywdzono. Ten, wobec którego postąpiono podle. Tylko pytanie czy zechce… i chyba dlatego jedno z zadań — to, które zdaje się dziś być niewykonalnym — jest właśnie takie. Dziwnie Norny plotą, bardzo dziwnie.

Sal sá hón standa
sólo fiarri,
Nástrǫndu á,
norðr horfa dyrr.
Fello eitrdropar
inn um lióra.
Sá er undinn salr
orma hryggiom.
Sá hón þar vaða
þunga strauma
menn meinsvara
ok morðvarga
ok þannz annars glepr
eyrarúno.
Þar saug Níðhǫggr
nái framgengna,
sleit vargr vera.
Vitoð ér enn, eða hvat?

Völuspá 38-39



wtorek, 29 listopada 2011

życie…

1 razy skomentowano

Ży­cie to pod­stęp­ny wróg. Prze­ciw­nik, któ­ry tyl­ko czy­ha na okazję, by nas znisz­czyć i złamać, na każ­dym kro­ku rzu­ca­jąc kło­dy pod nogi. I sko­ro nie da się go zli­kwi­do­wać nie ani­hi­lu­jąc przy tym sie­bie, trze­ba z nim wal­czyć. Nie­ustan­nie, bez chwi­li wytchnienia, upo­rczy­wie, za­ja­dle, jak i ono wal­czy z nami, ni­gdy w tej wal­ce nie usta­jąc. Trze­ba chwy­cić je moc­no za gar­dło, a gdy tyl­ko spró­bu­je wy­rwać się spod kon­tro­li, zacieśniać uścisk. Lub przy­naj­mniej znie­wo­lić je, za­ło­żyć na szy­ję kol­czat­kę i szar­pać łań­cuch przy każ­dym ru­chu wska­zu­ją­cym na pró­bę uciecz­ki.

Ży­cie nas nie­na­wi­dzi. Jest pod­łe i pod­stęp­ne. Dzikie i nieposkromione. Nie da się go oswoić. Nie da się z nim dogadać. Nie wol­no mu się dać podejść, nie można pozwolić się wy­ki­wać, trze­ba od­no­sić się do nie­go z nie­ mniej­szą agre­sją niż ta, któ­rą ono prze­ja­wia, a jest to agre­sja gi­gan­tycz­na i nieujarzmiona.

Pod­stęp za pod­stęp, nie­na­wiść za nie­na­wiść… i ni­gdy nie wol­no po­zwo­lić mu nad so­bą za­try­um­fo­wać. Trze­ba wciąż je kon­tro­lo­wać, trzy­mać pod bu­tem i trak­to­wać tak okrut­nie, jak ono jest okrut­ne, gdy tyl­ko za­sma­ku­je odro­bi­ny wol­no­ści. Nigdy mu tej wolności nie dać.

Rze­kłam.


niedziela, 27 listopada 2011

Stalkerka
(czyli nie gadaj z dupą, bo cię osra)

0 razy skomentowano

Aj… od cze­go by tu za­cząć? Mo­że od tego, że mia­ła być dziś zu­peł­nie inna not­ka, o ce­chach kon­sty­tu­ują­cych wiedź­mę, cza­row­ni­cę, se­idhr­ko­nę i in­sze tego fa­chu sy­no­ni­my i jej miej­scu w ży­ciu, a nade wszyst­ko wśród ludz­kich grup. Ale ta not­ka bę­dzie mu­sia­ła po­cze­kać na na­stęp­ną dłuż­szą wol­ną chwi­lę. A mo­że od tego (w ra­mach biu­le­ty­nu in­for­ma­cyj­ne­go dla zna­jo­mych, z któ­rych czę­ścią z po­wo­du swo­jej mi­zan­tro­pii mam kon­takt tyl­ko tę­dy) że się wresz­cie wy­spa­łam, prze­spaw­szy cię­giem — po trzech z ha­kiem mie­sią­cach spa­nia po 2–3 go­dzi­ny na do­bę mak­sy­mal­nie, z ma­ły­mi po­al­ko­ho­lo­wy­mi wy­jąt­ka­mi, zwy­kle drzemiąc w ko­mu­ni­ka­cji miej­skiej albo w domu mamy w cza­sie ja­kie­goś se­ria­lu — 17 go­dzin. I te­raz pew­nie zno­wu za­cznie się nie­spa­nie. Swo­ją dro­gą nie­spa­nie ma sens i cel, ale i o tym kie­dy in­dziej (mo­że) bę­dzie.

A mo­że po pro­stu za­cząć od po­cząt­ku? Ech, jak ma­wia Zna­jo­my — „nie ga­daj z du­pą, bo cię osra”. I trze­ba by­ło mieć tę zło­tą mak­sy­mę na uwa­dze, za­nim wda­łam się w zbęd­ną i idio­tycz­ną dys­ku­sję na pew­nym fo­rum, któ­re­mu zresz­tą wów­czas współ­go­spo­da­rzy­łam. Cóż, wte­dy jesz­cze nie wie­dzia­łam z kim mam do czy­nie­nia, za­tem w do­brej wie­rze pi­sa­łam co my­ślę, cho­ciaż re­ak­cja in­ter­lo­ku­tor­ki na moje wy­po­wie­dzi, bra­nie wszyst­kie­go per­so­nal­nie i gwał­tow­ne obu­rza­nie się o nie­mal każ­de sło­wo po­win­ny mi już wów­czas za­świe­cić czer­wo­ną ża­rów­ką albo za­dzwo­nić dzwon­kiem alar­mo­wym. Nie za­świe­ci­ły. Nie za­dzwo­ni­ły. Bo nie je­stem ty­pem prze­wraż­li­wień­ca, któ­ry wszę­dzie wo­kół wę­szy ata­ki, wi­dzi wro­ga za każ­dym krza­kiem i wszyst­kich wo­kół (po­za so­bą oczy­wi­ście) uwa­ża za wa­ria­tów. Ca­ła nic dla mnie wów­czas nie zna­czą­ca awan­tur­ka za­czę­ła jednak z czasem za­ta­czać co­raz szer­sze krę­gi, obec­nie ro­snąc do wy­mia­rów wręcz ku­rio­zal­nych a przy tym po­ma­łu ro­bią­cych wra­że­nie nie­bez­piecz­nych.

Obiek­tem nę­ka­nia w wy­ko­na­niu pani, o której tu mowa, nie je­stem tyl­ko ja. Wiem o przy­naj­mniej jed­nym jesz­cze obiek­cie, z tym że ów obiekt jest nę­ka­ny po­zy­tyw­nie i za­le­wa­ny mo­rzem nie­wcze­snej mi­ło­ści, choć na­sza bo­ha­ter­ka bez więk­sze­go wy­sił­ku mo­gła­by być jego bab­cią, a i orien­ta­cja sek­su­al­na obiek­tu nie­po­skro­mio­nych uczuć ra­czej nie sprzy­ja­ła­by kon­su­ma­cji (nie my­lić — co po­wszech­nie ro­bią na­wet dzien­ni­ka­rze — z kon­sump­cją) te­goż afektu. Ja dla od­mia­ny je­stem obiek­tem nę­ka­nia ne­ga­tyw­ne­go, w któ­re zresz­tą za­mie­sza­ny jest i bied­ny ofiar gnębiącej mi­ło­ści, do­sta­ją­cy róż­ny­mi dro­ga­mi, od pry­wat­nych wia­do­mo­ści na fo­rach roz­ma­itych do ese­me­sów (fakt że so­bie żad­nej ko­re­spon­den­cji ani ja­kie­go­kol­wiek kon­tak­tu z za­le­wa­ją­cą go uczu­cia­mi da­mą nie ży­czy nie ma tu oczy­wi­ście żad­ne­go zna­cze­nia, kto by się przej­mo­wał tym, cze­go ży­czy so­bie, a cze­go nie, obiekt cho­rej mi­ło­ści, nie­praw­da­ż?) in­for­ma­cje na te­mat każ­de­go mo­je­go do­strze­gal­ne­go pu­blicz­nie czknię­cia (to­też ostat­nio sta­ram się ta­kie czknię­cia pro­du­ko­wać ce­lo­wo, bez ja­kie­go­kol­wiek związ­ku z jakąkolwiek rzeczywistością, bo ca­ła sy­tu­acja do­star­cza mi zna­ko­mi­tej roz­ryw­ki, a prze­wi­dy­wa­nie ko­lej­nych ru­chów cho­rej ko­bie­ty, któ­rej w wy­ni­ku mo­jej wro­dzo­nej pod­ło­ści nie żal mi ani tro­chę, przy­po­mi­na nie­co wy­cze­ki­wa­nie na ko­lej­ny od­ci­nek ulu­bio­ne­go se­ria­lu) z od­po­wied­nim oczy­wi­ście ko­men­ta­rzem, w któ­rym to ko­men­ta­rzu ostat­nio za­war­te są co­raz mniej wy­bred­ne groź­by pod moim ad­re­sem. Wy­glą­da za­tem na to że nę­ka­nie mnie sta­ło się skład­ni­kiem nę­ka­nia in­nej oso­by. I vice ver­sa.

Tak czy siak, wszystko zaczęło się pró­bą grzecz­ne­go, spo­koj­ne­go, kompletnie nieosobistego  i w spo­sób moż­li­wie naj­ła­god­niej­szy, na jaki mnie stać (a ci co mnie zna­ją wie­dzą do­sko­na­le, że do ła­god­no­ści mi da­le­ko) wy­ja­śnie­nia, że oso­ba skła­nia­ją­ca się ku ezo­te­ry­ce, ma­gii, dłu­bią­ca w rze­czach nie­wy­ja­śnio­nych, a przy tym na­zy­wa­ją­ca się chrze­ści­jan­ką (i swoje chrześcijaństwo publicznie gdzie się da podkreślająca), nie dość że po­peł­nia grzech cięż­ki, przy oka­zji sie­bie oszu­ku­jąc wma­wia­niem so­bie, że go wca­le nie po­peł­nia, to jesz­cze jest hi­po­kry­tą­. Pa­ni (nota bene o zasadach wiary, pod którą się podpisuje mająca bardzo mizerne pojęcie) wzię­ła to do sie­bie (widać zadziałał tu mechanizm nożyc dźwięczących po uderzeniu w stół), personalnie, w swo­im ku­rzym móżdż­ku zakarbowała sobie, że je­stem jej oso­bi­stym wro­giem (co z praw­dą nie­wie­le ma wspól­ne­go, bo ma­ło kto jest mi tak do­sko­na­le obo­jęt­ny, na­wet moja agre­sja wo­bec głup­ców, hi­po­kry­tów i kre­ty­nów wszel­kiej ma­ści jej nie obej­mu­je — że­by ko­goś agre­syw­nie ata­ko­wać, trze­ba go naj­pierw do­strzec, a przy tym uznać, że wart jest ata­ku — w tym wy­pad­ku pierwszy o tyle o ile, natomiast drugi wa­ru­nek zdecydowanie nie zo­sta­je speł­nio­ny i sko­ro wda­wa­nie się w awan­tu­ry nie sta­no­wi­ło­by choć­by de­li­kat­nej gim­na­sty­ki dla in­te­lek­tu, szko­da nim po­ru­szać), a następnie w owym przekonaniu się zafiksowała, utrwalając je i umacniając.

Heca na­stęp­nie prze­no­si­ła się w inne miej­sca sie­ci, oczy­wi­ście z każ­dym po­now­nym wy­stą­pie­niem na­ra­sta­jąc. Nie była zresztą inicjowana przeze mnie — mój błąd, że dawałam się sprowokować, wdając się w pyskusje rozpoczynane zwykle tyle złośliwym, co durnowatym czepnięciem się jakiegoś mojego, ku zupełnie innej osobie kierowanego, słówka.  Każ­da nie­mal moja wy­po­wiedź, łącz­nie z tymi tu­taj, nadal jest nie dość że od­bie­ra­na jako per­so­nal­ny atak na pa­nią, o któ­rej na co dzień, je­śli nie wy­ko­na ja­kie­goś ko­lej­ne­go mo­no­dra­mu, w ogó­le nie my­ślę, bra­na ewi­dent­nie do sie­bie, to jesz­cze prze­in­ter­pre­to­wy­wa­na na naj­róż­niej­sze spo­so­by — i co ma­szy­ne­ria uszko­dzo­nej mó­zgow­ni­cy uwa­ża­ją­cej się za ofia­rę prze­śla­dow­czy­ni wy­rzu­ca, to bywa w od­po­wie­dzi rozsyłane do rozmaitych adresatów, niezależnie od ich zainteresowania czy raczej braku zainteresowania tematem. Lub prowokuje do kolejnych na moją skromną osóbkę napaści. Na­le­ży zresz­tą wspo­mnieć przy oka­zji, że umysł na­szej bo­ha­ter­ki nie na­le­ży do szcze­gól­nie lot­nych, za­tem wszel­kie pró­by ata­ku oka­zu­ją się zwy­kle tak ża­ło­sne, że aż w swo­jej ża­ło­sno­ści roz­bra­ja­ją­co za­baw­ne.

Chy­ba trze­ba by­ło­by — przy oka­zji ana­li­zy oma­wia­ne­go przy­pad­ku nad­mie­nić — że na­sza bo­ha­ter­ka jest w świat­ku ezo­te­rycz­nym po­wszech­nie zna­na. Jako de­li­kat­nie mó­wiąc oso­ba myślowo cokolwiek ocię­ża­ła. I jako taka zwy­kle jest wy­kpi­wa­na, smut­ne zresz­tą i symptomatyczne, że czę­ści tych kpin zu­peł­nie nie do­strze­ga lub wręcz bie­rze je za kom­ple­men­ty. W każ­dym ra­zie, gna­na tę­sk­no­tą, by w ezo­świat­ku zaistnieć, choć raz przez osiadłych w nim konhabitantów zo­stać po­trak­to­wa­ną po­waż­nie, na­by­ła so­bie jed­no z for ezo­te­rycz­nych. Na któ­rym, nie ma­jąc zresz­tą wów­czas po­ję­cia, do kogo na­le­ży, nie­daw­no re­je­stro­wa­łam się po­now­nie, pod no­wym nic­kiem, bo sko­ro pod daw­nym nic nie na­pi­sa­łam, za­glą­da­jąc w ten za­ką­tek sie­ci je­dy­nie w celu po­śmia­nia się, szkoda było administracji tyłek prośbą o zmianę loginu zawracać. Ta­kich zresztą bredni, ja­kie tam są wy­pi­sy­wa­ne (je­śli oczy­wi­ście wła­ści­ciel­ka fo­rum nie po­peł­nia ko­lej­nej kra­dzie­ży in­te­lek­tu­al­nej, za­miesz­cza­jąc w swo­ich po­stach cu­dze wy­po­wie­dzi, bez po­da­nia au­to­ra i źró­dła i bez wie­dzy i zgo­dy au­to­rów — bo w tych kra­dzio­nych tekstach treści in­for­ma­cyj­nych jak najbardziej moż­na się do­pa­trzeć) na­praw­dę trud­no szu­kać… a tam są jesz­cze po­da­ne na tacy, w so­lid­nym stę­że­niu… do­sko­na­ła rozrywka w ponure je­sien­ne wie­czo­ry. Po re­je­stra­cji wy­mie­ni­łam zresz­tą kil­ka pry­wat­nych wia­do­mo­ści z wła­ści­ciel­ką owe­go cyr­ku — i znów po­peł­ni­łam błąd. Gna­na prze­ko­na­niem o tym, że lu­dzie się zmie­nia­ją i Háva­málo­wą mą­dro­ścią, że „nie ma tego mą­dre­go, co by błę­du nie miał, ni ta­kie­go złe­go, by nic nie był wart” nie­mal uwie­rzy­łam, że mam do czy­nie­nia z czło­wie­kiem nor­mal­nym, z któ­rym moż­na — je­śli nie uło­żyć ja­koś sto­sun­ki — to przy­naj­mniej za­wrzeć pakt o nie­agre­sji. Nie­ste­ty, oka­za­ło się, że się my­li­łam, i to my­li­łam gru­bo… Dziś po­pro­szo­na o do­bro­wol­ne nie­za­glą­da­nie do źró­dła nie­usta­ją­cej roz­ryw­ki, cze­mu oczy­wi­ście od­mó­wi­łam, zo­sta­łam z te­goż za­baw­ne­go fo­rum wy­wa­lo­na z ba­nem na lo­gin. Co nie zmie­nia fak­tu, że już zna­la­złam inny spo­sób na za­glą­da­nie w to żałośnie zabawne miej­sce… jak­by by­ło gdzie i po co zer­kać. Cóż, są gu­sta i gu­ści­ki, mnie ple­cio­ne przez idio­tów dyr­dy­ma­ły zwy­kle ba­wią… pó­ki nie znu­dzą… A miej­sce to z ta­kich, w któ­rych rozpaczliwie żenujące „Gwiaz­dy mó­wią” jest uwa­ża­ne za cza­so­pi­smo zna­ko­mi­te i źródło miarodajnej informacji, więc sami ro­zu­mie­cie…

Tak czy siak, ana­li­za przy­pad­ku, po omó­wie­niu za­cho­wa­nia stal­ker­ki z za­przy­jaź­nio­nym psy­chia­trą (i po wła­snym zba­da­niu umy­słu rze­czo­nej pani me­to­da­mi sza­mań­sko­-wiedź­mi­mi, co z jed­nej stro­ny by­ło ła­twe, bo ni­czym się, bie­dac­two, nie chro­ni, a z dru­giej wy­jąt­ko­wo obrzy­dli­we — jak wpad­nię­cie do miej­skiej ka­na­li­za­cji mniej wię­cej, bo w sła­woj­ce stę­że­nie kupy zde­cy­do­wa­nie mniej­sze, a i za­pach mniej draż­nią­cy) wy­cho­dzi na to że owa bied­na ko­bie­ta ma ewi­dent­ne ob­ja­wy za­bu­rzeń ob­se­syj­no­-pa­ra­no­idal­nych. Bez do­kład­niej­szych ba­dań (a ja w tej klo­acz­nej łe­pe­ty­nie grze­bać wię­cej nie za­mie­rzam, zbyt tam śmier­dzi) trud­no okre­ślić, o ja­kiej etio­lo­gii, sta­wia­ła­bym na efekt kli­mak­te­rium… Sko­ro jest cho­ro­ba, są po­wo­dy do obaw — pa­ra­no­iko­wi w fa­zie ob­se­syj­nej wszyst­ko mo­że przyjść do gło­wy, a i od­zyw­ki typu „za­mknij jej mor­dę, bo miar­ka się prze­bra­ła” za­czy­na­ją po­ma­leń­ku przy­bie­rać kształt gróźb ka­ral­nych.

Do­wie­dzia­łam się też, oczywiście okrężną drogą, bo grozić i straszyć pani potrafi tylko za plecami, nie umiejąc nic powiedzieć w twarz (jakież to zresztą dla niektórych schorzeń symptomatyczne, typowe przy tym również dla hipokrytów), że je­stem prze­klę­ta za łzy, któ­re bo­ha­ter­ka ni­niej­szej not­ki prze­ze mnie prze­la­ła. A ktoś jej, prze­pra­szam, ka­zał owe łzy wy­le­wać? Brać każ­de moje bek­nię­cie i pierd­nię­cie do sie­bie? W ogóle o mnie myśleć? Bo nie ja… A i z tym prze­kleń­stwem spra­wa wca­le nie jest tak zu­peł­nie oczy­wi­sta i prze­są­dzo­na… bo je­że­li się wie, jak wy­ko­rzy­stać sa­mą moc emo­cji ku nam kie­ro­wa­nych, ich za­bar­wie­nie prze­sta­je mieć ja­ki­kol­wiek na to wpływ — wszyst­ko moż­na prze­fil­tro­wać, uży­wa­jąc tego następnie na wła­sną ko­rzyść i dla wła­sne­go wzmoc­nie­nia. Albo i prze­kie­ro­wać da­lej, nie mó­wiąc już o od­bi­ciu… I bez zna­cze­nia, czy bę­dzie to mi­łość i sym­pa­tia, czy żal i nie­na­wiść… wszyst­kie kar­mią rów­nie moc­no, a że te dru­gie osła­bia­ją przy oka­zji oso­bę je ży­wią­cą, to już inna kwe­stia… i kom­plet­nie nie mój pro­blem. Nikt jej chyba o tym nie powiedział, natychmiast przestałaby mnie nienawidzić, wiedząc, że jej nienawiść daje mi moc. Umna cza­row­ni­ca i z nie­na­wi­ści ku niej kie­ro­wa­nej ko­rzyść wy­cią­gnie, a bied­na, po­szko­do­wa­na na umy­śle ko­bie­ci­na chy­ba nie do koń­ca zda­je so­bie spra­wę z tego, z kim (i z czym przy oka­zji) za­dar­ła… Pó­ki co, jej co­raz bar­dziej de­spe­rac­kie i co­raz sil­niej zna­mio­nu­ją­ce za­ostrze­nie cho­ro­by umy­sło­wej dzia­ła­nia przyj­mu­ję z peł­nym po­li­to­wa­nia roz­ba­wie­niem… je­śli je na­si­li, trze­ba bę­dzie jednak w koń­cu za­dzia­łać… choć tymczasem szko­da na to ener­gii. Niech so­bie zresztą mnie nie­na­wi­dzi, skoro jej to sprawia przyjemność, po ma­łym prze­fil­tro­wa­niu tak moc­ną nie­na­wiść moż­na skie­ro­wać na re­ali­za­cję mo­ich wła­snych ce­lów, a je­den taki już mam na oku…

„Nie ga­daj z du­pą, bo cię osra” — pa­mię­taj­cie o tej mak­sy­mie, dro­dzy Czy­ta­cze. Bo ma­ło co w ży­ciu spraw­dza się, jak ona…


niedziela, 20 listopada 2011

wnioski postweekendowe

6 razy skomentowano

Wniosek numer jeden:
Nigdy nie rozpijaj pół litra na troje przez dziewięć godzin. To złe. Tylko szybkie dwa piwa ratują później sytuację.
Wiosek numer dwa:
Nigdy nie zadawaj po pijaku trudnych pytań pijanemu tarociście. Bo możesz dowiedzieć się rzeczy, których nie chcesz wiedzieć a wygląda na to, że są prawdą...
Wniosek numer trzy:
Ugryź się w język, zanim nazwiesz kogoś swoim dzieckiem. Bo może się okazać, że jest w tym więcej prawdy, niż ci się wydawało.

(Na końcu palców mam zakończenie tej notki krótką partykułą wzmacniającą - i... [cztery litery]. Ale w paluchy też się ugryzę.


środa, 16 listopada 2011

Dwie metody przekraczania miedzy
czyli wędrówka między światami - prywatny
punkt widzenia

3 razy skomentowano

Wę­drów­ki mię­dzy świa­ta­mi, obec­ne za­rów­no w sta­rych in­do­eu­ro­pej­skich tra­dy­cjach ma­gicz­nych, jak i w prak­ty­kach sza­mań­skich, sta­no­wią­ce tak­że część eu­ro­pej­skich re­li­gii po­gań­skich, są sta­re jak świat. Tru­izm. Nie na­le­ży ich my­lić z pa­th­wor­kin­giem, kie­ro­wa­ną me­dy­ta­cją, czy wi­zu­ali­za­cją, ani na­wet z ezo­po­pu­lar­nym oobe. To zdol­ność, któ­rą się ma lub nie, moim zda­niem nie moż­na się jej ot-tak, po pro­stu od ko­goś na­uczyć czy wy­tre­no­wać. Do­ty­czy to przede wszyst­kim dru­gie­go z opi­sa­nych ni­żej spo­so­bów. Zdol­ność do prze­kra­cza­nia mie­dzy — bo ta­kie­go ter­mi­nu po­zwo­lę so­bie użyć jako tłu­ma­cze­nia an­giel­skie­go sło­wa hed­ge­cros­sing mo­że być wro­dzo­na lub „w­ła­czyć się” w wy­ni­ku róż­nych ży­cio­wych do­świad­czeń, czę­sto trau­ma­tycz­nych albo z po­gra­ni­cza śmier­ci. I bywa po­twier­dzo­na w do­świad­cze­niu sza­mań­skiej ini­cja­cji, któ­re zwy­kle wią­że się z kom­plet­ną dez­in­te­gra­cją, do­świad­cze­niem śmier­ci i — cza­sem dłu­go­trwa­łym i mo­zol­nym — od­bu­do­wa­niem wła­sne­go „ja” na nowo. Nie­kie­dy bywa tak, że ktoś po­dró­żu­je nie­świa­dom tego, że za­glą­da lub wcho­dzi za Za­sło­nę Świa­tów. Co oczy­wi­ście nie jest dla nie­go bez­piecz­ne.

Prze­kra­cza­nie mie­dzy jest moż­li­we na­wet wów­czas, gdy żad­na z czę­ści du­szy nie od­ry­wa się od na­szej ca­ło­ści. Jest to zresz­tą naj­czę­ściej sto­so­wa­na me­to­da kon­tak­tu z Za­świa­ta­mi, zde­cy­do­wa­nie bez­piecz­niej­sza niż wy­sy­ła­nie za mie­dzę jednej z czę­ści siebie. Ten spo­sób zresz­tą do pew­ne­go stop­nia mo­że być wy­ćwi­czo­ny i moż­na go prak­ty­ko­wać pod kon­tro­lą czy opie­ką in­nych, bar­dziej od nas do­świad­czo­nych. Wy­ma­ga to umie­jęt­no­ści wcho­dze­nia w trans, a spo­so­bów na jego osią­gnię­cie jest wie­le. Trans otwie­ra na­sze cie­le­sne zmy­sły na rze­czy­wi­stość spo­za Za­sło­ny, po­zwa­la na jed­no­cze­sne prze­by­wa­nie w dwóch miej­scach — jed­ną no­gą tu, dru­gą w Za­świa­tach. Me­to­da trans­owa bywa przy­dat­na do ko­mu­ni­ka­cji z bo­ga­mi, z przod­ka­mi, z na­szy­mi opie­ku­na­mi, go­spo­da­rza­mi­-du­cha­mi miejsc czy róż­ny­mi isto­ta­mi róż­nie na­zy­wa­ny­mi w róż­nych tra­dy­cjach re­li­gij­nych bądź kul­tu­rach, a jed­nak ma­ją­cy­mi z so­bą wie­le wspól­ne­go i praw­do­po­dob­nie z so­bą toż­sa­my­mi. Moż­na ją tak­że wy­ko­rzy­stać — i zwy­kle jest wy­ko­rzy­sty­wa­na w pra­cy dy­wi­na­cyj­nej, wi­zjo­ner­skiej albo ma­gicz­nej. Nie jest to jed­nak po­dróż bar­dzo da­le­ka — wła­ści­wie nie wcho­dzi­my wte­dy za Za­sło­nę, a je­dy­nie uno­si­my jej rąb­ka i za­glą­da­my za nią, co bywa przy­dat­ne do roz­ma­itych dal­szych — nazwijmy to — czynności, sta­no­wiąc wpro­wa­dze­nie i przy­go­to­wa­nie do kon­kret­ne­go, skie­ro­wa­ne­go na osią­gnię­cie da­ne­go celu dzia­ła­nia.

Po­dró­żo­wa­niu bez roz­dzie­la­nia czę­ści du­szy sprzy­ja­ją miej­sca gra­nicz­ne. Mo­że to być gra­ni­ca pola i lasu, brzeg rze­ki, strumienia czy mo­rza, roz­staj­ne dro­gi. Na­wet drzwi wła­sne­go domu albo wręcz po­ło­wicz­ne wy­łą­cze­nie świa­do­mo­ści, przez np. za­mknię­cie jed­ne­go oka czy jed­no­stron­ne wy­ci­sze­nie od­bio­ru zmy­sło­we­go. Pa­ra­dok­sal­nie, rów­nież, a wręcz zwłasz­cza, peł­na syn­chro­ni­za­cja wszyst­kich zmy­słów temu sta­no­wi sprzy­ja. Naj­pow­szech­niej­szą i bar­dzo sku­tecz­ną me­to­dą na roz­po­czę­cie po­dró­ży jest wów­czas wsłu­cha­nie się w ota­cza­ją­cy świat, zjed­no­cze­nie z nim, otwar­cie na wszyst­ko, co dzie­je się wo­kół w na­tu­rze, z jed­no­cze­snym wy­ci­sze­niem wła­snych my­śli i wła­sne­go ja. Otwar­cie na spo­tka­nie z każ­dą ota­cza­ją­cą nas obec­no­ścią po­przez zjed­no­cze­nie z da­nym miej­scem — a przez nie z ca­łym świa­tem. Wy­ma­ga to umie­jęt­no­ści „ro­zmy­cia” się w otoczeniu, w świecie — a do tego pro­wa­dzi wie­le me­tod — cel­tyc­ka me­to­da z uży­ciem sys­te­mu Du­ile czy ger­mań­ska uti­se­ta, ma­ją­ce z so­bą wie­le wspól­ne­go, to bar­dzo sku­tecz­ne sposoby osią­ga­nia tego sta­nu. Je­śli ko­muś wy­ci­sze­nie się spra­wia trud­ność, mo­że sto­so­wać me­to­dy czy­sto fi­zycz­ne, czę­sto po­le­ca­ne po­cząt­ku­ją­cym po­dróż­ni­kom, do któ­rych na­le­żą ryt­micz­ne bęb­nie­nie, du­ży wy­si­łek fi­zycz­ny, aż po kra­niec wy­dol­no­ści wła­sne­go or­ga­ni­zmu (ek­sta­tycz­ny ta­niec lub bieg w miej­scu) czy hi­per­wen­ty­la­cja.

Bywa tak­że, że ów stan roz­my­cia, zjed­no­cze­nia, czy jak­kol­wiek ina­czej to na­zwać, in­du­ku­je się sam, co czę­sto zda­rza się dzie­ciom. Me­to­dy „far­ma­ko­lo­gicz­ne”, uży­cie „w­spo­ma­ga­czy” tu­taj po­miń­my.

Wią­że się to oczy­wi­ście z pew­ny­mi za­gro­że­nia­mi — zer­ka­jąc za Za­sło­nę ła­two zwró­cić na sie­bie uwa­gę miesz­kań­ców Za­świa­tów, wśród któ­rych zde­cy­do­wa­nie wię­cej jest istot ego­istycz­nych, mo­gą­cych pró­bo­wać wy­ko­rzy­stać po­dróż­ni­ka jako trans­por­ter do na­sze­go świa­ta lub do naj­roz­ma­it­szych wła­snych ce­lów, czy wręcz pró­bo­wać go na sta­łe „za­sie­dlić”, „za­miesz­kać”.

O wie­le trud­niej­szą i bar­dziej nie­bez­piecz­ną me­to­dą po­dró­ży, zde­cy­do­wa­nie głęb­szej i dal­szej jest „wy­cho­dze­nie z sie­bie” czyli wy­sy­ła­nie poza mie­dzę jed­nej z czę­ści skła­da­ją­cych się na na­szą ca­łość. Naj­czę­ściej/zwykle prze­bie­ga ono na za­sa­dzie pew­ne­go ro­dza­ju czę­ścio­we­j/du­cho­wej zmien­no­kształt­no­ści. Po­dró­żu­je zwy­kle ta część du­szy czy skład­nik ca­ło­ści, ja­ką sta­no­wi­my, któ­ry w an­giel­skich i cel­tyc­kich z po­cho­dze­nia tra­dy­cjach jest na­zy­wa­ny fetch, a w tej, z któ­rą ja sama je­stem zwią­za­na naj­bliż­szym jej i naj­le­piej ją opi­su­ją­cym okre­śle­niem jest chy­ba fyl­gja. Zwy­kle owa część nas, wy­bie­ra­jąc się za mie­dzę, przy­bie­ra po­stać zwie­rzę­cia, kon­kret­ne­go, tego sa­me­go we wszyst­kich po­dró­żach, choć nie za­wsze w ten spo­sób to od­bie­ra­my. Sami nie mo­że­my jej do­strzec, na­to­miast moż­na w pew­nym sen­sie do­świad­czać rze­czy­wi­sto­ści spo­za Za­sło­ny Świa­tów jej „zmy­sła­mi” jest to zresz­tą ta sama część nas, któ­ra ko­mu­ni­ku­je się z tym bó­stwem, isto­tą, czy opie­ku­nem, któ­re jest nam naj­bliż­sze, któ­re­mu je­ste­śmy w szcze­gól­ny spo­sób od­da­ni czy od­czu­wa­my z nim naj­moc­niej­szą więź. Bądź z któ­rą to ono się ko­mu­ni­ku­je. I cza­sem — wła­śnie w wy­ni­ku po­sia­da­nia wro­dzo­nej zdol­no­ści albo prze­ży­cia trau­ma­tycz­nych do­świad­czeń, mo­że ona wy­brać się w po­dróż bez na­szej kon­tro­li, zresz­tą zwy­kle na­szej kon­tro­li nie do koń­ca pod­le­ga. Bywa cza­sem, że odłą­cza się od nas w wy­ni­ku bar­dzo sil­nych, zazwyczaj bo­le­snych do­świad­czeń emo­cjo­nal­nych, jak utra­ta ko­goś bar­dzo bli­skie­go, komu pod­świa­do­mie nie po­zwa­la­my odejść i „wy­sy­ła­my” ją za nim. Nie­umie­jęt­ność pa­no­wa­nia nad włą­cza­ją­cy­mi się au­to­ma­tycz­nie sta­na­mi „po­dróż­ni­czy­mi” tego ro­dza­ju, nie­zdol­ność do utrzy­ma­nia swo­ich skład­ni­ków w in­te­gra­cji jest bar­dzo nie­bez­piecz­na; mo­że do­pro­wa­dzić do tego, że ta część nas po­zo­sta­nie od nas oderwana, na ja­kiś czas lub na sta­łe, co mo­że za­owo­co­wać tym, że bę­dzie­my nie­peł­ni, utra­tą ży­cio­we­go szczę­ścia i po­wo­dze­nia — cza­so­wą lub nie­od­wra­cal­ną, a jej od­zy­ska­nie i po­now­ne sca­le­nie z resz­tą ca­ło­ści bę­dzie wy­ma­ga­ło dłu­gich i trud­nych sta­rań, któ­re mo­gą oka­zać się bez­sku­tecz­ne lub za­koń­czyć się po pro­stu śmier­cią lub sza­leń­stwem w wy­ni­ku kom­plet­ne­go roz­bi­cia.

Tej me­to­dzie po­dró­ży sprzy­ja stan „ma­łej śmier­ci” — mię­dzy snem a ja­wą. Na­le­ży jed­nak zde­cy­do­wa­nie od­róż­nić ją od snu jako ta­kie­go; czę­sto wy­znacz­ni­kiem jej rze­czy­wi­sto­ści­/praw­dzi­wo­ści jest bar­dzo gwał­tow­ne za­pa­da­nie w fa­zę REM, tuż po za­mknię­ciu oczu lub śnie­nie od chwi­li za­śnię­cia do prze­bu­dze­nia po­wta­rza­ją­cych się snów, zwy­kle nie ma­ją­cych nic wspól­ne­go z co­dzien­no­ścią i zna­ną nam rze­czy­wi­sto­ścią, bądź roz­wi­ja­ją­cych się i roz­bu­do­wa­nych sen­nych hi­sto­rii, w któ­rych obec­ni i ak­tyw­ni są bo­go­wie, przod­ko­wie, opie­ku­no­wie, du­chy; w któ­rych sta­je­my się uczest­ni­kiem mi­tycz­nych albo escha­to­lo­gicz­nych zda­rzeń… choć nie za­wsze w taki spo­sób to po po­wro­cie roz­po­zna­je­my. Czę­sto zro­zu­mie­nie tego, cze­go do­świad­czy­li­śmy w po­dró­ży przy­cho­dzi z cza­sem, czę­sto rów­nież wy­ma­ga rady ko­goś, kto wie o Za­świa­tach wię­cej od nas. Nie moż­na jed­nak za­po­mi­nać o tym, że na­sza pod­świa­do­mość ma bar­dzo bo­ga­tą wy­obraź­nię i do­pie­ro po wie­lu po­wtór­kach nie­zro­zu­mia­łych a po­wra­ca­ją­cych sen­nych wy­da­rzeń lub po prze­ży­ciu roz­wi­ja­ją­cej się ze snu na sen roz­bu­do­wa­nej hi­sto­rii moż­na uznać po­dróż za rze­czy­wi­stą. Nie wszyst­ko, co brą­zo­we i le­ży pod krza­kiem to bu­tel­ka po pi­wie… a sny z tak zwa­nych Tych by­wa­ją przez pod­świa­do­mość „po­dra­bia­ne” Wią­że się z to zresz­tą z pew­ny­mi me­cha­ni­zma­mi zwią­za­ny­mi z pod­świa­do­mym „ch­ciej­stwem” ale o tym mo­że kie­dyś, kie­dy in­dziej.

W po­dróż dru­gą me­to­dą, o ile nie na­stę­pu­je ona sa­mo­ist­nie, nie na­le­ży wy­bie­rać się bez wy­raź­nej i bar­dzo po­waż­nej po­trze­by. I do­ty­czy to rów­nież osób uwa­ża­ją­cych się za do­świad­czo­nych prak­ty­ków. To nie za­ba­wa. Wią­że się bo­wiem ze wspo­mnia­nym wy­żej ry­zy­kiem dez­in­te­gra­cji, któ­ra mo­że być nie­od­wra­cal­na. A je­śli ta­kie „wy­ciecz­ki” na­stę­pu­ją sa­mo­ist­nie, bez udzia­łu na­szej woli, bez­względ­ną ko­niecz­no­ścią jest na­ucze­nie się ich blo­ko­wa­nia, na­wet po­przez uni­ka­nie snu tak dłu­go, jak to ko­niecz­ne, by zmę­czo­na „ca­łość” nie by­ła w sta­nie po za­pad­nię­ciu w sen się roz­dzie­lić…

Tyle pry­wat­ne­go, po­par­te­go dość trud­ny­mi prze­ży­cia­mi z nie­daw­ne­go cza­su, zwią­za­ny­mi z „me­to­dą nu­mer dwa”, po­łą­czo­ny­mi z ce­lo­wą bez­sen­no­ścią, któ­rej i ni­niej­szy tekst jest owo­cem, spoj­rze­nia na tę spra­wę — być mo­że ktoś uzna je za przy­dat­ne dla sie­bie…


wtorek, 15 listopada 2011

Sigrid Wyniosła - polski ślad w sagach?

1 razy skomentowano

Sigrid Wy­nio­sła, zna­na tak­że jako Si­gríð Stor­råda, wy­stę­pu­je w sa­gach jako kró­lew­ska mał­żon­ka — jej pierw­szym mę­żem był Eryk Zwy­cię­ski, wład­ca Szwe­cji, dru­gim duń­ski król Sweyn Wi­dło­bro­dy. Mimo że sagi przy­pi­su­ją jej skandynawską ge­ne­alo­gię, ist­nie­je du­że praw­do­po­do­bień­stwo, że w rze­czy­wi­sto­ści by­ła z po­cho­dze­nia Po­lan­ką. Au­ten­tycz­ność jej po­sta­ci, po­dob­nie jak rze­czy­wi­sty ro­do­wód, są dziś obiek­tem ba­dań i dys­ku­sji.

Si­grid wy­stę­pu­je w licz­nych sa­gach, któ­re zo­sta­ły spi­sa­ne w kilka po­ko­leń po opi­sy­wa­nych w nich wy­da­rze­niach, nie ma jed­nak żad­nych do­wo­dów na to że rze­czy­wi­ście by­ła ta­ką oso­bą, ja­kiej ob­raz wy­ła­nia się ze źró­deł. Ba, nie ma pew­no­ści, że w ogó­le ist­nia­ła — być mo­że wy­zie­ra­ją­ca spo­mię­dzy wier­szy sag ko­bie­ta jest kon­glo­me­ra­tem, zło­że­niem hi­sto­rii i czy­nów kil­ku roz­ma­itych osób. A mo­że po­sta­cią cał­ko­wi­cie fik­cyj­ną…

Si­grid w He­im­skrin­gla

He­im­skrin­gla opi­su­je na­szą bo­ha­ter­kę jako pięk­ną lecz mści­wą cór­kę Sko­gul­la­-To­stie­go, wpły­wo­we­go szwedz­kie­go szlach­ci­ca. Jako wdo­wa po Ery­ku Zwy­cię­skim odzie­dzi­czy­ła licz­ne po­sia­dło­ści i ży­ła sa­mot­nie z sy­nem, Ola­fem Szwe­dem, gdy jej przy­bra­ny brat, Ha­rald Gren­ske, król Ve­st­fold za­czął sta­rać się o jej rę­kę. Za­rów­no on, jak i inny kró­lew­ski kon­ku­rent — Vis­sa­vald z Gar­da­rik, zo­sta­li na jej roz­kaz spa­le­ni w wiel­kiej hal­li, do któ­rej dum­na i mi­zo­an­drycz­na pani za­pro­si­ła ich na ucztę. Mia­ła to być prze­stro­ga, znie­chę­ca­ją­ca in­nych za­lot­ni­ków do sta­rań o Si­grid i jej rę­kę.

Olaf Tryggveson proponuje Sigrid małżeństwo, pod warunkiem, że porzuci ona wiarę przodków
i przyjmie chrześcijaństwo. Gdy oburzaona odmawia, pełen uszanowania dla damy zalotnik
uderza ją rękawicą. Dumna królowa ostrzega, że może się to skończyć jego śmiercią.
(według opisu Snorriego Sturlusona, ilustracja pochodzi z Wikimedia Commons).

Saxo Gram­ma­ti­cus po­wta­rza tę hi­sto­rię, do­da­jąc, że wdo­wa po Ery­ku Zwy­cię­skim, w jego kro­ni­ce na­zy­wa­na Sy­ri­thą, po od­rzu­ce­niu za­lo­tów Ola­fa Tryg­gve­so­na po­ślu­bi­ła w koń­cu Swey­na Wi­dło­bro­de­go.

Kro­ni­ki

W śre­dnio­wiecz­nych kro­ni­kach ist­nie­ją oczy­wi­ście za­pi­sy do­ty­czą­ce mał­żeństw Swey­na Wi­dło­bro­de­go i Ery­ka Zwy­cię­skie­go. Na ich pod­sta­wie moż­na pod­jąć pró­bę re­kon­struk­cji po­cho­dze­nia i toż­sa­mo­ści po­sta­ci ich mał­żon­ki lub mał­żo­nek.

Thiet­mar z Mer­se­bur­ga wspo­mi­na, że Sweyn Wi­dło­bro­dy po­ślu­bił cór­kę Miesz­ka I, a sio­strę Bo­le­sła­wa Chrobrego i miał z nią dwóch sy­nów — Ka­nu­ta Wiel­kie­go i Ha­rol­da II Duń­skie­go. Nie wy­mie­nia jed­nak jej imie­nia. Nie da się ukryć, że Thiet­mar, któ­ry opi­sy­wał cza­sy so­bie współ­cze­sne, jest praw­do­po­dob­nie naj­le­piej w tej kwe­stii po­in­for­mo­wa­nym dzie­jo­pi­sem. Za­ło­że­nie, że mat­ką Ha­ral­da i Ka­nu­ta by­ła pol­ska księż­nicz­ka wy­ja­śnia­ło­by nie do koń­ća zro­zu­mia­łe za­pi­sy kro­ni­kar­skie, jak choć­by wspo­mnie­nie o udzia­le pol­skich od­dzia­łów w in­wa­zji na An­glię.

Adam z Bre­my wspo­mi­na, że pol­ska księż­nicz­ka by­ła żo­ną Ery­ka Zwy­cię­skie­go, któ­re­mu uro­dzi­ła Olo­fa Sköt­ko­nun­ga, za­nim w dru­gim mał­żeń­stwie ze Swey­nem Wi­dło­bro­dym uro­dzi­ła Ka­nu­ta i Ha­rol­da. W kon­se­kwen­cji bi­skup Adam na­zy­wa Olo­fa i Ka­nu­ta brać­mi. Jego re­la­cja jest jed­nak dla wie­lu hi­sto­ry­ków nie­mia­ro­daj­na, gdyż jest je­dy­nym za­pi­sem su­ge­ru­ją­cym tego ro­dza­ju re­la­cję mię­dzy oby­dwu kró­la­mi.

W ano­ni­mo­wej kro­ni­ce „Ge­sta Cnu­to­nis re­gis” („Czy­ny kró­la Ka­nu­ta­”) ist­nie­je nie­wiel­ka wzmian­ka o tym, że Ka­nut wraz z bra­tem uda­li się na zie­mie Sło­wian i przy­wieź­li stam­tąd swo­ją mat­kę. Nie musi to oczy­wi­ście do­wo­dzić tego, że owa mat­ka by­ła Sło­wian­ką, kro­ni­ka jed­nak wy­raź­nie to su­ge­ru­je.

W „Li­ber vi­tae of the New Min­ster and Hyde Ab­bey Win­che­ster” znaj­du­je­my za­pis mó­wią­cy, że sio­stra kró­la Ka­nu­ta no­si­ła imię „Sant­slaue” (Sant­slaue so­ror CNVTI re­gis no­stri­) któ­re zde­cy­do­wa­nie przy­po­mi­na nie­udol­ny, ob­co­ję­zycz­ny za­pis sło­wiań­skie­go imie­nia Sta­ni­sła­wa lub Świę­to­sła­wa, ze wskazaniem na to drugie. J. Ste­en­sup su­ge­ru­je na­wet, że owa sio­stra mo­gła no­sić to imię po mat­ce.

Dzi­siej­sze re­kon­struk­cje

Na pod­sta­wie po­wyż­szych za­pi­sów mó­wi się dziś o sło­wiań­skiej księż­nicz­ce, cór­ce Miesz­ka I, któ­ra po­ślu­bi­ła dwóch skan­dy­naw­skich kró­lów i by­ła mat­ką ich na­stęp­ców. Imię, ja­kim na­zy­wa ją He­im­skrin­gla mo­gło być prze­kształ­co­nym do brzmie­nia swoj­skie­go dla au­to­rów sag imie­niem sło­wiań­skim, mo­gło być imie­niem przy­ję­tym przez nią dla pod­kre­śle­nia no­we­go kon­tek­stu na­ro­do­wo­-lin­gwi­stycz­ne­go, lub w koń­cu po pro­stu imie­niem wy­my­ślo­nym przez au­to­rów — bo­ha­ter­ka musi prze­cież ja­koś się na­zy­wać… To ostatnie przy­pusz­cze­nie mo­gło­by po­łą­czyć jej po­stać z pierw­szą wy­mie­nia­ną w sa­dze żo­ną Swe­ina Wi­dło­bro­de­go, Gun­hild, opi­sy­wa­ną jako cór­ka nie­ja­kie­go Bu­ri­sla­va — co mo­gło­by z kolei być nie­co znie­kształ­co­nym od­nie­sie­niem do mał­żeń­stwa sio­stry pierw­sze­go pol­skie­go kró­la… Ist­ne­je też inne, nie­mniej roz­sąd­ne wy­ja­śnie­nie — Gun­hild by­łą cór­ką Miesz­ka a sio­strą Bo­le­sła­wa, a wdo­wa po Ery­ku Zwy­cię­skim, inna księż­nicz­ka o nie­ja­snym ro­do­wo­dzie, bę­dą­ca wzo­rem li­te­rac­kiej Si­grid, po­ślu­bi­ła Swe­ina po jej śmier­ci. Nie­któ­rzy hi­sto­ry­cy za­kłada­ją, że Si­grid jest po pro­stu wy­two­rem in­wen­cji twór­czej au­to­rów sag…

Dal­sze nie­ja­sno­ści spo­wo­do­wa­ło pew­ne od­kry­cie ar­che­olo­gicz­ne. W 1835 r. w ju­tlandz­kim tor­fo­wi­sku zna­le­zio­no ko­bie­ce cia­ło, na­zwa­ne póź­niej Ko­bie­tą z Ha­rald­skær. Uzna­no, że owa ko­bie­ta ży­ła w X-XI wie­ku i przy­pi­sa­no jej toż­sa­mość Si­grid (lub Gun­hild) Póź­niej­sze da­to­wa­nie ra­dio­wę­glo­we pod­wa­ży­ło to za­ło­że­nie, jed­nak wo­kół sa­me­go od­kry­cia to­czy się do dziś spo­ro dys­ku­sji na tyle cie­ka­wych, że bę­dzie ono te­ma­tem jed­ne­go z ko­lej­nych ar­ty­ku­łów.

Si­grid we współczesnej li­te­ra­tu­rze i tra­dy­cji

Dum­na kró­lo­wa jest ty­tu­ło­wą bo­ha­ter­ką wier­sza Hen­ry­’e­go Wad­swor­tha Long­fel­lo­wa („Qu­een Si­grid the Hau­gh­ty­”) i głów­ną po­sta­cią opo­wia­da­nia Ka­ren Bli­xen za­ty­tu­ło­wa­ne­go „The De­lu­ge at Nor­der­ney” za­war­te­go w to­mie „Se­ven Go­thic Ta­les” W obu miej­scach mó­wi się o niej, jako o dum­nej pani, któ­ra zgła­dzi­ła swo­ich za­lot­ni­ków, by znie­chę­cić do starań o nią ich ewentualnych na­stęp­ców.

Kro­czą­cy Pół­noc­ną Ścież­ką od­wo­łu­ją się z ko­lei do jej (w­zmian­ko­wa­ne­go mię­dzy in­ny­mi przez Saxo w „Ge­sta Da­no­ru­m”) pla­no­wa­ne­go mał­żeń­stwa z nor­we­skim kró­lem Ola­fem Tryg­gve­so­nem, któ­re nie do­szło do skut­ku, gdyż zna­ny ze swe­go okrut­ne­go ską­d­inąd fa­na­ty­zmu wład­ca, ocze­ki­wał od swo­jej mał­żon­ki po­rzu­ce­nia wia­ry przod­ków i przy­ję­cia chrze­ści­jań­stwa, cze­go na­rze­czo­na z obu­rze­niem od­mó­wi­ła i ślub oczy­wi­ście zo­stał od­wo­ła­ny. I do­pie­ro po po­czę­sto­wa­niu Ola­fa czar­ną po­lew­ką, Si­grid mia­ła po­ślu­bić Wi­dło­bro­de­go. Wspo­mi­na się o niej 9 li­sto­pa­da, tuż przed Dniem Po­le­głych Bo­ha­te­rów — i czę­sto blo­tu­je na jej cześć.

Być mo­że wzno­sząc róg dla uho­no­ro­wa­nia pa­mię­ci dum­nej pani, po­win­ni­śmy wspo­mnieć i o tym, że naj­praw­do­po­dob­niej by­ła to swoj­ska Sta­sia lub Świę­toch­na… choć, jak wia­do­mo, co do pol­skie­go, bądź wręcz sło­wiań­skie­go na­wet, ro­do­wo­du pierw­szych pol­skich wład­ców hi­sto­ry­cy szcze­gól­nie zgod­ni nie są…


niedziela, 13 listopada 2011

poranne narzekania zgnębionej
(pseudo)projektantki

3 razy skomentowano

Ciężkie jest życie istoty, która chce/próbuje sobie freelancersko dorobić projektowaniem wyglądu stron internetowych. Zwłaszcza opartych na CMS-ach, niepisanych od a do z łapką własną. Budowę szablonu bloggera i wordpressa rozgryzłam w miarę bezboleśnie, rozgryzienie konstrukcji szablonu joomli zajęło mi już 3 noce. Teraz wgryzam się w drupala. Zarówno od strony developerskiej, jak i czysto webmasterskiej — mam wrażenie że ten cms jest najbardziej sensowny ze wszystkich, których dotknęłam, aczkolwiek nieco (eufemizm?) skomplikowany w backendowej obsłudze. Koleny projekt chyba na nim postawię, a może i obecny na niego przeprowadzę.

W sumie powinnam w takim razie narzeknąć też na Artiseera. Owszem, przydatny jest, sporo się dzięki niemu nauczyłam, ale problemów też mi dodał. Przynajmniej w wersji 3.0.x - wersja 3.1.x nie została jeszcze rozdziabana do użytku bezpłatnego (ekhem...). Sadzi tak durne błędy w kodzie (i część kodu zostawia zupełnie nieopisaną), że trzeba potem powoli i z palca wszelkie bzdury spowodowane jego użyciem poprawiać. To dlatego nauczyłam się joomlowej konstrukcji... porządnie wyglądała jedynie strona główna i strona z pojedynczym artykułem, reszta rozjeżdżała się do tego stopnia, że trzeba było przebudować sposób wyświetlania części witryny, a do pozostałych bugów użyć pozycjonowania absolutnego, którego generalnie nie lubię, zawsze boję się, że w innej rozdzielczości wszystko rozjedzie się jeszcze bardziej niż przed opisaniem pozycji.

Ale w sumie to nie o tym chciałam. Znaczy może i o tym, ale nie aż tak głęboko. Dobijają mnie koszmarnie różnice w interpretacji CSS i niektórych elementów HTML między „wiodącymi” przeglądarkami. Ostatnie odkrycie — po którymś update Aurory, w wersji jeszcze 9, firefox przestał nagle, z niczego, bez jednego kichnięcia, z dnia na dzień, interpretować właściwość „text-shadow”. Nie ma. Nie widzi i już. Nie widzi ani Aurora, ani Nightly, ani ostatnia zaktualizowana wersja release. A przecież niedawno widział jeszcze, doskonale widział i malował je w sposób najbardziej estetyczny ze wszystkich przeglądarek. Co się zatem porobiło? Nie rozumiem. Jakiś celowy zabieg developerski czy paskudny bug? Cienie przestały być widoczne nagle, bez żadnych zmian w kodach stron, których część stanowiły. Na mozillowych forach na razie żadnej wzmianki na temat... a ja po prostu nic nie rozumiem.

IE nie obsługuje cieni w ogóle, nie tylko tekstowych, „box-shadow”-ów też, i jeśli się chce, żeby cuś wyglądało w tej przeglądarce ok, trzeba używać jQuery... Opera dla odmiany nie widzi żadnego tekstu napisanego czcionką mniejszą niż 9px, zostawia zatem np. ohydne dziury w chmurach tagów. Jej drugą niezwykle wredną wadą jest fakt, że kompletnie ignoruje Google Font Directory, z którym nawet wstrętny IE grzecznie współpracuje. No i olewa przezroczystość opisaną klasycznym „opacity”. Co znów cholernie utrudnia zrobienie czegokolwiek dobrze...

Safari i Chrome wprawdzie widzą wszystko co powinny widzieć, ale opisane CSS-em cienie malują w sposób zdecydowanie zbyt ostry. Trzeba zmieniać kolory na bardziej pastelowe i planować większe rozmycie.

Efekt tego wszystkiego jest mało zabawny — trzeba pisać przynajmiej trzy arkusze stylów, pod różne przeglądarki. Jasne, fixy są krótkie, nie obejmują całego arkusza, tylko te jego fragmenty, w których mieszczą się rzeczy prezez daną przeglądarkę nieinterpretowane, ale i tak jest to cholernie upierdliwe. A jak — nawet w taki sposób — objść radosne Operowe ignorowanie Goglefontów — jeszcze nie doszłam. Drugie rozwiązanie jest cokolwieczek upierdliwsze i jakby nieco nonsensowne. Oldskulowo robić wszystko obrazkami — każdy kawałek cienia, każdy tekst ze specyficznym fontem... co jest niemożliwe do zrobienia w gruncie rzeczy. No i skoro IE9 nie chce wcale a Firefox 9+ wygląda na to, że przestał chcieć interpretować CSS3 — to wstawienie obrazka pod krawędź też egzaminu nie zda. Przynajmniej nie CSS-em.

Tak czy siak... weź, człowieku nieszczęsny i zrób tak, żeby strona, którą projektujesz, we wszystkich popularnych (Konquerory i insze takie już pomijam, nie mam siły sprawdzać wszystkiego) przeglądarkach wyglądała identycznie... czego zazwyczaj spodziewa się twój klient, zwłaszcza jeśli nie jest prywatnym twórcą blogasia albo mikroniszowej stronki, ale przedsiębiorcą, swój ymydż traktującym poważnie. No weź ogarnij i zrób dobrze, tak że i ciebie to zadowoli, zwłaszcza jeśli jesteś perfekcjonistą, którego do szału doprowadza jednopikselowa różnica w wielkości bloku tekstowego...

Efekt moich ostatnich treningowych wprawek można sobie obejrzeć tutaj — zaczyna mnie zadowalać do tego stopnia, że niebawem pojawi się i aktualizacja merytoryczna, a sam szablon z czystym (no, prawie czystym, bo nie wszystko jeszcze poprawiłam) sumieniem mogę umieścić w portfolio na pierwszym miejscu — ale jak do jasnej i zakaźnie schorowanej Anielki bez „text-shadowa” dodać (widoczne w Chrome i Operze) żarzenie wokół tekstów w nagłówku? Które mają być edytowalnymi z poziomu zaplecza tekstami, a nie obrazkiem? Albo zrobić tak, żeby i Opera wyświetlała jego (nagłówka znaczy) wzięte z googlowego katalogu czcionki prawidłowo?

Cholera, trzeba będzie chyba pójść na jakiś porządny kurs webmasterski — chociaż sam taki pomysł nieco szydzi z mojego intelektu — tyle nauczyłam się sama — miałabym nie opanować różnic między (szlag jasny by je trafił) pieprzonymi przeglądarkami? Ja? Miałabym? Czegoś nie ogarnąć?

Swoją drogą — i tu niebawem zmieni się layout. Na mój własny w końcu, znacznie mniej pstrokaty i chyba z ostatnim projektem wizualnie spójny.

Przy okazji — czy ktoś mógłby mi wyjaśnić, jakim cudem i skąd niniejszy blog znalazł się w katalogu  (owszem, międzynarodowym, ale takim, do którego za nic nie pasuje) - yyy.... paganwiccan?!

A to na poranne po bezsennej nocy pocieszenie:




poniedziałek, 7 listopada 2011

wróciłam

4 razy skomentowano

Wróciłam. Właściwie wróciłam podwójnie, po jednej Rzeczy robionej w zwyczajowym terminie, a drugiej w astronomicznym, wczoraj. Obie były ważne i trudne, obie wiązały się z zaglądaniem za Zasłonę. W sumie nie powinny być trudne dla kogoś, kto jedną nogą stale stąpa po Tamtej Stronie, odkąd pamięta. Ale jednak całkowite przeniesienie się Tam, nawet na krótki czas, zwłaszcza w tym stanie świata, jest czymś bardzo trudnym i wyczerpującym. Zwłaszcza gdy cel ma się taki nie inny.

Zrobiłam obie zaplanowane Rzeczy w każdym razie. Zrobienie trzeciej znów mi udaremniono. Chyba w sumie z przekory tylko znowu próbowałam, wiem że mi tego zrobić nie wolno, ale cały czas, jak dzieciak testuję, na ile mi się pozwoli, na ile się uda, a może po prostu Ojciec akurat zapatrzy się w inną stronę i wówczas zdołam zrobić to, czego sobie nie życzy za jego plecami?... Chociaż po ostatnim hm... sposobie udaremnienia chyba więcej nie spróbuję, czas pogodzić się z tym, że tego nie mogę, nie wolno i już. Choć splecione z tą niemożnością zadanie wydaje się tak trudne, że wręcz niewykonalne, zwłaszcza w obecnym układzie okoliczności. I tak bardzo wbrew mnie samej. Cóż, skoro Oni wymagają, Oni dostarczą narzędzi do spełnienia ich wymagania.

Przy tym i sama niemożność wykonania tego, czego nie wolno — i pragnienie zrobienia — wiążą się z bólem — z tych, co to miesiącami trwają i udaje się przed samą sobą, przed innymi, przed całym światem, że wcale ich nie ma, a są czymś najdotkliwszym chyba z rzeczy, które mogą dotknąć.

Pisać mi się nie chce. Ani w sumie nie ma o czym. Zresztą wolnego czasu jeszcze mniej, coraz mniej — i dobrze — a jego kradzione urywki wkładam w dwa projekty internetowe — jeden zaanonsuję, kiedy na powrót ruszy, jest reaktywacją czegoś co już było — a drugi — cóż — mieści się tutaj. Choć nie wiem, czy powinna go prowadzić osoba, której "dalej do Asatru niż z jednego końca Wszechświata na drugi, a niestety zdarzają się jeszcze ludzie nieświadomi, z Asatru ją kojarzący"... Tych słów nie zapomnę nigdy. Ale swoje robić będę nadal. I mimo że owe słowa padły, nadal będę próbowała wykonać to, co na mnie nałożono, choć wydaje się być zadaniem nad siły.


piątek, 28 października 2011

biuletyn

1 razy skomentowano

Przesłanie okazało się prawdziwe. Zdecydowanie. Słowa przekazane za czyimś pośrednictwem mogły pochodzić tylko od jego autorów. Tylko oni mogli wiedzieć o sprawach, o których przekazujący wiedzieć nie mógł. A impreza — cóż — synku, ciesz się, że nie szczekasz. Takiej mi było trzeba. Od dawna. Od bardzo dawna.

Pewne rzeczy w skali czasu mimo licznych zmian okazują się być trwałe. Dobrze. Choć czasem to zaskakuje. Jak mawia przyjaciółka — mijają eony, zmieniają się międzyludzkie układy, sojusze rodzą się i umierają, czasem zapadając się pod ciężarem wewnętrznej hipokryzji, czasem po prostu ginąc naturalną śmiercią. A my wciąż kręcimy się w tym samym kociołku. Ludzi których znamy najdłużej i zdołaliśmy ich poznać jak złe grosiki... TMB.

A teraz czas przygotować się do Wielkiej Rzeczy, w poniedziałek musi zostać wykonana. Bo bardzo wiele od niej zależy. Przy czym... jesteś guślarką. Rób to, do czego zostalaś stworzona i wezwana...


czwartek, 27 października 2011

czasem

0 razy skomentowano

Czasem wiesz, że musisz coś powiedzieć. I kiedy słowa spływają z twoich ust lub palców, masz wrażenie, że serce ci pęka. Ale powiedziane być musi. Choć trudne i przykre dla ciebie, przykre i dla osoby będącej tych słów adresatem, gdyby nie zostało wypowiedziane, zatruwałoby każdą twoją myśl o tej osobie. Wyrzucenie z siebie pewnych myśli czy wrażeń z daną osobą związanych, wprost i bezpośrednio do tej osoby jest właściwe. Bo pozwala pozostawić te myśli za sobą, umożliwi przyszłe patrzenie przed siebie, nie wstecz.

Wypowiedzenie tego, chociaż trudne i bolesne, może w jakiś sposób oczyścić atmosferę. Umożliwić jakikolwiek przyszły dobry kontakt. Tym bardziej takie rzeczy trzeba wypowiadać, gdy ów kontakt jest dla ciebie ważny. 

A czasem kontakt następuje w niedobrym, niewłaściwym momencie. Na właściwy czas trzeba czekać. Czasem długo.

Tymczasem wierzę, że właściwy czas jednak kiedyś nadejdzie. Ciężko mi z tym, co dzisiaj powiedziałam. Ale wiem, że zrobiłam co było trzeba. Choć może w sposób zbyt ostry. Osoba będąca tych słów adresatem tu nie zagląda. Gdyby kiedyś zajrzała - szczerze przepraszam za wydźwięk mojej wypowiedzi. Ale nie za jej treść. Za formę. Mam nadzieję, że z czasem zostanie to zrozumiane.

Poza tym jest nów... a nów to mój czas. Nie można poddawać się smutkowi.


wtorek, 25 października 2011

Ek skal hér ráđa
– honor kobiecy w islandzkich sagach (1)

3 razy skomentowano

Ek skal hér ráđa – honor kobiecy w islandzkich sagach
– kobiecy kodeks honorowy dotyczący spraw mistycznych i magicznych

na podstawie rozdziału 3 pracy magisterskiej (MA thesis) Susan Elisabeth Riverbank, Apallachian State University, maj 2011



Pojawiające się w islandzkich sagach elementy mistyczne rzucają jasne światło na sprawy honoru i dyshonoru islandzkich kobiet. Bohaterki sag uczestniczą w wydarzeniach „ponadnaturalnych” znacznie częściej niż mężczyźni. Źródła często opisują kobiety jako władające specyficznymi mocami umysłu lub wręcz stanowiące elementy religii staronordyjskiej — jak choćby Norny czy walkirie. Opisują również niejednokrotnie kobiety parające się magią czy czarownictwem jako tchórzliwe potwory. Tak zwaną czarną, złowrogą magię uważano za źródło dyshonoru zarówno wśród kobiet, jak i mężczyzn. Jednakże kobiety przestrzegały w sprawach mistycznych i magicznych znacznie surowszego kodu honorowego niż ten, który dotyczył mężczyzn, bowiem w związku z patriarchalnymi ideałami współistniejącymi na średniowiecznej Islandii ze światem pogańskim, znacznie łatwiej było im postąpić w sposób sprzeczny z godnością i popaść w niełaskę.

Sagi są pewnego rodzaju konwencją literacką, odzwierciedlającą współczesne czasom ich powstania, a pozostające pod silnym wpływem chrześcijańskim założenia dotyczące miejsca i roli kobiet w społeczeństwie. W czasach pogańskich islandzkie społeczeństwo ze względów między innymi religijnych, wysoko ceniło kobiety. Religia staronordyjska łączyła je z mądrością i magią. Kobiety parające się sprawami mistycznymi były silnie związane z mocami natury i rzeczywistością spoza Zasłony Światów. W źródłach można znaleźć ponad piętnaście nazw określających kobiety zajmujące się tą dziedziną życia. Najczęstsze kobiece postaci występujące w mitologiil, to völvy, walkirie i Norny.

Większość z owych kobiet opisywanych w źródłach stanowiły „agentki” Odyna, uważanego za mistrza „kobiecej”  magii seiðr, ocenianej jako jedno z podstawowych źródeł jego potęgi. Pomimo, że kult odyniczny jest mocno zmaskulinizowany, a Walhalla jest światem totalnie męskim, Odyn często polega na kobietach, takich jak walkirie czy Norny i powierza im większość własnej roboty na planie materialnym. W islandzkich sagach jako jego posłanniczki i wykonawczynie jego woli opisywane są głownie walkirie. Często ostatecznym przeznaczeniem walkirii jest małżeństwo z wyznaczonym jej bohaterem. Pogańscy Islandczycy wierzyli, że są one znakomitymi żonami, a ich synowie dziedziczą ich dumę, są pewni siebie i mądrzy.

Podczas gdy w czasach pogańskich nikt nie wątpił w kobiecą moc i mądrość, konwersja na chrześcijaństwo bardzo zmieniła ich postrzeganie. Chrześcijaństwo zdemonizowało kult pogański, a także magię i czarostwo, co wpłynęło na źródłowe opisy licznych potężnych pogańskich kobiet. Chrześcijaństwo zastąpiło kobiece bóstwa postaciami świętych i uczyniło kobiety – zgodnie z biblijnymi założeniami – istotami relatywnie słabymi i pozbawionymi wpływu na męski świat. Po konwersji stały się jedynie pasywnymi uczestniczkami wydarzeń kultowych. Średniowieczne chrześcijaństwo oczekiwało od nich wielkoduszności i pobożności i piętnowało takie, które dążyły do wiedzy i potęgi. Jeśli kobieta nie wpasowywała się w nowy, chrześcijański ideał, stawała się obiektem oskarżeń o działania, które ludzie Białego Chrystusa określali jako niewłaściwe i złe.

Oprócz zmienionego w stosunku do opisywanych wydarzeń klimatu religijnego, w okresie spisywania islandzkich sag (XII-XIV w.), częścią życia społecznego stały się zbiory praw określane nazwą Grágás. Znaczny wpływ na ich kształt i przesłanie wywarły założenia chrześcijaństwa, a dotyczyło to zwłaszcza spraw dotyczących kultu pogańskiego i magii. Zgodnie z prawem, Islandczyk mógł wyznawać jedynie boga chrześcijan i oddawać cześć tylko jemu i jego świętym. Łamiących ten przepis skazywano i karano tak zwaną mniejszą banicją. Użycie zaklęć i czarów, paranie się magią zgodnie z Grágás owocowało taką samą karą, jednak w praktyce było zwykle karane dotkliwiej – każdy przyłapany na użyciu słów magicznych skierowanych przeciwko jakiejkolwiek żywej istocie, włączając w to zwierzęta, był skazywany na pełną banicję i bezpowrotnie wyjęty spod prawa. Taki wyrok stawiał objętą nim osobę poza marginesem islandzkiego społeczeństwa, pozbawiał go wszelkich praw i własności, pozwalając każdemu, kto miałby na to ochotę na uśmiercenie go, które pozostawało bezkarne.

Grágás I wyraźnie dowodzi, że na chrześcijańskiej Islandii nie było ani odrobiny tolerancji dla jakiegokolwiek przejawu kultu pogańskiego czy czarownictwa. Podejrzane kobiety podlegały takim samym karom jak mężczyźni, stawały się całkowicie wyjęte spod prawa. Zatem w wiekach XII-XIV zarówno męski, jak i kobiecy honor mógł ucierpieć tak samo w wyniku odwoływania się do dawnych bogów i praktyk w pogańskim świecie akceptowanych, a całkowicie potępionych po chrystianizacji. W rzeczywistości, ponieważ w chrześcijańskim społeczeństwie rola kobiet stałą się całkowicie podrzędna, kobiety niepasujące do wymagań nowej religii, zwłaszcza te, które zajmowały się magią, ryzykowały znacznie większą niż mężczyźni ujmą na honorze, a i znacznie chętniej niż oni były sądzone i skazywane.

Rola odgrywana przez kobiety w sprawach związanych z szeroko pojętą mistyką, do której można zaliczyć również magię, była istotną składową mającego wiele obliczy islandzkiego honoru. W sagach często wspominana jest zmiennokształtność, mówi się też o licznych zaklęciach, zarówno dobroczynnych, jak i szkodliwych – ma to związek nie tylko z rzeczywistymi wydarzeniami, ale i z tym, że odbiorcy, do których owe teksty były adresowane, chętnie słuchali tego rodzaju historii i przyjmowali je z dużą dozą łatwowierności. Opisy kobiet władających rozmaitymi mocami pojawiają się zwłaszcza w Sadze o Volsungach, Sadze o Grenlandczyach, Sadze o Eryku Rudym, Sadze o Ludziach z Laxardal i Sadze o Njalu. W wielu wypadkach chrześcijańskie prawo islandzkie wywarło znaczny wpływ na autorów tych dzieł i sposób w jaki przedstawili w nich sprawy „ponadnaturalne”.

Saga o Volsungach


Wydarzenia opisane w tej sadze mieszczą się w V i VI wieku, jednak została spisana przez nieznanego autora dopiero w wieku XIV. Pojawia się w niej ogromna liczba wydarzeń i zjawisk, które można określić jako magiczne lub mistyczne. Może to wynikać z długotrwałego przekazu ustnego – jest to także jedna z najbardziej znanych i najpopularniejszych historii opisanych w islandzkiej literaturze. Kobiety są w niej sportretowane zarówno jako postaci dobre, jak i siewczynie zła, podczas gdy mężczyźni występują jako postaci zawsze dbające o honor. Saga o Volsungach szczegółowo opisuje mistyczne role kobiece w świecie religii nordyjskiej, wzmiankowane jest w niej także czarownictwo, czarna magia, prorocze sny i rozmaite zdolności mentalne.

Główną siłą napędową w tej sadze jest Odyn we własnej osobie. To on, jego małżonka Frigg i ich óskmœr „dostarczają” Rerirowi i jego żonie syna, Volsunga. Rośnie on w brzuchu matki przez sześć lat, po czym zostaje z niego wyjęty zdrowy i dobrze rozwinięty. Dająca Rerirowi jabłko płodności Odynowa óskmœr to Hjold, córka olbrzyma Hrimnira. W dalszej części sagi zostaje ona żoną Volsunga i matką Sigmunda i Signy. Fakt, że to kobieca postać uczestniczyła w niezwykłym poczęciu i narodzinach Volsunga jest wyraźnym wskaźnikiem znaczenia kobiet w nordyjskim pogaństwie.

Treść sagi wskazuje na to że moce Hjold odziedziczyły jej dzieci, Sigmund i Signy. Bliźniakom nieustannie zdarzały się spotkania z istotami spoza Zasłony Światów, doświadczały także najróżniejszych dylematów związanych z tym, jak bardzo silną składową ich życia były sprawy mistyczne. Małżeństwo Signy z królem Siggeirem jest jednym z wydarzeń wskazujących na mistyczne związki rodu Volsungów. Podczas ślubu Signy stwierdza, że wie, bo powiedziały jej o tym własne wizje a potwierdziła kynfylgja, że to małżeństwo źle się skończy.

Sigmund podczas ślubu siostry doznał zupełnie innego spotkania. Jako gość weselny przybył nań przebrany Odyn, wbił swój miecz w Barnstok, centralny pień lub drzewo halli Volsungów i zażądał od wszystkich przysięgi wierności temu, kto ów miecz zdoła wyrwać. Sigmund dokonał tego z łatwością, zawstydzając szwagra. Miecz, znany później jako Gram stał się jego własnością i dziedzictwem przekazywanym z pokolenia na pokolenie przez całą sagę.

W odróżnieniu od siostry, Sigmund spotykał się z Odynem więcej niż raz w ciągu życia. Wszechojciec obdarzył go potężną bronią, a Signy nie dał nic. Może to wynikać z faktu że na XIV-wiecznej Islandii kobietom nie wolno było władać bronią, co nie przeszkadzało autorowi sagi w opisaniu walkirii jako walczących i ubranych jak mężczyźni…

Niezależnie od wizji Signy i daru dla Sigmunda, bliźniaki wdały się również w kontakt ze znacznie ciemniejszymi mocami. Oboje doświadczyli mocy i potencjalnego zła zmiennokształtności. Po tym jak Volsung i jego ludzie ulegli w walce Siggeirowi, pojmano dziesięciu synów Volsunga i pozostawiono ich związanych w lesie. Pierwszej nocy potężna i okrutnie wyglądająca wilczyca o północy przyszła na miejsce, gdzie byli więzieni, zagryzła i pożarła jednego z braci. Przychodziła przez kolejne osiem nocy, każdej z nich pożerając jednego z więźniów, dopóki przy życiu nie pozostał jedynie Sigmund. Gdy dziesiątej nocy przyszła po niego, Signy pouczyła brata, by nasmarował twarz i napełnił usta miodem, by wilczyca mogła go zlizać. Gdy włożyła język do jego ust, Sigmund odgryzł go, w ten sposób zabijając potwora. Saga sugeruje, że wilczycą byłą matka Siggeira, która dzięki magii potrafiłą zmieniać kształt i była w tym doświadczoną praktyczką.

Signy doświadczyła zmiennokształtności w zupełnie inny sposób. Nieatakowana przez zmiennokształtną istotę, sama potrafiła zmieniać postać by osiągnąć to do czego dążyła. A dążyłą przede wszystkim do tego, by urodzić syna wystarczająco potężnego, by był w stanie pomóc Sigmundowi pomścić ojca i braci. Po urodzeniu Siggeirowi kilku synów, których uznała za bezwartościowych, uciekła się do magii, by „zdobyć” takiego, któremu mogłaby w tej sprawie zawierzyć. Zamieniła się postacią z wędrowną czarodziejką i legła obok brata. Spędzona z nim noc zaowocowała poczęciem syna, Sinfjotlego, który dowiódł, że jest doskonałym kandydatem do dokonania rodowej zemsty.

Doświadczenia Sigmunda i Signy związane ze zmiennokształtnością rzucają pewne światło na zaangażowanie kobiet w działania magiczne i znaczenie tych działań dla ich honoru. Spotkanie Sigmunda z okrutną wilczycą i zachowanie w kontakcie z nią jest przedstawione jako działanie honorowe. Przechytrza ją i zabija mszcząc tym samym śmierć swoich dziewięciu braci, których pożarła. Natomiast Signy jest przedstawiona w sytuacji, która każe w jej kobiecy honor powątpiewać. Chociaż Sinfjotli pzynosi honor rodzinie i ojcu, sposób, w jaki został poczęty jest dla Signy niehonorowy, przynajmniej w świetle praw obowiązujących na Islandii w okresie spisywania sagi, zatem celowo jako taki jest przedstawiony odbiorcom. Signy popełnia „główne kazirodztwo”, ta kategoria obejmowała stosunki seksualne z rodzeństwem a także dziećmi ciotek i wujów.

Założenie, że być może postępowanie Signy było akceptowalne w V i VI wieku, w okresie, gdy wydarzenia z sagi miały miejsce, stwarza dodatkowe problemy. Jenny Jochens zauważa, że nawet w czasach sprzed wprowadzenia chrześcijańskich praw, zakaz uprawiania stosunków seksualnych z bliskimi krewnymi zawsze był zjawiskiem uniwersalnym i występował także w społeczeństwach Północy.

Pokonanie złej czarownicy przez Sigmunda i pakt Signy z inną czarownicą wydają się być różnie oceniane zarówno przez autorów, jak i przez odbiorców sagi. Różny jest też pogląd na honorowość oby tych czynów. Honor Sigmunda nie ucierpiał w żaden sposób, przecież zabił winną i pomścił braci. Nie ucierpiał nawet w wyniku kazirodztwa z Signy – został przez siostrę oszukany – przybrała przecież postać innej kobiety. Mimo że w sadze nie ma o tym bezpośredniej wzmianki, w świetle prawa i mentalności jej odbiorców, honor Signy doznał przez ten czyn poważnego szwanku.

Następnym z rodu Volsungów, który miał do czynienia ze zjawiskami „ponadnaturalnymi” jest syn Sigmunda i Hjordis, Sigurd. Jego losy opisane w sadze wskazują na to że był ulubieńcem Odyna. Jak i jego ojciec, Sigurd także otrzymuje od Wszechojca potężny dar – rumaka o imieniu Grani, będącego potomkiem Odynowego wierzchowca, Sleipnira. Przekuwa także dziedziczny miecz, Grama. Odyn pojawia się także ratując Sigurda przed walką z Fafnirem – odwraca podstępną radę Regina. Opieka Odyna i pokonanie smoka przedstawiają czytelnikom sagi kolejny obraz męskiego honoru, korzystającego na kontakcie z e światem spoza Zasłony.

Zabicie Fafnira nie tylko przysporzyło Sigurdowi honoru, ale także umożliwiło mu – po zjedzeniu serca pokonanego smoka – rozumienie mowy ptaków. Ptaki zaprowadziły go do Brynhild i dalszych doznań mistycznych. Brynhild doświadczyła własnego spotkania z Odynem, który ukłuł ją cierniem snu — była to kara za uśmiercenie króla, któremu przyrzekł zwycięstwo. Rozszerzeniem kary jest uniemożliwienie Brynhild pokonanie kogokolwiek i małżeństwo z tym, kto ją obudzi. Wskazywałoby to na fakt, że Brynhild jest jedną z walkirii. Ciekawym smaczkiem jest tu fakt, że jeśli faktycznie była walkirią i zawiodłą Odyna, oznaczałoby to że jego wysłanniczki były obdarzone sporą dozą niezależności i własnej woli – jeśli tak rzeczywiście było, oznaczałoby to że jak inne kobiety podlegały kobiecemu kodeksowi honorowemu. Nieposłuszna wobec Odyna Brynhild popełnia czyn niehonorowy, nie dlatego, że ubiera się i postępuje jak mężczyzna, ale dlatego, że sprzeciwia się boskim rozkazom.

Mimo że sprzeniewierzenie się woli Odyna można uznać za ujmę na kobiecym honorze Brynhild, jej dobre imię wzrasta dzięki jej niezwykłej mądrości. Zdolności Brynhild dają jej wiedzę o niemal wszystkim. Po tym, jak uczy Sigurda stosowania run, szuka on u niej mądrości i rady, wierząc, że nie ma na świecie innej tak mądrej osoby. Brynhild także przepowiada ludziom przyszłość i objaśnia sny, co wzmacnia jej renomę mądrej kobiety.

Kobiety w Sadze o Volsungach zdają się być wrażliwsze od mężczyzn na sny prorocze. Niekiedy otrzymują we śnie ostrzeżenia dotyczące mężczyzn, z którymi są związane, a którzy znajdują się w niebezpieczeństwie. Kostebra rozpaczliwie błaga swego męża Hogniego, by wysłuchał jej snu o złu i zniszczeniu spowodowanych przez króla Atlego. Mimo że saga wspomina, że Kostebra często właściwie przeczuwa zło, Hogni bagatelizuje jej ostrzeżenie i ginie z rąk Atlego. Żona Gunnara, Glaumvor również śni o złu i zniszczeniu zawinionych przez Atlego, mąż bagatelizuje jej sen i również ginie z jego rąk. Sny stanowią istotną składową kobiecego honoru w tej sadze. Mimo że Kostebra i Glaumvor doświadczają ziszczających się wizji sennych, sny obydwu niosą śmierć. Te złowrogie przepowiednie przypominają pole działania Norn.

Saga o Volsungach opisuje kobiety zarówno jako honorowe jak i niehonorowe uczestniczki życia mistycznego. Występuje w niej jednak czarownica, której niegodne zachowanie nie budzi żadnych wątpliwości. To wprawna w magii Grimhild o surowym sercu. Pragnie i zdobywa Sigurda dla swojej córki Gudrun, nie przejmując się tym, że jest związany z Brynhild. Co więcej, uczy swego syna Gunnara i Sigurda, jak zamieniać się postaciami, by Gunnar, przyjąwszy postać przyjaciela-rywala mógł przedostać się przez otaczający Brynhild płomień i ją posiąść. Używa także czarów do omotania swojego drugiego syna, Guttworma by zabił Sigurda. Udaje jej się to Guttworm zabija Sigurda w łożu. Śpiąca obok męża Gudrun budzi się przerażona i dostrzega, że zabił go jej własny krewniak. Grimhild po raz kolejny ucieka się do magii i zmusza córkę do wypicia „złej mikstury”, która pozwala jej zapomnieć o wszystkich pretensjach do braci. Działąnia Grimhild są najbardziej niehonorowe ze wszystkich kobiecych poczynań w Sadze o Volsungach – nie staje ona bowiem twarzą w twarz ze swoimi ofiarami, ale po prostu potajemnie warzy mikstury i rzuca zaklęcia by dostać czego chce. Brynhild stwierdza, że nie ma kobiety gorszej niż Grimhild. Rzeczywiste źródło dyshonoru tej czarownicy leży w jej tchórzostwie i nadużywaniu umiejętności magicznych.

W Sadze o Volsungach mistyczne i magiczne odniesienia kobiet są przedstawione zarówno pozytywnie, jak i negatywnie. Kobiety zwiększają swój honor poprzez asystowanie Odynowi w jego sprawach na ziemi, doświadczanie proroczych snów i wizji, posiadanie mocy parapsychicznych i niezwykłą wiedzę. Doświadczają na nim ujmy przez nadużycie zdolności „ponadnaturalnych” i wykorzystywanie ich dla siebie. Zmiennokształtność, by zabić bezbronnych lub poprzez kazirodztwo począć potomka, nieposłuszeństwo Odynowi, warzenie mikstur i rzucanie zaklęć by osiągnąć prywatne cele rzucają cień na kobiecą godność. Ta konkretna saga praktycznie pomija męskie kontakty ze światem zza Zasłony, natomiast piętnuje kobiety nadużywające mocy do osiągnięcia osobistych korzyści. Nie samo jej użycie powoduje ujmę na honorze, ale nadużycie i cel, do jakiego zostają wykorzystane. Dopóki kobiety używają swoich zdolności do rozpoznawania Losu, nie zaś naginania go, dopóty ich godność pozostaje nienaruszona.

Sagi winlandzkie


Zarówno Saga o Grenlandczykach, jak i Saga o Eryku Rudym opisują wydarzenia, które miały miejsce w X i XI wieku. W każdej z nich znajdują się opisy wydarzeń wskazujących na zarówno honorowe, jak i niehonorowe działania związane z użyciem magii i kontaktami mistycznymi. Co ciekawe, chrześcijańska Saga o Eryku podaje nie tylko więcej opisów zdarzeń tego rodzaju, jak i opisuje je w sposób znacznie bardziej szczegółowy.

W Sadze o Grenlandczykach nie ma przykładów kobiet zajmujących się magią. Dostarcza za to opisu kobiety doświadczającej licznych zjawisk paranormalnych. Opisywana w niej Gudrid Thorbjarnardottir jest szanowaną bohaterką islandzkiej literatury. Jest mądra, piękna, uprzejma i wiele podróżuje. Jej godność i szacunek, jakim jest darzona jest nieporównywalny z żadną inną bohaterką sag. Opis wydarzeń w których uczestniczy i jej zachowania w konkretnych sytuacjach jest istotny dla zrozumienia tego, jak kobiety rozumiały sprawy godności i jej braku w kwestiach „ponadnaturalnych”.

Pierwszy opis wydarzenia magicznego w Sadze o Grenlandczykach mówi o chorobie panującej wśród mieszkańców wioski Gudrid. Żona Thorsteina Czarnego Grimhild i mąż Gudrid Thorstein Eiriksson zarażają się nią i zostają położeni w jednym pomieszczeniu. Grimhild pierwsza pada ofiarą tajemniczej zarazy. Po upływie pewnego czasu jej martwe ciało opiera się na łokciach i spuszcza nogi na podłogę w poszukiwaniu butów. Thorstein Eiriksson i Gudrid są tego świadkami, ale natychmiast po przybyciu Thorsteina Czarnego Grimhild znów pada martwa. Mąż Gudrid niebawem umiera na tę samą chorobę. Kobieta tak szaleje z rozpaczy, że Thorstein Czarny tuli ją i sadza sobie na kolanach. Obiecuje jej wszystko co tylko możliwe by ponownie uczynić ją szczęśliwą, gdy ciało jej zmarłego męża podnosi się z łoża i pyta o Gudrid. Thornstein Czarny doradza kobiecie, by nie odpowiadała na wołanie zwłok męża i sam pyta ciało, czego chce. Thornstein Eiriksson chce powiedzieć żonie, że znalazł spokój w innym miejscu i nie chce, by po nim rozpaczała. Przepowiada jej także świetlaną przyszłość, długie i pełne przygód życie, ponowne małżeństwo, posiadłość na Islandii i pielgrzymkę do Rzymu.

Niedługo po śmierci męża Gudrid wychodzi za Karlsefniego i rodzi syna, Snorriego. Pewnego dnia, gdy siedzi przy kołysce dziecka dostrzega w drzwiach cień i pojawia się w nich blada, wielkooka kobieta ubrana w czerń. Przybyła pyta Gudrid o imię a zapytana o własne mówi, że również nazywa się Gudrid. Ludzka Gudrid chce zaproponować zjawie siedzisko, ale widmo znika w czasie walki, spowodowanej przez winlandzkich tubylców próbujących ukraść broń ludziom Karlsefniego. Nikt poza Gudrid nie widzi zjawy, która nie pojawia się w sadze ponownie.

Otaczające Gudrid zjawiska paranormalne są ciekawe ze względu na fakt, że jest ona jedynie ich odbiorczynią, nie twórczynią czy aktywną aktorką. Duchy zza Zasłony Światów pojawiają się obok niej na planie materialnym, ale nie stanowią żadnego zagrożenia. Co więcej, duch zmarłego męża przepowiada jej dobrą przyszłość a zjawia pojawiająca się przy kołysce dziecka ma być może za zadanie ochronić ją i małego przed skutkami ataku tubylców na ludzi męża. Duch zmarłego męża mógł też chronić Gudrid przed niewczesnymi zalotami Thorsteina Czarnego – w końcu jego ciało podniosło się, gdy ten wziął świeżą wdowę na kolana. Może miało to spowodować niepodejmowanie przez Gudrid żadnych pochopnych decyzji dotyczących małżeństwa. Wygląda na to że dychy pojawiały się wokół niej, by bronić jej honoru i dać nadzieję. Pozostając spokojna w obliczu tych wydarzeń, Gudrid zachowuje się godnie i honorowo, nie okazując żadnej słabości. Islandzkie sagi uznają nieokazywanie przez kobiety emocji za zachowanie godne podziwu i honorowe.

Saga o Eryku Rudym również wspomina dwa wydarzenia, których uczestniczką jest Gudrid Thorbjarnarsdottir. W odróżnieniu od Sagi o Grenlandczykach, gdzie brak wzmianek o kobietach aktywnie parających się magią, w Sadze o Eryku można znaleźć szczegółowy opis wiedźmy Thorbjorg. Jest ona opisana jako prorokini, wizjonerka, völva, znana jako „Mała Wieszczka”. Ludzie ciekawi własnego losu i przepowiedni dotyczących sezonowego powodzenia często zapraszali Thorbjorg na święta i uczty. Pewnej nocy Thorkel z Herjolfsness, główny farmer w regionie, zaprosił ją na ucztę do swego domu. Przybyła po nią męska eskorta i przygotowano dla niej honorowe miejsce przy stole. Pojawiła się ubrana w wyszukany sposób, przy jej pasie wisiała duża sakiewka, w której przechowywała amulety i kamienie niezbędne do działań magicznych. Wszyscy witali ją z szacunkiem, a ona odpowiadała na owe powitania zależnie od własnej opinii na temat danej osoby.

Następnego dnia, by wykonać to czego od niej oczekiwano – przepowiedzieć pogodę i powodzenie w nadchodzącym sezonie, Thorbjorg poprosiła o pomoc kobiety znające się na magii. Okazało się, że nie ma w pobliżu takich kobiet. Gudrid stwierdziła, że nie jest wiedźmą ani czarownicą, ale gdy była na Islandii jej przybrana matka Halldis nauczyła ją zaklęć, które nazywała pieśnią warlocka. Dodała jednak szybko, że nie chce mieć do czynienia z tym rodzajem wiedzy i takimi ceremoniami, gdyż jest chrześcijanką. Thorbjorg stwierdziła, że udział Gudrid w ceremonii mógłby być ogromnie pomocny i nie byłoby w nim nic zdrożnego dla kobiety, jednak Gudrid zgodziła się dopiero po naciskach ze strony Thorkela. Zaśpiewałą pieśń a Thorbjorg doświadczyła wizji przyszłości. Po zakończeniu rytuału w podziękowaniu przedstawiła Gudrid przepowiednię jej losu uwieńczoną wizją jasnego światła nad jej potomkami. Oczywiście zarówno przepowiednie dotyczące pogody, jak i przyszłości Gudrid sprawdziły się – tylko niewiele rzeczy bowiem działo się inaczej niż przepowiadała.

To wydarzenie łączy w sobie oceny godnego i niegodnego postępowania w odniesieniu do spraw mistyczno-magicznych na schrystianizowanej Islandii. Thorbjorg byłą dobrze ubrana, zawsze proponowano jej honorowe miejsce przy stole, jej przepowiednie niemal zawsze się sprawdzały, dając jej znaczną władzę nad okazującymi jej posłuch mężczyznami. Z drugiej strony chrześcijanka, Gudrid, występuje przeciw działaniom magicznym, a fakt, że jej ojciec odmówił pozostania w domu podczas pogańskiej ceremonii wskazuje, że nie każdy uznawał i szanował zarówno pogańskie zwyczaje, jak i magię. Pogański obraz Thorbjorg kontrastuje z chrześcijańskim wizerunkiem Gudrid i jej ojca. Autor sagi nie ocenia postępowania Thorbjorg jako złego czy niehonorowego, ale wyraźną uwagę zwraca na udział Gudrid w czarach wbrew własnej woli i skłonienie przez Thorbjorg Thorkela do przekonania Gudrid by wzięła udział w jej rytuale.

Saga o Eryku wzmiankuje również opisane wcześniej w Sadze o Grenlandczykach powstanie z martwych Thorsteina Eirikssona. Opis ten jednak różni się w szczegółach od wcześniejszego. Małżonka Thorsteina Czarnego nosi tu imię Sigrid. Ona także powstaje z martwych, ale zamiast szukać pod łóżkiem butów, próbuje wpakować się do łóżka żyjącego jeszcze męża Gudrid. Nie upada sama, by ją powstrzymać trzeba ją zaatakować. Niebawem Thorstein Eiriksson umiera na tę samą chorobą i powstaje z martwych wołając Gudrid, dokładnie tak jak w Sadze o Grenlandczykch. Gudrid pyta Thorsteina Czarnego czy powinna odpowiedzieć na wołanie zmarłego męża, ten pozostawia to jej decyzji – a ona decyduje z nim porozmawiać, bo wierzy że ochroni ją chrześcijański bóg. Jak w pierwowzorze, mąż przepowiada Gudrid świetlaną przyszłość i ostrzega ją przed poślubieniem Grenlandczyka.

Wzmianki w sadze o Eryku o powrocie z zaświatów Sigrid i Thorsteina Eirikssona są produktem czasów późniejszych niż opis z Sagi o Grenlandczykach. Można to ocenić na podstawie pokory Gudrid i jednocześnie większej dozy wolnej woli. Thorstein Czarny pozwala jej podjąć własną decyzję dotyczącą odpowiedzi na wołanie ciała męża, nie każąc jej milczeć jak we wcześniejszej wersji opowieści. Może to wynikać ze zjawiska, które Jenny Jochens opisuje jako przywilej zgody, którym chrześcijaństwo obdarzyło kobiet. Dotyczył on głównie chrześcijańskich mężatek – gdyby kobiecie zabroniono odezwania się do własnego małżonka, spowodowano by ujmę na jej honorze.

Saga o Eryku opisuje Sigrid jako piękną kobietę, której martwe ciało usiłowało po zgonie wejść do łóżka żyjącego jeszcze męża Gudrid. Thorstein Czarny brutalnie powstrzymuje je przed tym uderzając w pierś toporem. Jest to działanie mające na celu ochronę czci obu kobiet – żywej i martwej. Martwej uniemożliwia popełnienie cudzołóstwa, które na XIV-wiecznej Islandii było karane pełną banicją, żywej oszczędza hańby bycia zdradzoną przez męża, nawet z martwą partnerką. Pomimo że wydarzenia opisane w sadze miały miejsce na przełomie X i XI wieku, w swojej skorygowanej opowieści autor najwyraźniej umieścił liczne odniesienia do zasad panujących na Islandii w znanych mu czasach. Obydwie sagi opisują Gudrid jako kobietę piękną i mądrą. Główna różnica między obiema wersjami opowieści polega na tym, że w Sadze o Grenlandczykach moce „ponadnaturalne” strzegły honoru Gudrid, a w Sadze o Eryku na jej godność nastają. W żadnej z opowieści nie doświadcza ona żadnej ujmy na czci, nawet wtedy, gdy uczestniczy w czarach Thorbjorgi – bowiem zostaje zmuszona do udziału w jej rytuale, mimo że jej chrześcijańska wolna wola ją przed tym powstrzymuje. Jej godność wzrasta, gdy kobieta pozostaje spokojna i pozbierana w obliczu różnych niesamowitych zdarzeń, wobec których jej siłę stanowi wiara w chrześcijańskiego boga.

Saga o Ludziach z Laxardal


Ta opowieść pełna jest silnych kobiecych postaci, ale różnego rodzaju zjawiska „ponadnaturalne” występują w niej znacznie rzadziej niż w pozostałych omawianych historiach. Opisano tu tylko jeden konkretny przypadek zastosowania magii, w który zamieszani są Kotkel, jego żona Grima i ich synowie. Pozostałe odniesienia do spraw paranormalnych dotyczą przede wszystkim przytrafiających się bohaterom snów i wizji.

Saga o Ludziach z Laxardal ocenia stosowanie magii jako niepopularne i niehonorowe. Ten punkt widzenia przedstawiony jest w opisie losów Kotkela i jego rodziny. Kotkel i jego klan żyją w Urdir nad Skalmarfjordem, gdzie ich obecność jest zdecydowanie niepożądana. Stosowane przez nich czary zwróciły negatywną uwagę otoczenia. W okolice przybywa teściowa Gudrun Osvifsdottir, Ingunn, by odwiedzić swojego syna Thorda. Kobieta stwierdza, że Kotkel i jego żona czynią jej życie marnym przez kradzież żywego inwentarza i uprawianie czarów. Thord nie traci czasu by odwiedzić Kotkela i sprawdzić prawdziwość tego podejrzenia, od razu oskarża jego rodzinę o złodziejstwo i czary, przestępstwa karane pełną banicją.

W odpowiedzi rodzina Kotkela wznosi wysoką platformę, i śpiewa (galdruje) pełne mocy inkantacje, wywołując w końcu potężną zamieć. W jej wyniku Thord i jego towarzysze toną, spadając z promu wiozącego ich z Skalmarnes do Tjaldanes. Wśród ludzi zaczyna być o tym wydarzeniu głośno. Według średniowiecznych islandzkich zasad ludzie parający się tego rodzaju czarami, jakimi zajmował się Kotkel i jego otoczenie byli oceniani jako naprawdę źli. W wyniku tych wydarzeń i szerzących się pogłosek Kotkel i Grima giną ukamienowani przez Hruta i Olafa.

Kotkel i Grima w tym opisie są współwinni, na równi obciążeni odpowiedzialnością za swoje postępowanie i ponoszą identyczną karę. Dyshonor stosowania magii by krzywdzić ludzi odnosił się według średniowiecznych islandzkich zasad do obu płci tak samo. Gudrid i Ingunn są w tej historii kobietami, które wobec szkodliwej magii okazały całkowity brak tolerancji. Ingunn pierwsza oskarża klan Kotkela o działania czarnomagiczne, Gudrid posuwa się dalej, oskarżając jego ludzi o magiczne pozbawienie życia jej męża. Zachowanie obu tych kobiet przedstawione jest jako honorowa reakcja na niegodne poczynania rodziny oskarżonej o szkodzenie ludziom z użyciem magii, prowadząca do ukarania śmiercią winnych tego występku.

Oprócz historii rodziny Kotkela, w Sadze o Ludziach z Laxardal wspomina się o kobietach doświadczających mistycznych wizji. W tej opowieści przepowiadanie przyszłości i wyjątkowa wiedza są zaletami cenionymi wysoko zarówno u kobiet, jak i u mężczyzn. Kobiety w tej sadze doświadczają swoich wizji przede wszystkim w snach. Kilkakrotnie również przychodzą w nich do mężczyzn jako okrutne i złe duchy. Pierwszym przykładem jest sen Olafa Pawia o złej kobiecie, będącej duszą wołu, którego kiedyś zabił. Kobieta jest wściekła na Olafa za to że uśmiercił jej dziecko i w odwecie skazuje na śmierć jego ukochanego syna. Inna kobieta przychodzi we śnie do Ana, patroszy go i zastępuje jego wnętrzności gałązkami. Kjartan i dwóch innych towarzyszy żartowało sobie z Ana, nazywając go „gałązkowym brzuchem”. Aud dowodziła, że sen Ana był prawdziwy i nie ma tu z czego żartować, ostrzegła również Kjartana przed niebezpieczeństwami leżącej przed nim drogi. Kjartan nie chciał słuchać takich nonsensów i zdecydował podróżować dalej. Ostrzeżenia Aud były prorocze, Kjartana i jego ludzi spotkała w podróży śmierć z rąk Bolliego i jego drużyny.

An ginie razem z Kjartanem i innymi, ale powstaje z martwych za sprawą tej samej kobiety, która nawiedziła go we śnie. Kobieta powróciła, usunęła z jego brzucha gałązki i przywróciła mu życie. Ludzie przyglądający się zwłokom byli przerażeni zobaczywszy, że An żyje, jednak on uspokoił ich, przysięgając na Boga, że nie był nigdy martwy, a jedynie nieprzytomny. Kobieta ze snu Ana była raczej duchem opiekuńczym, nie okrutną istotą, jak ta ze snu Olafa. Była czymś na kształt przysłanej przez Boga agentki, mającej go ochronić i umożliwić mu pomszczenie mordu dokonanego na Kjartanie i jego ludziach. Prawdopodobnie jej postać była próbą ochrzczenia przez autora sagi elementu pogańskiego występującego w ustnej tradycji, w której treść sagi wcześniej przekazywano. Rola Aud w całej tej historii jest niejednoznaczna, gdyż nie jest jasne, czy Kjartan i jego orszak przeżyliby atak gdyby posłuchali jej ostrzeżeń.

Kolejną kobietą o powiązaniach mistycznych jest w tej sadze Gudrun Osvifdottir. Pod koniec opowieści Gudrun widzi ducha na terenie przykościelnego cmentarza. Ów duch próbuje jej przekazać jakieś wiadomości, ale ona każe mu milczeć. Omija go, kierując się do kościoła i – jak sądzi – dostrzega duchy Thorkela i jego towarzyszy, którzy tego właśnie dnia utonęli. Widzi ich ociekających morską wodą. Nie odzywa się do nich, ale wchodzi do kościoła i pozostaje tam, dopóki nie zbiera się na odwagę, by ponownie na nich spojrzeć. Gdy orientuje się, że tam, gdzie widziała ich wcześniej, nie ma już nikogo, czuje się wstrząśnięta całym wydarzeniem.

Saga mówi, że po tym spotkaniu Gudrun stała się osobą bardzo religijną i wiele czasu spędzała w kościele na modlitwach. Jej wnuczka Herdis śniła o złej kobiecie, która wymagała od niej by powiedziała babce, że jej płacz i wyrzuty powodują jej wielkie cierpienie. Gdy Herdis opowiedziała Gudrun swój sen, ta kazała usunąć deski podłogi z miejsca, w którym zazwyczaj klękała, a pod nimi odkryła kości, naszyjnik i duży kostur magiczny. Uznała, że musiał to być grób völvy pochowanej pod kościołem. Gudrun kazała usunąć kości i złożyć je w miejscu rzadko odwiedzanym przez mężczyzn .

Gudrun spotkała duchy zmarłego męża i jego towarzyszy, a jej wnuczka miała wizję kobiety, która skłoniła ją do przekazania babce przesłania. Nie wchodziła z tymi duchami w żadne interakcje. Zignorowała widma Thorkela i jego ludzi, a kości völvy kazała złożyć tam, gdzie nikt nie mógłby ich znaleźć. Jej działanie było honorowe i zgodne z nakazami wyznawanej przez nią religii. Nie spoufalała się z istotami przychodzącymi zza Zasłony Światów i usunęła kości pogańskiej wieszczki z terenu chrześcijańskiego kościoła, nie dbając o pozostałości poganki, ale o spokój poświęconego miejsca. Dowodzi tego bezceremonialność opisu przeniesienia znalezionych zwłok. Fakt, że kazała je usunąć z terenu kościoła wskazuje na to że nie były godne tam spoczywać.

Saga opisuje również takie osoby jak Grima, używające magii do szkodzenia ludziom jako zasługujące na okrutną śmierć. Opis postępowania Gudrun Osvifsdottir jest przykładem właściwego zachowania średniowiecznej islandzkiej chrześcijanki w obliczu spotkań z tymi, którzy przychodzą zza Zasłony Światów i wszelkich doświadczeń „ponadnaturalnych”.

  Saga o Njalu


Wydarzenia paranormalne opisane w tej sadze obejmują jasnowidzenie, pojawianie się duchów zmarłych, omeny, działanie wiedźm, klątwy i graficzne przedstawienie walkirii. Mężczyźni w niej posiadają dar jasnowidzenia, spotykają duchy umarłych i doświadczają omenów związanych z walką. Mężczyźni, jak Njal, byli poważani z powodu swoich doznań mistycznych ale ci, którzy swoich zdolności nadużywali byli uważani za niegodnych. Jedynymi pojawiającymi się w Sadze o Njalu wydarzeniami, które można połączyć z kobiecą godnością były klątwy seksualne, jasnowidzenie i wizja walkirii.

Klątwa seksualna złożona przez królową Gunnhild na Hrucie wskazuje na kobiecą moc magiczną. Gunnhild była wdową po królu Norwegii Eryku Krwawym Toporze. W Sadze o Njalu ma ona ogromną władzę nad swoim synem, królem Haraldem Szarym Płaszczem i używa tej władzy by posiąść Hruta. Żąda, by Hrut spał z nią przez dwa następujące po sobie tygodnie i grozi śmiercią każdemu, kto rozmawiałby o tym z kimkolwiek. Gdy odkrywa, że Hrut, zaręczony z Ull chce wrócić do niej na Islandię, ogarnia ją wściekłość. Zazdrosna i rozżalona faktem, że kochanek nie powiedział jej o innej kobiecie ważnej w jego życiu, Gunhild przeklina Hruta, by nie mógł zaznać w łożu przyjemności z Ull, ale by mógł zadowalać inne kobiety. Klątwa się spełniła, Hrut i Ull nie nacieszyli się sobą w małżeństwie. Ull była tak bardzo rozżalona brakiem fizycznej bliskości z mężem, że błagała ojca o zgodę na rozwód z Hrutem, gdyż nie mógł jej zadowolić, choć oboje bardzo się starali dać sobie rozkosz. Uzyskała rozwód a to rozstanie stało się ujmą na honorze Hruta, bo mówiono o tym, że nie był w stanie skonsumować małżeństwa.

Klątwa królowej Gunnhild dowodzi jej mocy. Kobieta wierzy, że Hrut naraził jej honor na szwank, ukrywając przed nią swoje zaręczyny. Jej działanie magiczne pozwala na swego rodzaju zemstę i powoduje ujmę na honorze Hruta jako małżonka i mężczyzny. Autor sagi nie potępia postępowania królowej i wygląda na to że jedyną osobą, której godność w jego wyniku ucierpiała jest Hrut.

Występujące w sadze opisy jasnowidzenia (lub „podwójnego wzroku”) wskazują na to że moce, którymi posługiwali się ich posiadacze, wykorzystywane w sposób godny, były źródłem szacunku wobec ich posiadaczy. Najbardziej znanym bohaterem tej sagi obdarzonym ową zdolnością jest Njal, występuje w niej jednak również kilka kobiet posiadających dar jasnowidzenia. Saeunn, stara kobieta z Bergthorshvol jest określana jaklo bardzo mądra i zdolna do przepowiadania przyszłości. Doradza Njalowi, by umieścł ziele siódmaczka rosnące za jego domem w wodzie lub by szybko je zniszczył, gdyż pewnego dnia ta roślina spowoduje pożar jego domostwa i spalenie jego samego i jego żony Berthgory. Njal ignoruje to ostrzeżenie, co okazuje się błędem, albowiem właśnie ta roślina zostaje wykorzystana przez Flosiego i jego ludzi do spalenia jego domu i uśmiercenia wszystkich, którzy byli wewnątrz.

Żona Njala, Bergthora jest również obdarzona rodzajem jasnowidzenia. W noc pożaru mówi swoim domownikom by wybrali swoje ulubione pokarmy, bo będzie to ich ostatni posiłek w jej domu. Mówi, że gdyby chciała, mogłaby powiedzieć znacznie więcej, ale wtedy wrogowie przybyliby zanim posiłek zostanie ukończony.

Inną kobietą w Sadze o Njalu doświadczającą wizji jest matka Thorvalda Yngvild. Gdy bracia zgodzili się pomóc Flosiemu, mówi ona swoim synom, że miała sen, w którym Thorvald umrze odziany w czerwoną tunikę, w źle zapiętych spodniach, bardzo ciasnych. Jej synowie Thorvald i Thorkel wyśmiali to ostrzeżenie uznając je za idiotyczny nonsens. Wizja Yngvild okazuje się jednak prawdziwa, gdy Thorvald ginie z ręki Thorgeira Skorageira.

Inaczej niż Saeunn, posiadająca dar jasnowidzenia przez całe życie, Berthora i Yngvild doświadczają go tylko w określonych sytuacjach. Oczywiste jest jedynie to że rodziny obydwu kobiet ignorują ich ostrzeżenia. Gdyby krewni wszystkich trzech kobiet potraktowali ich wizje poważnie, mogliby uniknąć śmierci, tym samym zwiększając szacunek, jakim były darzone.

Ostanie zdarzenie z pogranicza świata realnego i mistycznego opisane w Sadze o Njalu, którego uczestniczkami są kobiety ma miejsce w Wielki Piątek. Mężczyzna imieniem Dorrud widzi dwanaście osób wjeżdżających konno do kobiecej części domostwa i znikających wewnątrz. Zaglądając przez okno dostrzega, że przybyłe kobiety są wewnątrz pomieszczenia i ustawiły w nim krosna. Jako ciężarków tkackich używały czaszek, jako wątku i osnowy ludzkich jelit, miecza jako czółenka i strzały jako wrzeciona. Mówiły wiersze a gdy zakończyły tkanie, rozerwały wykonany przed chwilą materiał na strzępy, a każda zachowała jej kawałek w dłoni. W swoim tłumaczeniu sagi Robert Cook podaje przypis, że wiersz recytowany przez kobiety jest znany jako The Fatal Sisters, a one same są walkiriami, sama zaś czynność tkania jest odpowiednikiem walki. Zawsze gdy trwa bitwa, rozstawiają swoje krosna. Ten epizod jest o tyle ciekawy, że w schrystianizowaną sagę wnosi element pogański, odyniczny. Wydaje się w sadze nie na miejscu, stanowi obcy wtręt, dowodzący jednak wpływu agentek Odyna na plan materialny.

  Wnioski


Świat ponadnaturalny jest istotną składową kodeksu honorowego średniowiecznych islandzkich kobiet. Niezależnie od wysokiego statusu, jakim cieszyły się w społeczności pogańskiej, w nowej rzeczywistości religijnej kobiety były zmuszone do przestrzegania znacznie surowszego kodeksu etyki niż mężczyźni i świat „ponadnaturalny” nie był tu wyjątkiem. Między rzeczami akceptowalnymi i nieakceptowalnymi jest tutaj zarysowana wyraźna granica. Pięć omawianych sag opisuje kobiety jako niegodne jedynie wówczas, gdy nadużywają swoich mocy dla własnej korzyści, jednak za znacznie bardziej honorowe od używania czarów uważa się w nich wykorzystywanie zdolności parapsychicznych.

Kobiety zaangażowane w działania, które można określić jako mistyczne w omawianych sagach przestrzegają wyraźnych zasad silnie związanych z chrześcijańskim prawem XIV-wiecznej Islandii. Nie powinny używać magii do krzywdzenia kogokolwiek i jakiejkolwiek żywej istoty, dlatego oczywiste jest potępienie Grimhild z Sagi o Volsungach i Grimy z Sagi o ludziach z Laxardal. Signy z Sagi o Volsungach, Thorbjorg z Sagi o Grenlandczykach i królowa Grimhild z Sagi o Njalu są postaciami moralnie niejednoznacznymi. W żadnej z sag nie zostają otwarcie potępione. Signy dzięki użyciu magii popełnia kazirodztwo, zatem jej uczynek jest karygodny w świetle islandzkiego prawa, saga jednak o tym nie wspomina. Podobnie działania Thorbjorg powinny być potępione bo były sprzeczne z prawem, jednak i ona nie zostaje wprost oceniona negatywnie, i to pomimo zmuszenia chrześcijanki Gudrid do udziału w jej rytuale. Również królowa Gunnhild nie zostaje potępiona, choć jej działania powodują cierpienie Ull – uznaje się raczej, że poprzez rzuconą klątwę słusznie pomściła ujmę na własnym honorze.

Wiele z kobiet występujących w tych sagach jest szanowanych za właściwe użycie swoich zdolności. Kostebra, Glaumvor i Brynhild z Sagi o Volsungach oraz Saeunn, Berthgora i Yngvild z Sagi o Njalu starają się chronić mężczyzn przed złym końcem. Gudrid Thorbjarnarsdottir z Sagi o Grenlandczykach i o Eryku Rudym oraz Gudrun Osvifsdottir z Sagi o Ludziach z Laxardal doświadczając przeżyć „ponadnaturalnych” postępują honorowo i zgodnie z własnymi przekonaniami. Żadna z nich nie naraża na szwank swojej wiary chrześcijańskiej.

Przykłady z sag dowodzą wpływu doznań mistycznych i właściwego w zetknięciu z nimi zachowania na kodeks honorowy średniowiecznej kobiety islandzkiej. Kobiety mogły przestrzegać owego kodeksu lub postępować sprzecznie z nim i przykłady obu postaw są w sagach wyraźnie przedstawione, nie brakuje także postaw ambiwalentnych i trudnych do jednoznacznej oceny. Postępowaniem zdecydowanie niegodnym było nadużywanie posiadanych zdolności do osiągania prywatnych celów lub szkodzenia innym.

Literatura

  • Andersson, Theodore M. “The Displacement of the Heroic Ideal in the Family Sagas.” Speculum 45, no. 4 (1970): 575–593.
  • Árnason, Vilhjálmur. “Morality and Social Structure in the Icelandic Sagas.” The Journal of English and Germanic Philology 90, no. 2 (1991): 157–174.
  • Auerbach, Loren. “Female Experience and Authorial Intention in Laxdoela Saga.” Saga-Book XXV (1998–2001): 30–52.
  • Bauman, Richard. “Performance and Honor in 13th-Century Iceland.” Journal of American Folklore 99 (1986): 131–150.
  • Borovsky, Zoe. “Never in Public: Women and Performance in Old Norse Literature.” The Journal of American Folklore 112, no. 443 (1999): 6–39.
  • Byock, Jesse L. “Governmental Order in Early Medieval Iceland.” Viator: Medieval and Renaissance Studies 17 (1986): 19–34.
  • Byock, Jesse. Medieval Iceland: Society, Sagas, and Power. Berkeley: University of California Press, 1990
  • Byock, Jesse, trans. The Saga of the Volsungs. Berkeley: the Regents of the University of California, 1990
  • Byock, Jesse. Viking Age Iceland. New York: Penguin Putnam, 2001
  • Clover, Carol J. “Regardless of Sex: Men, Women, and Power in Early Northern Europe.” Speculum 68, no. 2 (1993): 363–387.
  • Cook, Robert, trans. Njal’s Saga. Leifur Eiríksson Publishing, 1997
  • Dennis, Andrew, Peter Foote, and Richard Perkins, trans. Laws of Early Iceland: Grágás I Winnipeg: The University of Manitoba Press, 1980
  • Dennis, Andrew, Peter Foote, and Richard Perkins, trans. Laws of Early Iceland: Grágás II. Winnipeg: The University of Manitoba Press, 2000
  • Frank, Roberta. “Marriage in Twelfth– and Thirteenth-Century Iceland.” Viator: Medieval and Renaissance Studies 4 (1973): 473–484.
  • Gehl, Walther. Ruhm und Ehre bei den Nordgermanen: Studien zum Lebensgefühl der isländischen Saga. Berlin: Junker und Dünnhaupt, 1937 Quoted in Andersson, Theodore M. “The Displacement of the Heroic Ideal in the Family Sagas.” Speculum 45, no. 4 (1970): 575–593. 92
  • Gordon, E. V. An Introduction to Old Norse. Second Edition. Oxford: Oxford University Press, 1952
  • Grønbech, Vilhelm. Vor folkeæt I oldtiden. Copenhagen, 1955 Quoted in Andersson, Theodore M. “The Displacement of the Heroic Ideal in the Family Sagas.” Speculum 45, no. 4 (1970): 575–593.
  • Hall, Richard. The World of the Vikings. New York: Thames & Hudson Inc., 2007
  • Haywood, John. The Penguin Historical Atlas of the Vikings. New York: Penguin Putnam Inc., 1995
  • Heimskringla. “Völsunga saga.” http://www.heimskringla.no/wiki/V%C3%B6lsunga_saga.
  • Icelandic Saga Database. “Eiríks saga rauða.” http://www.sagadb.org/eiriks_saga_rauda.on.
  • Icelandic Saga Database. “Grænlendinga saga.” http://www.sagadb.org/graenlendinga_saga.on.
  • Jesch, Judith. Women in the Viking Age. Woodbridge: The Boydell Press, 1991
  • Jochens, Jenny M. “The Medieval Icelandic Heroine: Fact or Fiction?” Viator: Medieval and Renaissance Studies 17 (1986): 35–50.
  • Jochens, Jenny. Women in Old Norse Society. Ithaca: Cornell University Press, 1995
  • Kunz, Keneva, trans. The Saga of the People of Laxardal. In The Sagas of the Icelanders, edited by Örnólfur Thorsson. Iceland: Leifur Eiríksson Publishing, 1997
  • Magnusson, Magnus and Hermann Pálsson, ed. The Vinland Sagas: The Norse Discovery of America, Grænlendinga Saga and Eirik’s Saga. Magnus Magnusson and Hermann Pálsson, 1965
  • Motz, Lotte. “Female Characters of the Laxdæla Saga.” Monatshefte 55, no. 4, (1963): 162–166.
  • National Museum of Natural History. Vikings: The North Atlantic Saga. Edited by William W Fitzhugh and Elizabeth I Ward. Washington, D.C.: Smithsonian Books, 2000
  • Rosenthal, Joel T. “Marriage and the Blood Feud in „heroic‟ Europe.” The British Journal of Sociology 17, no. 2 (1966): 133–144 93
  • Sawyer, Birgit and Peter Sawyer. Medieval Scandinavia: From Conversion to Reformation Circa 800–1500. Minneapolis: University of Minnesota Press, 1993
  • Schlauch, Margaret. Romance in Iceland. New York: Russell & Russell, 1973
  • Somerville, Angus A and R. Andrew McDonald, ed. The Viking Age: A Reader. Toronto: University of Toronto Press, 2010
  • Sveinsson, Einar Ól, ed. Brennu-Njáls Saga. Reykjavik: Íslenzk Fornrit, 1971
  • Sveinsson, Einar Ól, trans. Laxdæla Saga. Reykjavik: Íslenzk Fornrit, 1971
  • Van Sweringen, Grace Fleming. “Main Literary types of men in Germanic Hero-Sagas.” The Journal of English and Germanic Philology 14, no. 2 (1915): 212–225