wtorek, 15 września 2015

Mama

7 razy skomentowano

28.08.1940-31.08.2015




niedziela, 8 lutego 2015

UPG i trzy mądre małpki

0 razy skomentowano

Czasem próbujemy być jak buddyjskie trzy mądre małpki. Wszystkie trzy jednocześnie. Zakrywamy oczy żeby nie widzieć czegoś, co jest nam pokazywane. Zakrywamy uszy, by nie słyszeć czegoś, co ustawicznie, do urzygu, jest nam powtarzane, we śnie, na jawie, w wizjach i podróżach. Zakrywamy usta, by nie mówić o tym, czego się dowiadujemy, chociaż nie chcemy tego wiedzieć. Chociaż w gruncie rzeczy nie interesuje nas to, uważamy to za nie swoją sprawę. A jeśli nawet interesuje, jest trudne, często bolesne. I cholernie złożone.



Dłonie na uszach i oczach niczego nie blokują. Wiedza i tak do nas dociera. Jakby ktoś przemocą usuwał blokady, które stwarzamy w odruchu samoobrony. Dłonie z warg trzeba zdjąć samodzielnie. Czynimy to z ociąganiem. Nie chcemy, chociaż wiemy, że naszą rolą i obowiązkiem, który przecież dobrowolnie przyjęliśmy, jest mówienie o tym, czego się dowiadujemy. Czasem po to jesteśmy, czasem nasze obowiązki sprowadzają się do tego, by stale wspierać, a w tym wsparciu mieści się także mówienie. Również o rzeczach trudnych, nieprzyjemnych i niewygodnych. To mówienie jest jednak czasem tak trudne, że mamy wrażenie, że nas przerasta. Szukamy wymówek, szukamy usprawiedliwień, odwlekamy konieczność w czasie, aż zaczyna nas to od wewnątrz pożerać. Próbujemy uciec, będąc przez cały czas w pełni świadomi, że ucieczki nie ma, a nasze milczenie nie będzie wybaczone.  Może tylko sprawy, o których się dowiadujemy mimo uporczywego zakrywania oczu i uszu, pogorszyć.

Nie żyjemy jednokrotnie. Odradzamy się w ramach rodu. Jednak wszyscy jesteśmy z sobą spokrewnieni. Bliżej lub dalej, ale wszyscy przecież pochodzimy od tej samej, bardzo pierwotnej hordy. I czasami, poprzez wszystkie nasze żywoty, spotykamy tych samych ludzi. Ludzi, z którymi już wcześniej byliśmy związani, a nasze i ich działania sprawiają, że są między nami wciąż niepozamykane lub źle przeprowadzone i często przez wszystkie żywoty, przez które przechodzimy, nadal źle rozgrywane sprawy.

Ilu z nas ma wrażenie, że spotykaną właśnie osobę zna od zawsze, ilu z nas czuje z nowo spotkanym człowiekiem irracjonalną więź, która mimo upływu czasu okazuje się być nierozerwalna? Na pewno wielu. I na pewno wielu z nas w kontakcie z nimi powtarza te same błędy. Błędy, które raz popełnione, powracają jak bumerang w kolejnych żywotach, a nasza bezrozumność sprawia, że popełniamy je wciąż i wciąż, w bardzo podobny sposób, za każdym razem bardziej obciążając i umniejszając wspólną i własną mægen. A mægen jest tu czynnikiem kluczowym. Ją dziedziczymy poprzez poszczególne żywoty i dziedziczymy związany z nią pewien obowiązek. Obowiązek uzupełnienia spowodowanych przez nas ubytków we własnej, w mægen drugiej osoby, w której nasza interakcja spowodowała ubytek i we wspólnej dla nas, rodowej. Obowiązek, który nasze ograniczenia poprzez kolejne żywoty czynią niemal niewypełnianym. Bo żeby móc go wypełnić, trzeba mieć świadomość spustoszeń, które nasze wcześniejsze poczynania w tejże mægen poczyniły. Trzeba wiedzieć, zrozumieć, poczuć, co zrobiliśmy niewłaściwie i wywołany, być może wiele żywotów wstecz ubytek, uzupełnić. Nie popełniając tego samego błędu po raz enty. A to nie jest łatwe, przeciwnie. Bo rodzimy się z pamięcią całkowicie wytartą, jedynie powracający do nas oddech życia, ond, lub towarzysząca nam za każdym powrotem fylgja, mogłyby nam podszepnąć, że coś jest nie tak. One jednak tylko powodują, że odczuwamy tę irracjonalną więź z człowiekiem, z którym lub wobec którego narozrabialiśmy. Sprawiają, że wiemy, że dana osoba jest nam bliska, a reszta pozostaje sprawą willa i hugr, często również nieujarzmionego, zwłaszcza gdy willa słabo nad nim panuje i ślepego mod. One jednak w każdym naszym kolejnym żywocie powstają od nowa  – i to właśnie sprawy tak bardzo komplikuje.

Nie należy mylić mægen z popularną w ezoteryce karmą czy – bliżej właściwemu znaczeniu – prawem Karmana. Nie ma ona związku z naszymi życiowymi poczynaniami wobec „ogółu ludzkości”, tym bardziej wobec zwierząt, przyrody per se i tak dalej. To nie żadne prawo, a składowa naszej psychofizycznoduchowej całości, ta sama, za każdym naszym powrotem i jedna w ramach rodu. Dług do spłacenia przy kolejnych powrotach dotyczy jedynie tych, których mægen osłabiliśmy, którzy osłabili naszą, z którymi łączy nas rodowa i z którymi, gdy urodziliśmy się po raz pierwszy, byliśmy silnie związani, zazwyczaj krwią. Nie dotyczy naszych wszystkich poczynań, a jedynie tych, które w interakcji miały na moc mægen bezpośredni wpływ.

Reinkarnacja rodowa nie  polega na tym, że mamy wciąż tych samych rodziców. Prowadzi jednak do tego, że – jeśli z naszej winy nastąpiło uszczuplenie ich maegen, z ich winy  – naszej, a jednocześnie w interakcji  – wspólnej – wciąż ich spotykamy. Podobnie możemy spotykać rodzeństwo, dziadków, dzieci, wnuki, urodzone z innych rodziców, ale żyjące obok nas, a Wyrd prowadzi do tego, że jeśli czyjaś mægen  została między nami uszczuplona, spotkania z nimi nie unikniemy. W odpowiednim układzie, gdzie różnica wieku wskazuje na rodową więź. Dobrym przykładem jest tu stara, grecka historia Edypa i Jokasty. Oni pewnie również odradzali się wielokrotnie, dopóki nie naprawili szkód wzajemnie wyrządzonych w swojej mægen. I w tej wspólnej dla nich, rodzinnej. Być może nadal się odradzają, być może ich historia wciąż nie jest zamknięta, być może żyją gdzieś obok nas i wciąż powtarzają swój błąd, nie pozwalając sobie na spoczynek i skazując na kolejne powroty, dopóki nie posprzątają rodowego bałaganu, który spowodowali.

Bywa że chłopak spotyka kobietę. Bywa, że dziewczyna spotyka mężczyznę. On mógłby być jej synem albo ona jego córką. Spotykając się czują tę dziwną, niezrozumiałą i zupełnie irracjonalną, ale łączącą ich nierozerwalnie więź. Więź, której istnienie potwierdza każdy darowany przez ond oddech. Którą podpowiadają obydwie fylgje. I fakt, że jest ta trzecia fylgja, wspólna dla obojga, rodowa, która się (niestety) w nic, co się wydarzy, nie wtrąca. Jednak świeże, młode, jednorazowe przecież, hugr, willa i mod interpretują takie spotkanie po swojemu, prowadzą do niewłaściwego tej więzi zrozumienia. Zwłaszcza że i lyke dopomina się swoich praw, kierowane porywami przede wszystkim silnie z nim związanego mod, które najbardziej tu chyba bruździ. Uczucia macierzyńskie i synowskie, ojcowskie i córczyne, przekształcają się w coś, co nie powinno mieć miejsca ani nastąpić, coś, co po raz kolejny, tak jak stało się to za pierwszym razem, w pierwszym wspólnym żywocie, uszczupla i osłabia mægen. Przekształcają się tak właśnie dlatego, że za pierwszym razem, w pierwszym życiu, zaplątani w to ludzie popełnili ten sam błąd. Matka związała się z synem, jak kobieta z mężczyzną. Ojciec związał się z córką jak mężczyzna z kobietą. Ich rzeczywista więź jest rodzicielsko-dziecięca, a jednak zmieniają ją w coś zupełnie innego, niewłaściwego i wbrew (i swojej i jako takiej) naturze, zostają kochankami. Pierwotne przyczyny, które spowodowały, że stało się to za pierwszym razem, mogą być różne – długotrwałe rozstanie, rozdzielenie, spotkanie po latach i nierozpoznanie lub zwykły wzajemny pociąg, nad którym trudno zapanować. I to powoduje, że znów się urodzą, znów spotkają i będzie się tak działo wciąż, w kółko, dopóki tego nie naprawią. A naprawę utrudniają rozhukane już, rozpalone mod i hugr. I osłabiona, oślepiona przez nie willa. Rozhukane po obu stronach i po obu stronach ślepe.

A za każdym ponownym spotkaniem mægen jest słabsza, jej naprawa staje się coraz trudniejsza – bo każde spotkanie i powtórzenie błędu uszczupla ją dodatkowo.

Bywa, że sami w jakiś sposób z ludźmi uwikłanymi w taki – w gruncie rzeczy okrutny ze strony Wyrd układ – jesteśmy związani. Bywa że mamy wobec jednej lub obydwu jego stron jakieś zobowiązania. Zobowiązania prowadzące również do wzmacniania ich mægen – bo tylko silna i niezachwiana może doprowadzić do spełnienia Celu, który przed nimi stoi. I bywa, że Starsi wbrew naszej woli i na przekór naszym protestom, pokazują nam dotyczące ich sprawy, o których wiedzieć nie chcemy (bo niewiedza jest łatwiejsza). Nie pokazując nam jednocześnie, jaka jest w tym wszystkim nasza rola, w jaki sposób i po co Norny nas w to wszystko wplątały i jaka jest natura naszej (również nierozerwalnej, irracjonalnej i z ludzkiego, „doczesnego” punktu widzenia pozbawionej sensu) więzi z tymi ludźmi. Być może pokażą ją nam z czasem, być może wcale, być może z kolei nasze hugr, mod i willa zostaną zmuszone do przejrzenia, być może nie, być może czasem natura naszej z nimi więzi jest dla nadrzędnej sprawy nieistotna. Nakładając za to obowiązek opowiedzenia o tym, co nam ukazali, podzielenia się wiedzą, którą wbrew naszej woli wlali nam do głów. Dla dobra. A dobro czasem jest trudne i niemiłe. I dlatego, że widzenie i mówienie o tym, co się widzi, nas konstytuuje, jest naszym obowiązkiem i ciężarem.

O ileż łatwiej byłoby być jak te trzy nieszczęsne małpki. O ileż mniej bólu i kłopotów niosłoby życie. A jednak czasem nie wolno. Bo milczenie może spowodować spustoszenie jeszcze większe niż to, które już nastąpiło. Mówienie z kolei bywa obciążone świadomością głosu wołającego na puszczy. Bo to własne willa, hugr i mod zainteresowanych muszą spowodować dążenie do naprawy sytuacji, nikt jej za nich nie naprawi. A one zwykle nie chcą widzieć niczego poza tym, co same tworzą. Ślepną i głuchną, im dłużej coś trwa, tym bardziej.



Cóż, nikt nie mówił, że będzie łatwo. Ale jeśli zostanie mi pokazane coś, co będzie jeszcze trudniejsze, nie wiem jak to zdołam rozwikłać. Bo i tego w gruncie rzeczy nie rozwiązuję, niniejszy wpis jest jedynie próbą znalezienia sposobu na uniknięcie odpowiedzialności, być może także kary za milczenie i odwlekanie. Której i tak uniknąć nie sposób. Bo już za późno, bo niechęć do wtrącania się w nieswoje sprawy trwała zbyt długo. A skumulowane naciski na spełnienie obowiązku już i tak odebrały sen. Niestety, każdy bywa tchórzem, gdy trafia na coś, co go przerasta.

sobota, 4 października 2014

Česlovas Sasnauskas

0 razy skomentowano

Bardzo źle zno­szę mu­zy­kę sa­kral­ną. Nie igno­ru­ję jej, tak samo jak nie da się omi­nąć wi­zu­al­nej sztu­ki sa­kral­nej, jest prze­cież bar­dzo istot­nym ele­men­tem dzie­dzic­twa kul­tu­ro­we­go. Ale zazwyczaj trzy­mam się z dala. Słu­cha­nie Re­qu­iem Ver­die­go czy słyn­ne­go mo­zar­tow­ski­go (z Mo­zar­tem to w ogó­le inna para bu­tów, bar­dzo, ale to bar­dzo źle go to­le­ru­ję, do­ce­nia­jąc ge­niusz nie lu­bię i już), nie mó­wiąc o Gó­rec­kim, jest udrę­ką.

Ale pa­rę dni temu, gdy koń­czy­łam oglą­dać trze­ci se­zon „Cza­su Ho­no­ru” jak to ja, w środ­ku nocy oczy­wi­ście, do­pa­dło mnie to z kuch­ni, gdzie za­po­mnia­łam na noc wy­łą­czyć ra­dio. Le­cia­ło bo­daj w „Muzycznej Nocy Eu­ro­ra­dia” w Dwój­ce. W in­nym wy­ko­na­niu, pew­nie pol­skim, bo poza ciem­ną, mo­lo­wą bar­wą, już z daleka ude­rzy­ła mnie ar­ty­ku­la­cja sa­mo­gło­sek – i te wy­do­by­wa­ne z sie­bie przez chór i te przez so­li­stów – by­ły nie­roz­róż­nial­ne – a brzmia­ło jak e, u i o, i vice versa. To cha­rak­te­ry­stycz­ne dla pol­skiej wo­ka­li­sty­ki, mam wra­że­nie, że przy szko­le­niu kła­dzie się na­cisk na bar­wę, od­dech itd., o ar­ty­ku­la­cji za­po­mi­na­jąc. Ale nie o tym chcia­łam.

Po­peł­złam do kuch­ni i za­czę­łam słu­chać uważ­niej. Zo­rien­to­wa­łam się, że to re­qu­iem, że w mia­rę współ­cze­sne, ale czy­je, z ja­kie­go okre­su? Gdy­by by­ło pol­skie, przecież bym je zna­ła… Tym­cza­sem za­chwy­ci­ły mnie lu­do­we cy­ta­ty mu­zycz­ne i bez­po­śred­nio, z nie­wiel­ką wa­ria­cją w kie­run­ku bal­la­dy lu­do­wej za­cy­to­wa­na ory­gi­nal­na, gre­go­riań­ska me­lo­dia „Sta­bat Ma­ter Do­lo­ro­sa”. Za­słu­cha­nie wal­czy­ło z cie­ka­wo­ścią. Brzmie­nie tych lu­do­wych cy­ta­tów wska­zy­wa­ło na sło­wiańsz­czy­znę. Brzmie­nie or­kie­stry na XX wiek, naj­głę­biej ko­niec XIX… Rosja? Nieee. Bardziej na południe – nie, coś mi nie pasowało.

Do­cze­ka­łam do pod­su­mo­wa­nia. Kom­po­zy­tor po pol­sku na­zy­wał­by się pew­nie Cze­sław So­snow­ski. I na­wet mo­że w swo­ich cza­sach tak się pod­pi­sy­wał. To Li­twin. Če­slo­vas Sa­snau­skas. Utwór jest z 1915. Oko­li­ce cza­so­we bli­skie wstrzą­sa­ją­cym po­my­słom mu­zycz­nym Szy­ma­now­skie­go (brrrr! Na­wet Kró­la Ro­ge­ra nie mo­gę znieść, mimo że jestem pożeraczką opery, a w wypadku Rogera i warstwa treściowa jest istotna – wczesnośredniowieczna literatura niemiecka to coś bardzo smakowitego. Har­na­si toleruję tyl­ko ze wzglę­du na cy­ta­ty gó­ral­skie) i mu­zy­ce Kar­ło­wi­cza. I w su­mie przez sko­ja­rze­nie z Kar­ło­wi­czem mo­gła­bym chy­ba wy­da­to­wać, gdzieś mi tu po­brzmie­wa ja­kiś sub­tel­ny link do Kar­ło­wi­czow­skiej for­my…

I te­raz, ko­rzy­sta­jąc z paru wol­nych chwil i fak­tu, że pies za­do­wa­la się je­dze­niem kota i nie wy­pro­wa­dza mnie jesz­cze na spa­cer, sie­dzę i szu­kam po ju­tju­bie in­nych utwo­rów pana So­snow­skie­go. Bo je­śli przy­po­mi­na­ją to Re­qu­iem, to do­zna­łam mu­zycz­ne­go ob­ja­wie­nia na czas naj­bliż­szy.